W zmienianych przepisach o minimalnych wynagrodzeniu medycy zagwarantowali sobie coroczne, kilkunastoprocentowe podwyżki. W zależności od rosnącego przeciętnego wynagrodzenia, wskaźnika inflacji i rosnących kosztów świadczeń zdrowotnych.
Rząd przyjął już projekt noweli o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego niektórych pracowników podmiotów leczniczych. Pracę nad nią rozpoczęła także Sejmowa Komisja Zdrowia. Choć nikt nie ma wątpliwości, że ustawa jest potrzebna, to jej zapisy budzą jednak wątpliwości prawie wszystkich zainteresowanych. Z jednej strony lekarze i pielęgniarki oburzają się na duże różnice w płacach, jakie nowe przepisy wprowadzą w zależności od stopnia posiadanego wykształcenia. Z drugiej - mocne veto zgłaszają pracodawcy. Czyli szpitale i samorządy, ich organy założycielskie. Chodzi o sposób wypłaty podwyżek dla służby zdrowia i ich skutki finansowe.
Prawie 15 mld na pensje
Ponieważ nowe przepisy mają obowiązywać od lipca, ich tegoroczny koszt wyniesie ponad 7 mld, ale już w roku 2023 będzie to 14,4 mld zł. Tyle jest zapisane w projekcie, w teorii. W praktyce zaś, te kwoty mogą być znacznie wyższe. Wszystko przez to, że w projekcie noweli znalazł się zapis, zgodnie z którym na zlecenie ministra zdrowia prezes Agencji Oceny Technologii Medycznej i Taryfikacji będzie dokonywał analizy możliwych zmian sposobu finansowania świadczeń zdrowotnych, w tym wynagrodzeń.
-To jest mechanizm zaszyty w tym projekcie, który daje pole do manewru pracownikom ochrony zdrowia. Będą się oni mogli na tej podstawie co roku domagać podwyżek w oparciu o wskaźnik inflacji. Co roku zatem szpitale będzie czekała konieczność zapewnienia 15 proc. podwyżek - mówi Marek Wójcik, ekspert ds. zdrowia Związku Miast Polskich. Wskazuje, że wychodzi z tego, że na pensje medyków trzeba będzie przeznaczać ponad 1 miliard miesięcznie, podczas gdy dla nauczycieli, dla których rząd też szykuje podwyżki, także ponad miliard. Ale rocznie. Dla nich przygotowywane są 4-5 proc. wzrosty płac.
Warto też zauważyć, że współczynnik, od którego będzie zależała płaca zasadnicza medyka, jest uzależniony od przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia. A ono rośnie. Jest to bowiem iloczyn współczynnika pracy określonego w załączniku do już obowiązującej ustawy i właśnie kwoty przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej. W praktyce oznacza to, że po zmianach wynagrodzenie zasadnicze lekarza specjalisty wyniesie 1,45 przeciętnego wynagrodzenia w Polsce. Czyli jakieś 8,2 tys. zł.
Obietnice bez pokrycia
Samorządy i zarządzający szpitalami obawiają się, że nie wystarczy im pieniędzy na te podwyżki i NFZ im wszystkiego nie pokryje. Takich uwag pracodawcy zgłaszali bardzo dużo podczas konsultacji społecznych. Zaznaczali, że w projektowanych przepisach rząd nie wskazał kto pokryje koszty podwyżek. Dodatkowo Pracodawcy RP sprzeciwiali się temu aby te same zasady wynagradzania odnosiły się do podmiotów zatrudniających medyków a nie mających kontraktu z NFZ. Rząd jednak wskazał, na zapis w projekcie ustawy, zgodnie z którym skoro AOTMiT wycenia świadczenia, to i w ramach nich wynagrodzenia, na które NFZ zabezpiecza pieniądze. Ponadto, zdaniem ministra zdrowia, regulacje muszą objąć wszystkie podmioty zatrudniające medyków. Niezależenie od tego czy są finansowane przez publicznego płatnika czy nie.
Forma wypłaty nieznana
Dyrektorzy zastanawiają się jednak, jakim torem będą wypłacane pieniądze, gdyż nie jest to wprost zapisane w projekcie. Być może będą to kwoty znaczone, takie jak NFZ wypłaca pielęgniarkom od lat tzw. zembalowe, czyli podwyżki przyznane jeszcze kiedyś przez ministra Mariana Zembalę.
- Chcielibyśmy jak najszybciej poznać ten mechanizm bo lipiec za pasem. Nie powinny to być jednak pieniądze znaczone tylko wpisane w procedury. Bo inaczej wyjdzie na to, że szpital większość kwot dostaje tzw. bokiem, poza pieniędzmi na świadczenia - wskazuje Władysław Perchaluk, prezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego.
Rząd rozbudził apetyty lekarzy, pielęgniarek, diagnostów. Przyznał w czasie pandemii dodatki covidowe w wysokości drugiej pensji zasadniczej. Co było ewenementem na skalę europejską i dzięki czemu niektórzy medycy zaczęli zarabiać po 30 tys. zł miesięcznie. Po czym w kwietniu tego roku dodatki odebrał. Skoro epidemia się skończyła, nie było sensu ich wypłacać. Niemniej wywołał presję płacową w szpitalach, które i tak zmagają się z brakiem kadr a bez podwyżek pewnie nie zdołają utrzymać nawet takiego poziomu zatrudnienia.
Polecamy także:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!