W Polsce trwa nieprzerwany boom na suplementy diety. Kolorowe opakowania kuszą w aptekach, w telewizji zalewają nas reklamy, a influencerzy polecają kolejne „must have” dla zdrowia i urody. Ale czy naprawdę wiemy, co łykamy? I czy suplementacja „w ciemno” to dobry pomysł? O tym, jakie suplementy Polacy przedawkowują najczęściej, które warto badać, a które w ogóle nie powinny pojawiać się w codziennej apteczce – opowiada dr Karpowicz (Onkolog bez Granic), lekarz medycyny.
W Polsce suplementacja stała się niemal stylem życia. Tymczasem, jak podkreśla ekspert, suplement to nie lek, lecz środek, który ma uzupełnić konkretny, potwierdzony niedobór.
– Zaczynamy od diagnozy, a nie od leczenia. Jeśli mamy niedokrwistość, musimy ustalić jej przyczynę. Uzupełnianie żelaza na własną rękę nic nie da, jeśli problemem jest krwawienie z przewodu pokarmowego – mówi lekarz.
Jednak wielu Polaków robi odwrotnie: najpierw kupują preparat, dopiero później zastanawiają się, czy rzeczywiście tego potrzebują.
Dr Karpowicz zwraca uwagę, że część pacjentów przyjmuje nawet 30 różnych suplementów dziennie.
- To nienaturalne. Jeśli ktoś potrzebuje kilkunastu preparatów dziennie, to znak, że jego dieta jest wysoce niedoborowa albo zbyt eliminacyjna - podkreśla.
Witamina D to najpopularniejszy suplement w Polsce. Bierzemy ją „na wszelki wypadek”, zwłaszcza jesienią i zimą. Czy słusznie? Zdaniem eksperta tak, ale z głową.
Rekomendowane dawki dla dorosłych:
Są to dawki uznawane za bezpieczne. Mimo to warto zbadać poziom witaminy D, choćby w trakcie suplementacji.
- Zdarza się, że pacjent bierze regularnie witaminę D, a poziom pozostaje niski. Przyczyną mogą być zaburzenia wchłaniania, metabolizmu lub uwarunkowania genetyczne - tłumaczy.
Jednocześnie możliwa jest też sytuacja odwrotna: osoba bez suplementacji ma prawidłowe stężenie, bo jej dieta jest bogatsza w naturalne źródła witaminy D.
Większość istotnych niedoborów: B12, kwasu foliowego, żelaza, da się zauważyć już w morfologii.
Morfologia nie daje stuprocentowej odpowiedzi co do konkretnego niedoboru, ale dostarcza pierwszego, bardzo czułego sygnału, że w organizmie dzieje się coś niepokojącego. Na jej podstawie lekarz zleca dalsze badania, takie jak: poziom B12, foliany, ferrytyna i TIBC, CRP (wykluczenie anemii chorób przewlekłych), homocysteina, retikulocyty.
Dzięki temu niedobory można wykryć wcześnie, zanim rozwiną się poważniejsze konsekwencje zdrowotne – np. uszkodzenie układu nerwowego przy długotrwałym niedoborze B12.
Ostatnie lata przyniosły modę na suplementację cynku i selenu, zwłaszcza w kontekście zdrowia tarczycy i hormonów u kobiet.
Ale czy to ma sens?
– Selen nie jest parametrem, którego powinno się rutynowo oznaczać. Jego poziom we krwi zmienia się dynamicznie i badania często są niemiarodajne. Najważniejsze to zadbać o dietę bogatą w selen, a nie kupować kolejną tabletkę – zaznacza lekarz.
Reklama
A w jakich produktach znajdziemy selen?
Selen znajdziemy przede wszystkim w produktach pochodzenia zwierzęcego i w niektórych roślinnych, przy czym jego zawartość w roślinach zależy od jakości gleby. Najbogatszym źródłem selenu są orzechy brazylijskie, które już w niewielkiej ilości mogą pokryć dzienne zapotrzebowanie. Wiele selenu dostarczają również ryby i owoce morza, takie jak tuńczyk, łosoś, sardynki czy krewetki. Dobrym źródłem są też mięsa, szczególnie drób i wołowina, a także podroby, na przykład wątróbka. W produktach mlecznych oraz jajach również znajdują się wartościowe ilości tego pierwiastka. Wśród produktów roślinnych selen występuje w pełnoziarnistych zbożach, brązowym ryżu i razowym pieczywie.
Omega-3 to wyjątek. Są trudne do dostarczenia z dietą w ilości, której potrzebuje organizm.
– Aby dostarczyć wystarczającą dawkę Omega-3, trzeba by było jeść nawet kilogram tłustych ryb dziennie. Dlatego suplementacja jest często uzasadniona – wyjaśnia ekspert.
Kwasy Omega-3 mogą wspierać m.in.: zdrowie serca, profil lipidowy, redukcję stanów zapalnych, łagodzenie skutków ubocznych terapii onkologicznych.
Badanie ich poziomu jest jednak trudne, bo standardowych testów w zasadzie nie ma, jedynie komercyjne pomiary stosunku Omega-3 do Omega-6.
Ciekawym wątkiem jest porównanie dwóch krajów. W Polsce półki aptek uginają się od suplementów. Kupujemy, bo wierzymy reklamie, influencerom lub poradom samozwańczych „znawców zdrowia”.
A jak jest w Szwecji?
- Tu suplementy są dostępne, ale nie ma na nie wielkiego popytu. Pacjenci zgłaszają ich stosowanie bardzo rzadko. Marketing jest dużo spokojniejszy, nie ma zalewu reklam w telewizji, więc i konsumpcja jest mniejsza – tłumaczy dr Karpowicz.
Produkty są obecne, ale oferta jest skromniejsza, a Szwedzi stawiają przede wszystkim na dietę, profilaktykę, edukację i rozsądek.
Może w kwestii profilaktyki zdrowotnej warto wnikliwiej przyjrzeć się innym europejskim krajom i zaimplementować to, co skuteczne i efektywne.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze