Gdy mówimy o dezinformacji medycznej, najczęściej myślimy o seniorach, którzy dali się nabrać na fałszywe porady z Internetu. Tymczasem manipulacja zmienia twarz wraz z wiekiem odbiorcy. Rodzicom sprzedaje lęk o zdrowie dziecka, dwudziestolatkom obietnicę pełnej kontroli nad własnym ciałem. O tym, dlaczego nie istnieje jedna recepta na walkę z medycznymi fake newsami i dlaczego edukację trzeba zaczynać znacznie wcześniej, rozmawiamy z dr Dorotą Sikorą z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
PolitykaZdrowotna.com: Raport pokazuje, że TikTok odpowiada za zaledwie 0,5 proc. wpisów i 14 mln kontaktów, podczas gdy Instagram generuje aż 580 mln kontaktów. Czy dezinformacja medyczna jeszcze nie weszła na TikToka, czy po prostu nie umiemy jej tam zmierzyć?
Dr Dorota Sikora, dyrektor Biura Rankingów i Komunikacji Naukowej UMW: Myślę, że odpowiedź brzmi, że trochę jedno i trochę drugie. Z naszych danych wynika, że TikTok odpowiadał tylko za 0,5 procent wpisów i wygenerował około 14 mln kontaktów, podczas gdy Instagram przy podobnie niewielkim udziale procentowym wygenerował aż 580 mln kontaktów. Ale to absolutnie nie oznacza, że dezinformacji na TikToku nie ma. Raczej pokazuje ograniczenia monitoringu. TikTok jest dziś trudniejszy do badania niż Facebook czy portale internetowe. Treści są krótkie, szybko znikają, bazują na wideo, dźwięku, trendach i rekomendacjach algorytmu, a nie na klasycznych wpisach tekstowych.
PZ: Radio okazało się w raporcie najaktywniejszym medium tradycyjnym w prostowaniu medycznej dezinformacji. Dlaczego właśnie ono? Czy to jest lekcja dla innych mediów, czy przypadek wynikający ze specyfiki audycji publicystycznych?
DS: Sama byłam tym trochę zaskoczona. Ale kiedy spojrzymy głębiej, to zaczyna mieć sens. Radio ma kilka przewag. Po pierwsze, jest medium opartym na rozmowie i ekspercie. Można coś wyjaśnić w pięć czy dziesięć minut, a nie w trzydziestosekundowym materiale. Po drugie, radio wciąż ma bardzo wierną i szeroką publiczność. Zwłaszcza w starszych grupach wiekowych. No i radio jest przy nas, ciągle obecne – nawet przy okazji. Gdy pojawia się nowy mit, można jeszcze tego samego dnia zaprosić eksperta i odnieść się do problemu.
PZ: Czy dezinformacja kierowana do dwudziestolatków wygląda inaczej niż ta adresowana do rodziców z dziećmi? Jeśli tak, to co je najbardziej różni?
DS: Tak, ona wygląda inaczej, choć bardzo często opowiada tę samą historię. Rodzicom sprzedaje się przede wszystkim lęk o dziecko epatując hasłami, że szczepionka zaszkodzi, że ktoś ukrywa prawdę, że musisz chronić rodzinę. Zresztą ruchy antyszczepionkowe stanowiły ponad połowę analizowanych narracji, aż 54 procent wszystkich treści.
Natomiast młodym częściej sprzedaje się obietnicę kontroli nad własnym ciałem. Tu obecne są hasła: napraw jelita, zresetuj organizm, odtruj się, weź suplement, który zmieni twoje życie. W naszym raporcie bardzo mocno widać właśnie te narracje wokół suplementacji, detoksów, witaminy D czy „naturalnego leczenia”.
Powiedziałabym wręcz, że młodzi nie tyle „czytają” dezinformację, ile ją oglądają. Dostają ją w formie historii, porad, challenge'u albo polecenia influencera. I jest jeszcze jedna rzecz. Dla młodych zdrowie nie jest osobną kategorią. Oni nie wchodzą na portal medyczny, żeby dowiedzieć się czegoś o zdrowiu. Zdrowie pojawia się między filmikiem o makijażu, treningu i podróżach. Dlatego dezinformacja medyczna coraz częściej przenika do treści lifestyle'owych i wellness.
Kanał oczywiście też ma znaczenie. Na YouTubie mamy długie, quasi-eksperckie opowieści, a na TikToku czy Instagramie 30 lub 60 sekund emocji. Ale mechanizm jest podobny, prosty problem, prosty winny i proste rozwiązanie.
I tu kluczowe staje się to z jaką wiedzą startową nastolatek czy młody dorosły zaczyna te „porady” oglądać. Im jest ona większa, tym większe prawdopodobieństwo, że zapali mu się czerwona lampka i je zweryfikuje w innym źródle. Dlatego rola edukacji zdrowotnej jest nie do przecenienia.
PZ: Czy brak segmentacji demograficznej jest jedną z największych luk raportu?
DS: Powiedziałabym, że jedną z największych. Wiemy, jakie narracje dominują i gdzie się pojawiają, ale nie możemy z pełnym przekonaniem powiedzieć, kto dokładnie je konsumuje. A to dziś kluczowe pytanie. Na nie niestety trudno odnaleźć odpowiedź w portalach, bo te dane nie są dostępne.
PZ: W debacie o walce z dezinformacją skupiamy się na seniorach jako grupie najbardziej narażonej. Ale czy nie powinniśmy przenieść większego ciężaru działań prewencyjnych na milenialsów i młodych dorosłych – pokolenie, które jeszcze może zmienić nawyki informacyjne, a za dwadzieścia lat będzie pierwszą generacją seniorów, która dorastała z mediami społecznościowymi?
DS: Nie stawiałabym młodych przeciwko seniorom. Seniorzy wymagają ochrony tu i teraz, ale działania wobec młodych są inwestycją długoterminową. To właśnie teraz kształtują się ich nawyki.
Nie mamy jednak badań, które pozwalałyby uczciwie powiedzieć, że kampania dla dwudziestolatka zawsze daje wyższą ‘stopę zwrotu’ niż kampania dla siedemdziesięciolatka. Wiemy natomiast, że edukacja działa także u starszych osób, w badaniu opublikowanym w Nature Scientific Reports zespół ekspertów z Uniwersytetu Stanforda pod kierunkiem prof. Moore’a wykazał, że już godzinny kurs kompetencji cyfrowych poprawił rozpoznawanie prawdziwych i fałszywych wiadomości z 64 do 85 procent. Najlepszą praktyką byłyby więc działania wśród wielu grup, np. u młodych budowanie odporności i nawyków, u seniorów dodatkowo bardzo konkretne ostrzeganie przed oszustwem i szkodliwą poradą. Raport pokazuje przecież, że dezinformacja przychodzi dziś wieloma kanałami, od krótkich filmów po fałszywych ekspertów i pseudoterapie.
PZ: Młodzi dorośli coraz częściej traktują ChatGPT jak pierwszą opinię medyczną i to zanim trafią do lekarza. Czy zamiast walczyć z tym zjawiskiem, nie powinniśmy się z nim pogodzić i zacząć myśleć, jak z nim pracować?
DS: Tak, w tym sensie, że tego zjawiska już nie cofniemy. Chatbot może być dobrym początkiem poszukiwania informacji, ale nie powinien być końcem procesu ani zastępować diagnozy.
Badanie Omara i współpracowników opublikowane w The Lancet Digital Health pokazało, że modele są podatne na medyczną dezinformację, szczególnie gdy fałszywa treść jest podana w wiarygodnie brzmiącym, klinicznym formacie. Powinno nam zostać w tyle głowy, że profesjonalny język nie oznacza jeszcze prawdziwej informacji.
PZ: Co powinien wiedzieć dwudziestolatek, żeby nie robić skrótów zdrowotnych przez chatbota? Kto powinien uczyć młodych ludzi cyfrowej higieny informacji medycznej?
DS: Dwudziestolatek powinien znać kilka prostych zasad, chatbot nie zna całego kontekstu klinicznego, może podać informację fałszywą bardzo przekonującym językiem. Nie powinniśmy decydować o odstawieniu leku czy jego dawkowaniu. Nie powinniśmy też odwlekać wizyty u lekarza. Tego nie nauczy jedna instytucja. Platforma powinna jasno komunikować ograniczenia, szkoła uczyć higieny informacyjnej, a lekarze i uczelnie pokazywać, jak rozsądnie korzystać z AI. Edukacja zdrowotna jest do tego bardzo dobrym miejscem, bo może łączyć wiedzę o zdrowiu z oceną źródeł, reklam, influencerów i odpowiedzi generowanych przez AI.
Kompetencja informacyjna jest dziś niezbędną częścią kompetencji zdrowotnej.
PZ: Na koniec pytanie osobiste. Jako badaczka dezinformacji medycznej ma Pani konto na TikToku? I czy jest platforma, którą poleciłaby Pani najbardziej?
DS: Mam konto na TikToku, ale głównie po to, żeby obserwować, jak krążą informacje o zdrowiu. Nie jestem aktywnym nadawcą. Uważam, że jeśli chcemy zrozumieć dezinformację, musimy być tam, gdzie ona się pojawia.
I to chyba najważniejsza lekcja z zajmowania się tym tematem. Nikt nie jest uodporniony na dezinformację. Ani lekarz, ani naukowiec, ani osoba, która zawodowo ją bada. Wszyscy korzystamy ze skrótów myślowych, wszyscy ulegamy emocjom, no i wszyscy czasem chcemy uwierzyć w prostą odpowiedź na trudny problem. Sama staram się stosować kilka prostych zasad, nie udostępniać niczego od razu, sprawdzać źródła. Czerwona lampka zapala mi się wtedy, gdy ktoś oferuje bardzo proste rozwiązanie bardzo złożonego problemu zdrowotnego.
Jeśli miałabym polecić jedną platformę? Chyba nie potrafię. Każda ma swoje zalety i ryzyka. Dla mnie ważniejsze jest pytanie jak z niej korzystamy.
I może na koniec krótka historia. Kiedyś zobaczyłam w mediach społecznościowych informację zdrowotną, która celowała w jeden z osobistych problemów. Na pierwszy rzut oka wydawała się bardzo wiarygodna. Był ekspert i naukowy język. Zaczęłam sprawdzać źródła. Okazało się, że opierała się na błędnie interpretowanym badaniu. To było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie. Pomyślałam wtedy, skoro ja, zajmując się dezinformacją zawodowo, musiałam zatrzymać się i zweryfikować tę informację, to jak trudno musi być zwykłemu odbiorcy?
I chyba właśnie dlatego tak bardzo potrzebujemy edukacji zdrowotnej i cyfrowej.
Dr Dorota Sikora — popularyzatorka nauki, badaczka dezinformacji medycznej, dyrektor Biura Rankingów Akademickich i Komunikacji Naukowej Uniwersytetu Medycznego im. Piastów Śląskich we Wrocławiu. Współautorka raportu „Dezinformacja medyczna. Raport medialny 1.01.2025–14.05.2026" (UMW / Mediaboard Polska). Od września 2025 roku członkini ogólnopolskiego zespołu doradczego ds. popularyzacji nauki przy Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze