Wszystko zaczyna się od „błądzącego pacjenta”, któremu można pomóc w skierowaniu do odpowiedniego lekarza. I nie tylko lekarza, bo może to być także pielęgniarka czy położna. To rozwiązanie, które działa już w prywatnym sektorze ochrony zdrowia, a publiczny może je wdrożyć. Między innymi o tym była mowa podczas kolejnego panelu Innovation Day.
Tym razem mowa była o tym, jak budować stabilność systemu przy rosnących oczekiwaniach pacjentów i rosnącej złożoności potrzeb zdrowotnych, a także w jakim kierunku powinny zmierzać decyzje publiczne, aby łączyć bezpieczeństwo dostaw, racjonalny dostęp do terapii i długofalową odporność systemu ochrony zdrowia.
Jak mówiła dr Maria Jessa-Jabłońska, zastępca Rzecznika Praw Pacjenta, kiedy myśli się o bezpieczeństwie lekowym, zazwyczaj kojarzy się je ze strategiami, przyszłością, zagrożeniami czy profilaktyką wojenną. Ale RPP zajmuje się rzeczami jednak bardzo bliskimi ludziom i pacjentom.
– To codzienna praktyka kliniczna. Spośród 11 praw pacjenta przynajmniej trzy dotyczą bezpieczeństwa lekowego – mówiła ekspertka.
I tłumaczyła, że rzecznikowi zgłaszane są takie tematy jak działania niepożądane leków. Pacjenci chcą także, aby leki były w rozsądnej cenie i refundowane oraz żeby była ciągłość dostaw leków. Często są listy, petycje i pytania dotyczące braku leków w aptece, podnoszony jest też problem nierównego dostępu do programów lekowych. Są także głosy o indywidualnym dostępie – że on też przebiega różnie i jest długotrwały. Do zadań RPP należą też regularne spotkania z organizacjami pacjenckimi, a tych jest około 2200.
– Nasze myślenie jest myśleniem pacjentów i wzajemne – wyjaśniła dr Jessa-Jabłońska.
Wyliczałą też, że jest podnoszony problem politerapii, kiedy jedna osoba przyjmuje za dużo leków jednocześnie, co może zaszkodzić.
– Farmaceuci mogą być lepszym partnerem w takich przypadkach. RPP zajmuje się także dostępnością leków i opiniuje przy wydawaniu rekomendacji AOTMiT – podała zastępczyni RPP.
To był tylko wstęp do jeszcze poważniejszej dyskusji o bezpieczeństwie, bo jak się okazuje, jest to problem bardzo złożony i nie da się w tej rozmowie uciec od pieniędzy.
Gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak, dyrektor Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, zwrócił uwagę na dostęp pacjentów do leków w ujęciu programów lekowych. Tu należałoby jednak wyjść od samego pojęcia leków krytycznych.
– Programy lekowe, w zdecydowanej większości, to programy onkologiczne – mówił i dodawał, że to jedna grupa leków krytycznych. – Co jest lekiem krytycznym? Preparat, którego brak w krótkim czasie spowoduje pogorszenie się stanu pacjentów.
Problem w tym, że system nie jest idealny.
– Podmioty lecznicze ponoszą koszty związane z tym, żeby zabezpieczyć dostęp do leków w programach lekowych. Nie rozmawiamy o wartościach kilkuset tysięcy, ale milionach, dziesiątkach milionów złotych – wskazywał generał.
A to koszt szpitala, który musi wziąć kredyt, zapłacić za leki, aby pacjent miał je dostępne. Dlatego szpital i jego dyrektor stoją przed wyborem: czy się zadłużyć i kupić potrzebne leki dla pacjentów, czy tych leków nie wydać. A chodzi o bardzo trudne przypadki, jak pacjentki chore na raka.
– Zdarzało się, że byliśmy zmuszeni ponosić dodatkowe koszty, zaciągamy kredyt, kupujemy leki i ponosimy koszty obsługi kredytu, których płatnik nam nie zwróci. To sytuacja, której nie rozumiem – narzekał szef WIM.
Tylko w pierwszym kwartale tego roku placówka wydała 11 mln zł „ekstra” na programy lekowe. Z kolei obsługa programów lekowych to kilka milionów złotych rocznie. To np. wykonanie badań, które muszą być przeprowadzone, a które nie są refundowane.
– Mam wrażenie, że pacjent staje się problemem systemu. Wszystko byłoby finansowane w ochronie zdrowia, gdyby nie pacjenci. Skoro mamy do tego sprowadzić dyskusję, to powinniśmy się zamknąć albo się wstydzić – kontynuował generał Gielerak.
Reklama
Idealnym wyjściem byłoby zwiększenie finansowania. Ale jak mówił Dariusz Dziełak, dyrektor Departamentu Analiz i Innowacji w Centrali Narodowego Funduszu Zdrowia, nie jest to takie proste.
– Niestety, chociaż mamy kolorowe drukarki, to nie produkujemy pieniędzy. Najlepiej byłoby zapewnić wszystko za to, co mamy, ale mamy ograniczone możliwości finansowe. To nie NFZ płaci, płacą ci, którzy płacą składki i częściowo podatki – tłumaczył.
Być może kolejnym wyjściem byłoby podniesienie składki zdrowotnej, ale na to nie ma ani przyzwolenia politycznego, ani społecznego. Stąd luka w finansach. Jednak dużo zmienia się na plus, zwłaszcza w terapiach lekowych.
– Jeszcze w 2015 r. 80 proc. nakładów było przeznaczanych na 20 proc. najciężej chorych, w 2024 roku te 80 proc. to na niespełna 18 proc. najciężej chorych, coraz bardziej kierujemy nasze działania na coraz droższe terapie – podawał ekspert z NFZ.
I przyznał, że odbywa się to częściowo kosztem innych pacjentów.
– Ale skompensowaliśmy wydatki o 198 proc. w ciągu kilku lat. A mimo to jest nadal problem z finansowaniem. Są nowe cząsteczki, programy, ale ponad 50 programów ze swoim kosztem rocznym leczenia przekracza 100 tys. zł na osobę, a takich pacjentów jest 47 tys. To naprawdę duże liczby i za to trzeba zapłacić – mówił.
Reklama
Co do składki, to zdaniem generała Gieleraka będzie trzeba podjąć jakieś decyzje. Świat się zmienia, postępuje cyfryzacja i coraz mocniej wkracza sztuczna inteligencja. To sprawi, że wkrótce etatowi pracownicy, których zacznie wypierać AI, zaczną być zatrudniani inaczej – bez opłacanych składek. A to sprawi, że obecne 127 mld zł z tego tytułu może być tylko pozytywnym wspomnieniem.
Wojciech Łukasiewicz, dyrektor Departamentu Operacyjnego, członek zarządu Medicover Sp. z o.o. ds. operacyjnych, podsuwa jednak pomysły, jak innowacje zaprząc do poprawy bezpieczeństwa pacjentów i to w taki sposób, aby nie ucierpiały na tym finanse.
Opisuje, że wszystko zaczyna się, gdy pacjent szuka dostępnej wizyty. Wówczas pomoc medyczna upewnia się, czy wspieranie pacjenta pomaga mu nawet w dostaniu się do odpowiedniej wizyty. Bo okazuje się, że do 30 proc. to "pacjent błądzący" – który do końca nie wie, gdzie ma i chce trafić.
– Kiedy wiemy, gdzie ma trafić, to kolejny parametr to bliskość w umawianiu wizyty – mówił i tłumaczył, że to jeden z ważniejszych czynników dla samych pacjentów.
– Pacjenci chcą załatwić to szybko, w 15 minut. Rozwiązaniem jest założenie sieci medycznej blisko pacjentów – dodał.
Reklama
To może być blisko domu, w drodze do pracy czy zdalnie. Czat z lekarzem to też oszczędność czasu.
– Jak pacjent już trafi do właściwego lekarza albo pielęgniarki czy położnej, których kompetencji też nie wykorzystujemy, ważne jest to, aby wesprzeć proces diagnozy – kontynuował.
AI to nie jest przyszłość, tylko już teraźniejszość. Nowo kupiony rezonans jest już wyposażony w mechanizmy skracające pracę lekarza. To rozwiązania, które podpowiadają, w którym miejscu tkwi problem zdrowotny pacjenta.
Po diagnozie „zaczynają się schody”. Czyli pytanie o to, czy pacjent zastosuje się do zaleceń.
– Za pomocą technologii jesteśmy w stanie pacjentom przypominać o zaleceniach, dawkach leków, podpowiadać, gdzie dany lek najlepiej zakupić – wyliczał.
Są też analizy i podpowiedzi, jak pacjent zareaguje podczas przyjmowania konkretnego leku.
– Na koniec jest element związany z oceną, jak cały proces jest dla nas efektywny i jak pomógł pacjentowi – mówił Łukasiewicz.
Chodzi o ocenę, jaki był efekt leczenia. Czy cały proces od umówienia się na wizytę pomógł, czy poprawił wskaźniki zdrowotne pacjenta i jakim kosztem się to odbyło.
– Pokazuje to, że sektor prywatny i publiczny mogą się uzupełniać. 50 proc. pacjentów w Polsce to osoby korzystające z sektora prywatnego i publicznego. To, czego możemy się wzajemnie uczyć, to implementacja technologii, mierzenie efektów opieki nad pacjentem, nie tego, ile procedur wykonaliśmy, ale czy efekt, jaki pacjent uzyskał, był adekwatny do poprawy stanu pacjenta – wskazywał członek zarządu Medicover.
Prof. Marek Saracyn, prodziekan Wydziału Medycznego UW ds. badań i współpracy międzynarodowej, uważa, że rynek farmaceutyczny jest dynamiczny, rosnący, ale wartość rynku przede wszystkim wynika z innowacji i nowych terapii oraz strategii.
– Połączyliśmy siły UW i WIM, tworząc wydział medyczny. Na razie jest nieduży, ale takie były założenia. To projekt nieduży, ale elitarny i kameralny – mówił.
Problemem są czas oraz środki, jakie trzeba ponieść. A to miliony i często miliardy euro.
W Polsce wąskim gardłem pozostają badania przedkliniczne po fazie eksperymentalnej, kiedy cząsteczki potrzebują kolejnych badań.
– To, czego im brakuje, to koordynacja i współpraca systemowa. W laboratoriach mamy oddanych naukowców z mnóstwem pomysłów, mają pomysły na 10 tys. nowych cząsteczek – mówił profesor.
Dlatego potrzebna jest koordynacja na poziomie centralnym – wskazanie, w którym kierunku iść, a organizacje centralne mają do dyspozycji środki i dzielą je na konkretne projekty.
Mariusz Kisiel, prezes Związku Aptek Franczyzowych, słusznie powiedział, że apteki to ostatni element łańcucha dystrybucji leków, ale bardzo ważny.
– Apteki już niejednokrotnie okazały, że w sytuacjach kryzysowych są w stanie zapewnić dostęp, może nie do samego leczenia, ale do leków i usług. A jest to bardzo dobry rezerwuar dostępu do leków i usług w sytuacjach kryzysowych. Udowadnialiśmy to w pandemii COVID, także w czasie powodzi i w czasie natężonego ruchu imigrantów zza wschodniej granicy po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę – opowiadał.
I wyliczał, że apteka to nie tylko leki, ale też szczepienia. Chociaż farmaceuci znajdują problemy pacjenta i zdają sobie sprawę, że farmaceuta mógłby lepiej informować pacjenta, czym może skutkować przyjmowanie wielu leków.
– Czekamy na rozwiązania systemowe, robimy to trochę hobbystycznie i czekamy na rozwiązania systemowe – mówił.
– Mamy bardzo poważny problem systemowy, obserwujemy pogarszającą się infrastrukturę rynku aptecznego – dodawał.
Z danych, jakie przedstawił, wynika, że na ścianie wschodniej aż 1/4 gmin nie posiada apteki. Pacjenci nie mają w ten sposób dostępu do leków. Mogą mieć receptę farmaceutyczną czy elektroniczną, ale pacjent musi wykupić lek, czyli musi dotrzeć do apteki.
– Do 2017 roku liczba gmin bez apteki rosła, od 2017 zaczęła maleć – stwierdził Kisiel.
W jego ocenie to apteki zapewniają właśnie dostęp do leków w sytuacji krytycznej.
– Potrzebujemy silnego rynku aptecznego, solidnej infrastruktury i odpowiednio rozproszonej – dodał i zaznaczył, że dziś tak nie jest, a do aptek leki doprowadza kilka hurtowni. – Jestem zwolennikiem teorii, że aptek musi być wystarczająco dużo. Im więcej, tym lepiej, i muszą mieć kadrę – wyliczał.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze