Otyłość to nie kwestia „silnej woli”, ale przewlekła choroba, która w Polsce wciąż bywa bagatelizowana – zarówno przez społeczeństwo, jak i część lekarzy. Dlatego o realnym wsparciu pacjentów rozmawiam z Alicją Łepkowską-Gołaś, posłanką, ale przede wszystkim osobą, która sama przeszła operację bariatryczną. Jej doświadczenie odsłania systemowe zaniedbania, które wciąż uniemożliwiają skuteczną walkę z pandemią otyłości.
Zaprosiłam do rozmowy posłankę Alicję Łepkowską-Gołaś, bo niewiele osób mówi o otyłości z taką szczerością i świadomością, wynikającą z własnych doświadczeń. Ona nie tylko przeszła operację bariatryczną, ale też przez lata mierzyła się z niewiedzą systemu, który – jak sama przyznaje – „diagnozował otyłość, ale nie informował, że istnieje możliwość leczenia operacyjnego”.
W Polsce wciąż łatwiej usłyszeć komentarz o „lenistwie” niż rzeczową poradę medyczną, a otyłość jest jedną z najbardziej stygmatyzowanych chorób przewlekłych, mimo że dotyczy 56,6% osób w Polsce powyżej 15. r.ż.. Dlatego ten wywiad nie jest tylko o leczeniu; jest o braku empatii, błędach systemowych i o tym, dlaczego tak wielu pacjentów wciąż gubi się w plątaninie półprawd i stereotypów.
Polityka zdrowotna: Doświadczyła Pani otyłości i przeszła operację bariatryczną – to doświadczenie zmienia perspektywę na systemową walkę z tą chorobą. Jak z Pani punktu widzenia wygląda realne wsparcie osób z otyłością w Polsce – czy to problem medyczny, który wciąż jest społecznie bagatelizowany?
Alicja Łepkowska-Gołaś: To doświadczenie ma wiele wymiarów, jeśli chodzi o codzienne funkcjonowanie. Jestem już dziesięć lat po operacji bariatrycznej, więc z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że dziś potrafię poruszać się w tym systemie i wiem, jak doradzić innym, którzy chcieliby zawalczyć o swoje zdrowie. Ale muszę przyznać, że w okresie, kiedy sama potrzebowałam pomocy, nikt tak naprawdę nic nie wiedział.
ReklamaMam duży żal do lekarzy o to, że mimo iż leczyli mnie z powodu otyłości i ją diagnozowali, nigdy nie wspomnieli, że istnieje możliwość leczenia operacyjnego. Nie chodzi nawet o wskazanie konkretnej metody – bo to zawsze kwestia indywidualnych konsultacji – ale o samą informację, że taka opcja w ogóle istnieje.
Dziś wiemy, że żyjemy w czasach pandemii otyłości. To nie są dane podlegające dyskusji – około dziewięciu milionów osób w Polsce ma zdiagnozowaną nadmierną masę ciała. Według danych NFZ aż 28 procent pacjentów ma rozpoznaną otyłość, czyli już wyższy, zaawansowany stopień nadwagi. Mimo to wciąż mówimy o tych osobach z pogardą – że to „lenie”, że „nie dbają o siebie”. Nie traktujemy otyłości jako choroby, a to ogromny problem. Takie podejście jest nie tylko błędne, ale też niezwykle stygmatyzujące dla pacjentów.
Reklama
PZ: Edukacja zdrowotna miała być odpowiedzią na potrzebę uczenia dzieci troski o ciało i zdrowie. Dlaczego Pani zdaniem ten przedmiot w praktyce nie zadziałał i nie przyczynił się do poprawy świadomości zdrowotnej młodych Polaków?
A.Ł.G.: Przede wszystkim musimy zacząć od tego, że ten przedmiot nie jest obowiązkowy. A dlaczego? Bo część polityków wykorzystała go w celach światopoglądowych i propagandowych. To, moim zdaniem, skandaliczne, ponieważ przedmiot ten obejmuje wiele ważnych komponentów dotyczących zdrowia. Jednym z nich jest edukacja seksualna – i właśnie ten wątek został użyty jako argument przeciwko wprowadzeniu go do szkół. To bardzo źle, bo edukacja seksualna stanowi jedynie niewielki fragment programu.
ReklamaW szerszym kontekście mowa tam o zdrowiu psychicznym, fizycznym, o aktywności, o budowaniu świadomości konsumenckiej młodych ludzi – by potrafili ocenić, które produkty spożywcze mają korzystny, a które negatywny wpływ na zdrowie. Uczą się, jakie są konsekwencje złych nawyków żywieniowych, jakie choroby mogą z nich wynikać: choroby układu krążenia, cukrzyca, nowotwory, czy przewlekłe choroby płuc związane z używkami, papierosami i alkoholem.
Uważam, że bardzo źle się stało, iż z powodów politycznych przedmiot ten nie został włączony jako obowiązkowy. On realnie mógłby podnieść świadomość zdrowotną uczniów – ale też nauczycieli i pracowników szkół. Bo dziś często osoby odpowiedzialne za żywienie dzieci, np. intendenci, nie mają wystarczającej wiedzy, jak komponować jadłospisy, by przeciwdziałać pandemii otyłości. A problem jest ogromny – 33% dzieci w wieku ośmiu lat w Polsce ma nadmierną masę ciała, a 15% cierpi na otyłość. To dramatyczne dane.
ReklamaJeśli nie uświadomimy – między innymi poprzez taki przedmiot – że otyłość to choroba i realne zagrożenie życia, które może je znacząco skrócić, będziemy dalej bezradni wobec tego problemu. To wszystko wydarzyło się zupełnie niepotrzebnie. Bardzo żałuję, że nie udało się wprowadzić tego przedmiotu jako obowiązkowego, wbrew oporowi niektórych środowisk politycznych, bo on naprawdę mógłby zmienić świadomość.
Dzieci powinny kończyć szkołę przygotowane do życia, a nie tylko obciążone nadmiarem wiedzy, której nigdy nie wykorzystają. A ta wiedza – o zdrowiu, o trosce o siebie – jest uniwersalna. Bo niezależnie od tego, jaki zawód wybierzemy, zdrowie mamy tylko jedno.
Reklama
PZ: Szkolne stołówki wciąż serwują dania pełne węglowodanów prostych i tłuszczu, a automat z batonami stoi tuż obok sali gimnastycznej. Jak w takiej rzeczywistości mówić dzieciom o zdrowym odżywianiu, żeby to nie brzmiało jak hipokryzja dorosłych?
A.Ł.G.: Przede wszystkim musimy zacząć od tego, że wychowanie i nawyki żywieniowe wynosimy z domu. I tu pojawia się błędne koło – jeśli sami nie nauczyliśmy się zdrowych nawyków, nieświadomie przekazujemy je własnym dzieciom. Szkoła ma wzbudzać w dzieciach świadomość tego, co jest dobre, a co złe dla zdrowia, ale ogromna odpowiedzialność spoczywa też na rodzicach.
ReklamaKażdego dnia stajemy przed wyborami – co jemy, jak żyjemy, jak dbamy o siebie – i dzieci również muszą się tego uczyć. Wracając jednak do pytania o edukację zdrowotną, trzeba powiedzieć jasno: często pracownicy szkół nie mają odpowiedniego przygotowania w tym zakresie. Brakuje im wiedzy o otyłości dzieci, o tym, jak prawidłowo zbilansować dietę, by wszystkie dzieci korzystały z posiłków i jednocześnie uczyły się zdrowych nawyków.
Problem leży też głębiej – organy prowadzące szkoły, czyli samorządy, nie zawsze są odpowiednio przeszkolone, również w zakresie nowych trendów żywieniowych. Nauka idzie do przodu, rośnie nasza świadomość i wiedza, więc powinniśmy dostosowywać się do tych zmian. Niestety, często intendenci i osoby odpowiedzialne za zakupy nie korzystają z lokalnych produktów – tych, które są świeże, mniej przetworzone, bardziej wartościowe i jednocześnie tańsze w dostarczeniu.
ReklamaOszczędzanie na jedzeniu dla dzieci to krótkowzroczność. Wydatki na zdrowe posiłki w szkołach nie są kosztem – są inwestycją w zdrowie przyszłych pokoleń. Dlatego również my, politycy, mamy obowiązek tłumaczyć to samorządowcom i pokazywać im, że warto inwestować w zdrowie dzieci – bo to inwestycja, która zawsze się zwraca.
PZ: Otyłość dziecięce staje się epidemią społeczną. Czy polska szkoła i system edukacji mają jakiekolwiek narzędzia, by temu przeciwdziałać?
A.Ł.G.: Tak. Między innymi dlatego ten przedmiot jest dziś problematyczny – rodzice często nie zapisują na niego dzieci, bo czują presję. Gdy coś nie jest obowiązkowe, wielu ludzi uznaje, że nie warto się tym zajmować. Niestety, z tego założenia wychodzi spora część rodziców.
ReklamaJednocześnie pojawił się nowy system oceniania poprawy sprawności fizycznej dzieci, opracowany we współpracy Ministerstwa Edukacji Narodowej i Ministerstwa Sportu. Nie chodzi o to, by każde dziecko zostało mistrzem olimpijskim, ale by śledzić, jak z roku na rok poprawia się jego kondycja. Czy jest postęp, czy może regres – to bardzo ważne informacje. Takie narzędzia pozwalają też wychwycić moment, w którym dziecko znajduje się na granicy nadwagi lub otyłości.
Musimy więc równocześnie edukować i nauczycieli, i rodziców. Potrzebny jest stały dialog między środowiskami – szkolnym, rodzicielskim i medycznym – bo ostatecznie wszystko zależy od ludzi: od dyrektorów, nauczycieli i ich świadomości. Dlatego uważam, że zadaniem Ministerstwa Edukacji Narodowej przy wprowadzeniu obowiązkowego przedmiotu edukacja zdrowotna powinno być również odpowiednie przygotowanie kadry – poprzez szkolenia, materiały i narzędzia, które dadzą nauczycielom realną wiedzę i umiejętności.
Reklama
PZ: Wiele osób po operacjach bariatrycznych mówi o konieczności zmiany nie tylko diety, ale i myślenia o jedzeniu. Co Pani zdaniem jest największym wyzwaniem w tym procesie – brak wsparcia psychologicznego, systemowych rozwiązań czy może presja społeczna?
A.Ł.G.: Nie jest tak, że nie mamy wsparcia psychologicznego. Oczywiście mierzymy się z kryzysem zdrowia psychicznego – mamy zbyt mało psychologów, psychiatrów i psychoterapeutów, doskonale zdajemy sobie z tego sprawę. Ale mimo wszystko pierwszym zaleceniem i jednym z kluczowych wytycznych Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością jest to, by przed zabiegiem bariatrycznym każdy pacjent i każda pacjentka przeszli ocenę psychologiczną lub psychiatryczną.
Dlaczego to takie ważne? Ponieważ w przypadku otyłości często współwystępują zaburzenia odżywiania, nieleczona depresja czy różnego rodzaju uzależnienia, które mogą sprawić, że efekty operacji nie będą trwałe. Kiedy ja sama przechodziłam zabieg – a było to 10 lat temu – takie zalecenia jeszcze nie obowiązywały. Już wtedy widziałam, że to duży błąd. Rozmawiałam z innymi pacjentkami po operacji – wiele z nich miało ogromny problem z zaakceptowaniem nowej rzeczywistości, z tym, jak szybko zmienia się ciało i jak trudne są emocje towarzyszące temu procesowi.
Dlatego dziś tak istotne są także zalecenia pozabiegowe, które wskazują na konieczność terapii psychologicznej. Wiem, że nie każdy pacjent może sobie na nią pozwolić prywatnie, a kolejki do specjalistów są długie. Mimo to trzeba o tę sferę zadbać – bo nie sztuką jest zrobić zabieg bariatryczny, sztuką jest trwale zmienić nawyki żywieniowe, podejście do zdrowia i włączyć aktywność fizyczną.
Jestem już 10 lat po operacji i przez ten czas utrzymałam swoją wagę, ale wiem, że wiele osób po 2–3 latach wraca do dawnych nawyków, potrzebuje reoperacji lub całkowicie zaniedbuje zdrowie. Dlatego opieka psychologiczna powinna być integralną częścią całego procesu leczenia otyłości – od kwalifikacji, przez zabieg, aż po długofalową rekonwalescencję.
PZ: Otyłość wciąż bywa postrzegana jako wynik lenistwa, a nie choroba przewlekła. Jak walczyć z tym stygmatem – czy potrzebujemy większej empatii, czy bardziej twardych decyzji systemowych?
A.Ł.G.: Przede wszystkim potrzebujemy empatii. W dobie zmieniającego się świata, rozwoju sztucznej inteligencji i nowoczesnych technologii mamy wiele obaw dotyczących tego, jak odnajdziemy się w tej nowej rzeczywistości. Ale jedno pozostaje niezmienne – jeśli zachowamy w sobie empatię i zrozumienie dla innych ludzi, to nie jesteśmy naprawdę zagrożeni.
Jeśli jednak brakuje nam empatii wobec osób z chorobami takimi jak otyłość, to znaczy, że coś złego dzieje się ze społeczeństwem. I tu ogromna rola zarówno szkoły, jak i domu rodzinnego, by uczyć dzieci, że otyłość to choroba, a nie kwestia lenistwa czy braku silnej woli. Z otyłością często jest tak, że im bardziej człowiek sobie z nią nie radzi i odczuwa presję społeczną, tym bardziej tyje – zajada stres, wstyd i bezradność, dokładając sobie problemów zdrowotnych.
Mam też żal do części lekarzy – nie tyle pretensje, co smutek – że nie diagnozują otyłości właściwie. Zbyt często przy chorobach układu ruchowego, stawów czy kręgosłupa pacjent słyszy tylko: „proszę schudnąć, to będzie lepiej”. To bagatelizowanie problemu. Zanim powiemy pacjentowi, by „mniej jadł”, powinniśmy sprawdzić, skąd wynika nadmierna masa ciała, jakie są jej przyczyny i jak realnie można pomóc. Samym hasłem „proszę schudnąć” nikomu nie pomożemy – przeciwnie, często zawstydzamy tych ludzi.
Na ulicy, w tramwaju, w pracy – wielu z nich słyszy komentarze w stylu „Boże, znowu jesz?”. A przecież otyłość to nie zawsze mechanizm, nad którym mamy pełną kontrolę. Lekarze powinni więc nie tylko rozpoznawać chorobę, ale też wskazywać pacjentom możliwe ścieżki leczenia – od pomocy dietetyka, przez wsparcie psychologiczne, po chirurgiczne leczenie bariatryczne.
Bardzo często podstawą skutecznej zmiany jest terapia psychologiczna, która pozwala „poukładać w głowie” wiele rzeczy i otworzyć się na nowe nawyki. Ale bez empatii, bez zrozumienia i bez odejścia od oceniania z góry – nic się nie zmieni, niezależnie od tego, jakie reformy systemowe wprowadzimy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Wiele osób doświadcza frustracji, gdy waga nie spada mimo wysiłku. Wiedza o roli jelit w metabolizmie otwiera nowe możliwości. Probiotyk Sanprobi Premium z akkermansią może wspierać naturalne procesy spalania i pomagać utrzymać prawidłowy poziom cukru.
Wiele osób doświadcza frustracji, gdy waga nie spada mimo wysiłku. Wiedza o roli jelit w metabolizmie otwiera nowe możliwości. Probiotyk Sanprobi Premium z akkermansią może wspierać naturalne procesy spalania i pomagać utrzymać prawidłowy poziom cukru.