Zapowiedziany przez minister zdrowia Jolantę Sobierańską-Grendę plan odbudowy ochrony zdrowia nie odpowiada na najważniejsze pytanie: kto zapłaci za reformę systemu? Gen. broni prof. dr hab. n. med. Grzegorz Gielerak w specjalnym komentarzu dla PolitykaZdrowotna.com analizuje propozycje rządu oraz zestawia je z planami PSL i PiS. Jego wniosek jest jednoznaczny: diagnoza problemów jest wspólna, ale rachunek za ich rozwiązanie wciąż pozostaje bez podpisu.
3 lipca premier Donald Tusk dał Ministerstwu Zdrowia i Narodowemu Funduszowi Zdrowia czas do wtorku, 7 lipca, na plan likwidacji przywilejów i patologii w systemie ochrony zdrowia. W tym samym tygodniu PSL promowało w sieci „plan ratunkowy” pod hasłem końca prowizorki, a zespół ekspercki PiS ogłosił raport o zmianach w wynagradzaniu medyków. Kto zamiast rozsądzać, która partia wymierza ciosy celniej i czyja narracja bierze górę w bieżącym sporze, położy te trzy dokumenty – zapowiedziany plan rządu, „plan ratunkowy” PSL i raport PiS – obok siebie, zobaczy rzecz w polskiej debacie rzadką: ukryty konsensus. W medycynie po diagnozie przychodzi recepta, a po recepcie rachunek – i dokładnie w tej kolejności warto czytać dokumenty trzech głównych obozów politycznych, które zajęły w tej sprawie oficjalne stanowisko.
Diagnoza jest wspólna – nie budzi zastrzeżeń ani polemiki po żadnej ze stron politycznego sporu. Nakłady publiczne na zdrowie wzrosły według GUS z 77 mld zł w 2015 r. do 232 mld zł w 2025 r., podczas gdy pacjent nie odczuł porównywalnej poprawy dostępności – trzykrotnie większy strumień środków niemal w całości absorbują spirala płacowa i nieprzejrzysty rynek umów cywilnoprawnych między szpitalami a personelem medycznym, zwanych potocznie kontraktami.
Wszystkie trzy środowiska polityczne chcą tę spiralę wyhamować, choć każde inną metodą: PiS przez stawki maksymalne i standaryzację umów, PSL przez „jasne zasady podwyżek” i ograniczenie tempa ich wzrostu, rząd przez limity wydatków na wynagrodzenia w szpitalach. Nikt nie powie jednak tego wprost, że każde z tych narzędzi uderza w najbardziej deficytowy zasób systemu – kadrę, której siła negocjacyjna bierze się z niedoboru, a niedoboru nie znosi się ustawą – można go nią najwyżej pogłębić.
Drugi wspólny mianownik to dane. PiS chce centralnego rejestru umów i kosztów leczenia widocznych na Internetowym Koncie Pacjenta, rząd stawia na Centralną e-Rejestrację, PSL – na regionalne sieci szpitali wiodących. Zgoda w tej sprawie ma prosty mechanizm – cyfryzacja nikomu jeszcze nic nie odbiera, a każdemu daje okazję wykazać się modernizacyjnym zapałem.
Polityczny konsensus urywa się jednak na progu terapii – recepty rozchodzą się, bo każdy obóz ciągnie za inną dźwignię. PiS – za cenę i informację: elektroniczna ewidencja czasu pracy, preferencje podatkowe powiązane z jakością świadczeń, regulacja rynku zatrudnienia lekarzy. PSL – za pieniądz: przeniesienie składki chorobowej z ZUS do NFZ oraz odliczenie od podatku 10% udokumentowanych wydatków na prywatne leczenie, czyli ulga, która przy okazji wzmocni segment komercyjny. Rząd – za strukturę: konsolidacja podmiotów leczniczych, plany naprawcze szpitali, przeprofilowanie oddziałów pod lokalne potrzeby zdrowotne. Każda z tych dźwigni omija dwie pozostałe: regulacja cen nie wskazuje źródeł finansowania, nowe pieniądze bez kontroli cen napędzą spiralę, którą wszyscy chcą wyhamować, a przebudowa struktury bez jednego i drugiego zmieni mapę szpitali, nie ich bilanse. Skuteczna kuracja wymagałaby pociągnięcia trzech dźwigni naraz, tymczasem każdy obóz trzyma rękę na jednej z nich.
Opublikowany 6 lipca raport „Nowy kontrakt społeczny dla ochrony zdrowia” dorzuca głos opinii publicznej, niewygodny dla wszystkich obozów: za niewydolność systemu 74% Polaków wini jego organizację, a lekarzy – zaledwie 38%; siedmiu na dziesięciu badanych chce etatów zamiast kontraktów, a trzy czwarte – odpolitycznienia zarządów szpitali. Żadna z trzech recept nie trafia w te oczekiwania – ani wprost, ani rykoszetem.
Odpowiedź na ultimatum szefa rządu nadeszła w terminie: rekomendacje trafiły do premiera we wtorek, a w środę poznała je opinia publiczna. Minister Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiła pakiet narzędzi: indywidualne limity wynagrodzeń – dla kontraktowców maksymalnie 240 zł brutto za godzinę, rekomendowane pułapy kosztów osobowych szpitali, obniżenie wycen około 100 procedur oraz wymóg, aby lekarz był zatrudniony w podstawowym miejscu pracy na co najmniej pół etatu. Odpowiednie wskaźniki ma przygotować do końca sierpnia Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, a nowością na tej liście jest centralna e-kolejka, czyli zapisy do szpitali na zabiegi planowe, które mają ruszyć do końca 2026 r.
Rząd, dotąd skupiony na strukturze, sięgnął więc po dźwignię rywala – po cenę. Kto na tym zyskał? Formalnie premier, bo resort dotrzymał terminu. PiS może za to dostrzec w środowej zapowiedzi echo własnego pomysłu: limity płacowe to złagodzona wersja jego stawek maksymalnych, tyle że pozbawiona fundamentu. Pułap ma sens, gdy wiadomo, ile kto zarabia i za ile godzin – takiej wiedzy system póki co nie gromadzi. Bez rejestru umów i ewidencji czasu pracy wyznacza się go w ciemno i w ciemno przyjdzie go egzekwować. PSL ma najmniej powodów do satysfakcji, bo pakiet resortu zdrowia nie dotyka źródeł finansowania systemu – głównej dźwigni, za którą ciągnie ta partia. Oceniany jako całość, pakiet daje zatem na tle społecznych oczekiwań bilans częściowy, ale nie pusty: realizuje popierany przez 62% badanych postulat ukrócenia skrajnie wysokich zarobków lekarzy, a etaty, odpolitycznienie i rozdział sektora publicznego od prywatnego odracza bez wskazania terminu.
Zwłoka w rozdzieleniu sektorów podważa zresztą sam limit płacowy. Jeśli ograniczenie obejmie wyłącznie szpitale publiczne, a ominie prywatne placówki z kontraktami NFZ, specjaliści nie znikną z rynku – przeniosą się tam, gdzie stawki od 500 zł za godzinę wzwyż pozostaną poza regulacją...
Arytmetyka sprowadza jednak ten gest do rzeczywistych rozmiarów (...).
Rachunku za całość wciąż nie wystawia nikt – sama minister zastrzegła na konferencji, że „nie rozmawiamy dziś o oszczędnościach”. Ani trzy partyjne recepty, ani środowy pakiet nie wskazują, z czego pokryć tę lukę: ze składki, z budżetu czy z dopłat pacjentów. Za to zadziałała reguła wykonalności...
Kalendarze dopełniają obrazu. System mierzy czas dekadą: pełne wdrożenie e-rejestracji zapisano w ustawie na koniec 2029 r., transformacja sieci szpitali ma potrwać około dziesięciu lat. Polityka mierzy go dniami ultimatum i rytmem medialnych doniesień, w którym zarobki jednego lekarza potrafią wywołać kryzys, a w odpowiedzi na niego – ogólnopolski pakiet naprawczy. Taka jest natura tej gry: przewagę zyskują działania, które można ogłosić szybko, a reformy wymagające wieloletniej konsekwencji łatwo schodzą na dalszy plan. Każdy rok zwłoki podnosi przy tym kwotę, która idzie już w dziesiątki miliardów i którą prędzej czy później ktoś będzie musiał uregulować.
Trzy plany naprawy położone obok siebie prowadzą więc do wniosku, który domyka porządek zapowiedziany na wstępie: diagnozę mamy wspólną, recepty osobne – tę uspokajającą właśnie wypisał rząd. Pod rachunkiem, od którego zależy przyszłość systemu i pacjentów, nadal nikt się nie podpisał.
Autor komentarza: gen. broni prof. Grzegorz Gielerak
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze