Błędem jest traktowanie leków GLP-1 jako szybkiego sposobu na schudnięcie. Bez diety i ruchu Ozempic, Wegovy czy Mounjaro nie zadziałają długoterminowo – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Justyna Domienik-Karłowicz, kardiolog i ekspertka w leczeniu otyłości. Tymczasem choroba otyłościowa kosztuje polską gospodarkę ok. 36 mld zł rocznie, a mimo to wciąż nie jest priorytetem zdrowia publicznego. Dlaczego? Komu te leki realnie pomagają? I co po operacji bariatrycznej, gdy u części pacjentów masa ciała znów zaczyna rosnąć i tracą nadzieję?
Rozwój farmakoterapii zmienił możliwości leczenia choroby otyłościowej, która wciąż pozostaje jednym z największych wyzwań zdrowia publicznego w Polsce. Jak pokazują analizy cytowane w książce „Otyłość, Zdrowie, Zrównoważony Rozwój”, której współredaktorką jest prof. dr hab. n. med. Justyna Domienik-Karłowicz, kardiolog i uznana ekspertka w leczeniu otyłości olbrzymiej, każda złotówka zainwestowana w profilaktykę otyłości może przynieść wielokrotny zwrot. Tymczasem – według raportów NIK i World Obesity Atlas – otyłość kosztuje polską gospodarkę ok. 36 mld zł rocznie, a globalnie do 2035 r. ponad 4 biliony dolarów. Dlaczego mimo tych danych otyłość wciąż nie jest priorytetem państwa? O tym oraz o farmakologicznym i chirurgicznym leczeniu otyłości opowiada prof. Domienik-Karłowicz, związana z grupą LUXMED.
PolitykaZdrowotna.com: Jakie jest realne miejsce leków inkretynowych w leczeniu otyłości? Część z nich jest przecież przeznaczona do leczenia cukrzycy, np. semaglutyd (Ozempic). U których pacjentów semaglutyd (Ozempic, Wegovy) czy tirzepatyd (Mounjaro) przynoszą najlepsze efekty?
Prof. dr hab. n. med. Justyna Domienik-Karłowicz: To są leki, które mają bardzo ważną rolę w długoterminowym leczeniu otyłości, ale tylko wtedy, kiedy są połączone z dwoma podstawowymi filarami terapii, czyli ze zmianą diety i zwiększeniem aktywności fizycznej.
Przeciętny pacjent z BMI >=27 lub z otyłością pierwszego stopnia to osoba, która odnosi z nich największe korzyści długoterminowe, a o te przede wszystkim zabiegamy. Badania kliniczne pokazują, że większość tych leków - mówię wyłącznie o lekach, które są w PL zarejestrowane do leczenia otyłości, czyli semaglutydzie i tirzepatydzie - pozwala na trwałą redukcję masy ciała rzędu 15-20 procent. Dla pacjenta ważącego 100 kilogramów oznacza to realny powrót do masy około 80 kilogramów i możliwość utrzymania tego efektu w długim okresie, ale tylko pod pewnymi warunkami.Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Jakie warunki muszą być spełnione, żeby ten efekt rzeczywiście był trwały?
J.D.-K.: Pacjent musi nauczyć się regularnego jedzenia, trzech–czterech posiłków dziennie, a nie jednego czy dwóch. Musi dbać o odpowiednie nawodnienie organizmu, bo większość chorych tego nie robi.
Bardzo ważne jest też białko – jego ilość i równomierne rozłożenie w diecie, żeby nie tracić masy mięśniowej. Nie chodzi o to, by schudnąć kosztem mięśni, tylko tkanki tłuszczowej. Do tego niezbędna jest aktywność fizyczna, zawsze dopasowana do możliwości pacjenta.Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Wielu pacjentów, zwłaszcza kardiologicznych, boi się ruchu. Jak ich przekonać?
J.D.-K.: To jest ogromnie ważny element edukacji. Stabilna choroba kardiologiczna nie jest przeciwwskazaniem do wysiłku, wręcz przeciwnie – jest wskazaniem. Dla pacjenta, który był dotąd niemal nieruchomy, 15-minutowy spacer dziennie to już bardzo dużo. Wytyczne mówią o 150 minutach ruchu tygodniowo, ale wyjściowo nawet 60–90 minut to bardzo dobry start. Z czasem dokładamy kolejne aktywności, a pacjent musi wiedzieć, że nie musi ćwiczyć siedem dni w tygodniu. Warto też jest z pacjentami rozmawiać o aktywności fizycznej pięć, sześć razy w tygodniu, po to, żeby ten pacjent wiedział, że jak tego dnia nie wyjdzie na spacer 15-minutowy czy godzinny, to się nic złego nie stanie, bo on innego dnia może zrobić więcej. Umawiam się czasem z pacjentami na 42 tysiące kroków tygodniowo, rozłożone elastycznie na dni, w których mogą je wykonać.
Reklama
PolitykaZdrowotna.com: A co z pacjentami z bardziej zaawansowaną otyłością?
J.D.-K.: Leki inkretynowe są bardzo dobre również dla pacjentów z otyłością II i III stopnia, zwłaszcza jako pomost do chirurgii bariatrycznej. Część badań pokazuje, że zmniejszają ryzyko operacyjne. U bardzo zdyscyplinowanych pacjentów czasem udaje się osiągnąć uzasadniony medycznie efekt nawet bez operacji.
Trzecie ważne miejsce dla tych leków to sytuacja wiele lat po operacji bariatrycznej, gdy masa ciała ponownie zaczyna rosnąć. Te dodatkowe 10–15 kilogramów można wtedy skutecznie zatrzymać i pacjent odzyskuje motywację do dbania o dietę i ruch.Reklama
Bo gdy pacjent zaczyna tyć, to traci nadzieję, że znowu będzie miał prawidłową masę ciała i odpowiedni procent tkanki tłuszczowej. Dzięki analogom GLP-1 i GIP to może być dobry początek, dobre zainicjowanie leczenia, żeby go znowu zmobilizować do zwiększonej aktywności fizycznej, do przejścia na dietę, jest łatwiej.
PolitykaZdrowotna.com: Ozempic, Wegovy i Mounjaro to jednak droga terapia, nie każdego na nią stać…
Pamiętajmy, że pierwszy z nich nie jest zarejestrowany w Polsce do leczenia otyłości. Jakkolwiek, we wszystkich tych grupach jest jeden problem z analogami GLP-1 i GIP, a mianowicie taki, że mamy nierówną dostępność do tego typu leczenia. Niestety, te leki w Polsce nie są refundowane. Póki co dość drogie. Mam nadzieję, że w przyszłości będą lekami tańszymi, tak jak kiedyś było z leczeniem przeciwkrzepliwym, nowymi lekami. To było też leczenie drogie.
Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Coraz częściej mówi się o modzie na mikrodawkowanie leków GLP-1, bywa, że bez realnej kontroli lekarskiej. Jak powinna wyglądać właściwa opieka nad osobami stosującymi te leki?
J.D.-K.: Każde leczenie farmakologiczne na receptę powinno być prowadzone długoterminowo przez jednego lekarza. Te leki mają działania niepożądane i wymagają monitorowania. Nie powinno być tak, że pacjent zdobywa receptę w internecie i samodzielnie manipuluje dawkami. Sam stwarza wtedy niepotrzebne ryzyko zdrowotne. Pacjenci, którzy mają największe szanse na odstawienie leku, to ci, którzy są prowadzeni pod kontrolą lekarza, często również lekarza rodzinnego. Mikrodawkowanie nie wynika z charakterystyki produktu leczniczego. Owszem, rozumiem pacjentów, którzy boją się odstawić lek i zostają dłużej na małych dawkach, ale to powinno się odbywać w sposób kontrolowany.
Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Jakie są największe błędy w postrzeganiu otyłości, zarówno po stronie pacjentów, jak i lekarzy?
J.D.-K.: Nadal zapominamy, że otyłość jest chorobą, a nie problemem estetycznym. To bardzo poważna jednostka chorobowa z licznymi powikłaniami. Lecząc otyłość, możemy równolegle leczyć nadciśnienie tętnicze, obturacyjny bezdech senny, cukrzycę typu 2 czy hiperurykemię, a często nawet odstawić leki, jak już wspomniałam. Widzę jednak pozytywną zmianę – coraz więcej specjalistów kieruje pacjentów na leczenie otyłości, farmakologiczne lub chirurgiczne, bo rozumieją, że bez redukcji tkanki tłuszczowej nie da się skutecznie leczyć innych chorób.
Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Operacje bariatryczne nadal budzą ogromny lęk… Dlaczego?
J.D.-K.: Ten lęk jest naturalny. Dotyczy samej operacji, znieczulenia i tego, jak pacjent poradzi sobie później. Kluczowe jest dobre przygotowanie, rozmowa i możliwość kontaktu z innymi pacjentami po zabiegu. Opieka pooperacyjna powinna być kompleksowa – chirurg, dietetyk, czasem psycholog, a także lekarz prowadzący. Efekty bywają spektakularne. Zdarzało się, że odstawialiśmy pacjentom kilkanaście leków po operacji, w tym leki na cukrzycę typu 2 ( również insulinę) czy nadciśnienie tętnicze. I okazywało się, że ich już nie potrzebują.
Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Ma pani duże doświadczenie w szkoleniu lekarzy. Jakie kompetencje są dziś kluczowe w opiece nad osobami z chorobą otyłościową?
J.D.-K.: Przede wszystkim doświadczenie praktyczne, znajomość działań niepożądanych i umiejętność pracy w zespołach interdyscyplinarnych. Leczenie farmakologiczne nie zawsze wystarcza i wtedy trzeba w odpowiednim momencie skierować pacjenta do chirurga bariatry. Bardzo zachęcam do współpracy z dietetykami, psychologami i fizjoterapeutami oraz do korzystania z dobrych źródeł wiedzy, takich jak np. książka „Otyłość, Zdrowie, Zrównoważony Rozwój”, którą miałam przyjemność współredagować.
Reklama
PolitykaZdrowotna.com: Z raportów NIK i World Obesity Atlas wynika, że otyłość kosztuje polską gospodarkę ok. 36 mld zł rocznie, a globalnie do 2035 r. ponad 4 biliony dolarów, głównie w postaci kosztów pośrednich. Dlaczego wciąż nie jest traktowana jako priorytet zdrowia publicznego?
J.D.-K.: Z kilku zasadniczych powodów. Po pierwsze, zwrot z inwestycji w prewencję i leczenie otyłości pojawia się po latach. Koszty są „tu i teraz”, korzyści – za kilka lat. To zniechęca do decyzji systemowych. Po drugie, otyłość nadal bywa traktowana jako „problem stylu życia”, a nie przewlekła, nawracająca choroba o udokumentowanej patofizjologii. To przekłada się na dość niską rangę w priorytetach refundacyjnych i programach zdrowia publicznego. Po trzecie fragmentaryzujemy odpowiedzialność. Koszty otyłości są rozproszone między różne sektory: zdrowie, ZUS, rynek pracy, edukację, politykę społeczną. Brakuje jednego właściciela problemu i międzyresortowej odpowiedzialności. Nikt nie „widzi” całego rachunku. Polska nie ma niestety spójnej, mierzalnej strategii walki z otyłością z jasno określonymi celami zdrowotnymi i ekonomicznymi. Działania są punktowe, reaktywne i często sprowadzane do kampanii informacyjnych.
PolitykaZdrowotna.com: Jak pokazują analizy cytowane w książce „Otyłość, Zdrowie, Zrównoważony Rozwój”, jedno euro zainwestowane w profilaktykę otyłości może przynieść nawet sześć euro zwrotu. Co dziś najbardziej blokuje przesunięcie systemu ochrony zdrowia z leczenia powikłań na realną profilaktykę?
J.D.-K.: Największą barierą nie jest dziś brak wiedzy ani brak dowodów ekonomicznych, tylko architektura systemu i logika jego finansowania, na co wielokrotnie zwraca uwagę współredaktorka książki, Anna Rulkiewicz.
Profilaktyka otyłości leży na styku ochrony zdrowia, edukacji, rynku pracy i polityki społecznej. W efekcie nikt nie ponosi pełnej odpowiedzialności za wyniki. Jak podkreśla często na różnych forach Anna Rulkiewicz, bez koordynacji międzysektorowej nawet najlepsze programy pozostają punktowe i nieskuteczne. Koszty profilaktyki ponosi dziś głównie system ochrony zdrowia, a największe korzyści finansowe trafiają do gospodarki: mniej absencji, wyższa produktywność, dłuższa aktywność zawodowa. Ten brak sprzężenia zwrotnego blokuje decyzje inwestycyjne. Wydaje się też, że niedostatecznie wykorzystujemy potencjał pracodawców.
Bez realnego włączenia pracodawców profilaktyka nie osiągnie skali, gdyż miejsce pracy (czy dla dzieci odpowiednio miejsce nauki) jest dziś jednym z najskuteczniejszych punktów interwencji.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze