Decyzja prezydenta o zawetowaniu ustawy wdrażającej Akt o Usługach Cyfrowych wywołała w rządzie wściekłość, jakiej dawno nie było w debacie o internecie. Padają słowa o „ciosie w państwo”, „prezencie dla globalnych korporacji” i o porzuceniu obywateli wobec patologii sieci. W tle jest coś więcej niż spór polityczny – to pytanie o to, czy polskie państwo w ogóle chce mieć wpływ na to, co dzieje się w cyfrowej rzeczywistości.
„No i wydarzyło się” – mówił minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski tuż po ogłoszeniu weta.
- Prezydent zawetował akt o usługach cyfrowych, który miał chronić w internecie polskich obywateli. To wielki cios w polskie państwo i prezent dla największych światowych korporacji.
W jego ocenie zawetowana ustawa nie była ideologicznym eksperymentem, lecz próbą wprowadzenia „cywilizacyjnego standardu XXI wieku”. Jak podkreślał, DSA miało wreszcie „porządkować internet” i po raz pierwszy w historii dać użytkownikom realne prawa wobec platform cyfrowych.
Krzysztof Gawkowski przypominał, że nowe przepisy dawały obywatelom możliwość kontroli nad tym, jak działają algorytmy, oraz prawo do odwołania się od decyzji platform, które dziś często zapadają arbitralnie i bez wyjaśnienia.
Prawo, które przyjęliśmy, to była odpowiedzialność. Odpowiedzialność za rodzinę, za dzieci, za starszych i za młodszych – mówił minister, wskazując, że państwo nie może udawać, iż internet jest przestrzenią poza jakąkolwiek troską o bezpieczeństwo najsłabszych.
Reklama
W emocjonalnym wystąpieniu zwrócił się bezpośrednio do prezydenta.
- Dlaczego rezygnuje pan z ochrony dzieci, rodziców, nauczycieli, przedsiębiorców w internecie? Dlaczego rzuca pan państwu kłody pod nogi, a nas wszystkich pozostawia bezbronnych? – pytał.
Jego zdaniem weto nie jest neutralną decyzją ustrojową, lecz działaniem „przeciwko państwu”, motywowanym bieżącą kalkulacją polityczną.
Jeszcze ostrzejszy ton przyjął wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski.
- Prezydent zawetował ustawę wdrażającą akt o usługach cyfrowych w Polsce i stanął po stronie oszustów – stwierdził wprost.
Reklama
Jak podkreślał, zawetowane przepisy miały dać użytkownikom polskiego internetu realne narzędzia do zgłaszania treści nielegalnych i do odblokowywania materiałów niesłusznie usuwanych przez platformy.
Dariusz Standerski przypominał, że mowa nie o abstrakcyjnych sporach o regulacje, lecz o konkretnych przestępstwach.
- Treści nielegalne, które były przewidziane przez tę ustawę, to między innymi oszustwa finansowe, nakłanianie do popełnienia samobójstwa czy treści seksualne z wykorzystaniem dzieci – wyliczał.
Reklama
Jego zdaniem decyzja prezydenta oznacza, że „te wszystkie przestępstwa dalej będą bezkarne w treściach internetowych”, bo państwo samo zrezygnowało z narzędzi, które pozwalałyby reagować.
Wiceminister zwracał też uwagę na europejski kontekst sporu.
- Użytkownicy internetu w całej Unii Europejskiej mają narzędzia budujące bezpieczny i wolny internet, ale nie w Polsce – mówił, dodając, że to efekt kolejnego uruchomienia „wetomatu” ze szkodą dla polskich rodzin i użytkowników.
W jego ocenie Polska świadomie ustawia się dziś poza głównym nurtem europejskich standardów cyfrowych.
- Panie prezydencie, po pierwsze Polska, po pierwsze Polacy? – apelował Standerski, zarzucając głowie państwa, że o tym haśle „dzisiaj zapomniał.
Zapewniał jednocześnie, że rząd nie zamierza wycofywać się z walki o internet, który „jest jednocześnie wolny i bezpieczny”.
- Pan nam dzisiaj w tym przeszkadza, ale my nie ustajemy – podkreślał, zapowiadając dalsze działania.
Spór o DSA coraz wyraźniej przestaje być techniczną dyskusją o przepisach, a staje się debatą o roli państwa w epoce cyfrowej. Czy wolność słowa oznacza całkowitą bezkarność w sieci? Czy interes obywateli ma ustąpić przed wygodą globalnych platform? Po prezydenckim wecie odpowiedzi na te pytania w Polsce są dziś bardziej niepokojące niż kiedykolwiek wcześniej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze