Wciąż czekamy na nazwisko nowego szefa resortu zdrowia. O tym, co warto zmienić w tym ministerstwie w ramach nowego rozdania, rozmawiamy z dr. Robertem Mołdachem, prezesem Instytutu Zdrowia i Demokracji.
Jakie decyzje, być może niepopularne, powinien podjął nowy minister zdrowia, by wspomóc działanie systemu ochrony zdrowia?
Dr Robert Mołdach: Myślę, że mam chyba trochę inną perspektywę niż większość, bo trwa dyskusja i do pewnego stopnia to jest nawet licytacja, na jakie decyzje nowy minister powinien się zdecydować. Wydaje mi się, że pytanie podstawowe nie brzmi - jakie decyzje, ale w jaki sposób? Jeżeli najpierw odpowiemy sobie na sobie na to pytanie, to w następnej kolejności odpowiemy i na pytanie dotyczące tego, jakie decyzje ma podjąć.
Zatem jak?
Realnie są dwa sposoby podejmowania decyzji. Jeden, wynikający z roli lidera, przekonanego o tym, co ma zrobić i jak ma to zrobić. Problem jednak polega na tym, że to rzadko działa. Drugi, że najpierw rozpoznajemy problemy i po rozpoznaniu, w porozumieniu z tymi, których te problemy dotyczą, rozwiązujemy je. Nasze doświadczenie pokazuje, że przez ostatnie 20 lat decydenci przeszli większość możliwych schematów organizacji systemu ochrony zdrowia. One były zmieniane, modyfikowane, ale to zawsze lider wychodził z pewną doktryną, swoją własną czy polityczną, do ich realizacji. Natomiast rzadko kiedy decyzje wynikały najpierw z dyskusji nad problemem, pokazaniem alternatyw i zapytania się interesariuszy o zdanie.
Ale były przecież specjalne zespoły, zajmujące się konkretnymi zagadnieniami.
Owszem, były, ale potem minister i tak realizował własną decyzję. Natomiast chyba nie ma i nie było dotąd takiej praktyki, aby mówić, że „taki mamy problem, widzimy kilka scenariuszy jego rozwiązania, to jest nasz dokument problemowy, który o tym opowiada, chcemy poznać państwa opinię na temat tego, jak go rozwiązać”. Tego mi brakuje. Jeżeli miałbym życzyć nowemu ministrowi zdrowia, to bym życzył właśnie zmiany metody podejmowania decyzji.
Czyli oprzeć należy te decyzje o szerokie konsultacje z zainteresowanymi?
Tak, ale nie w schemacie, że minister prezentuje, czy rząd prezentuje projekt ustawy albo założeń ustawy i dopiero potem są konsultacje. Doświadczenie pokazuje, że część uwag jest wprowadzana, ale często nie te, na którym wszystkim zależało. Zatem w ochronie zdrowia najpierw należy przedstawić problem, a dopiero potem rozwiązania. A my ruszamy od rozwiązań, nie wiedząc, czy one rozwiązują problem.
Jednak już bardzo dużo uczestników systemu ochrony zdrowia wypowiedziało się o problemach, z jakimi się mierzą, więc te problemy są znane.
Rzeczywiście, w pewnych problemach ten głos był uwzględniany, ale generalnie co do zasady nie dostrzegam takiej relacji, że jest jakiś problem dyskutowany na różnego rodzaju konwencjach, kongresach, w grupach tematycznych itd. a potem minister dokonuje refleksji na ten temat i uwzględnia ten głos w swojej propozycji. Jest dokładnie na odwrót. Najpierw minister przedstawia swoje rozwiązanie, a dopiero potem jest dyskusja. To jest błędna ścieżka. Jeżeli w ogóle byśmy się wznieśli na szerszy poziom, nie tylko mówiąc o ochronie zdrowia, to polityki publiczne, w różnych obszarach życia społecznego, gospodarczego, rzadko kiedy są skuteczne, jeśli są formułowane od strony rozwiązań, a nie analizy problemu. Jednak to nie jest rolą interesariuszy, żeby mówić, jakie problemy są, tylko to jest rolą rządu, żeby wskazać, jakie problemy chce rozwiązać, jakie ma w tym obszarze alternatywy, czy dostrzega sposoby ich rozwiązania. I to tak powinno wyglądać. Myślę, że to jest szerszy temat do dyskusji o tym, w jaki sposób demokratyczne rządy funkcjonują, a z jaką dotąd praktyką mieliśmy do czynienia w Polsce. Mimo że, co do zasady mówiliśmy, że u nas demokracja się rozwija i jesteśmy państwem demokratycznym, ale jeśli chodzi o praktykę formułowania rozwiązań, to ona nie odzwierciedlała wiodących trendów państw demokratycznych.
Byłoby dobrze, żebyśmy rozpoczęli taką dyskusję. Aby włączyć do niej środowiska, które zajmują się tworzeniem prawa i tworzeniem jakiejś praktyki realizacyjnej, żeby dyskutować o tym, jak te decyzje podejmować, jak definiować problemy i jak znajdować rozwiązania, bo przecież to wszystko służy, mówiąc górnolotnie, wspólnemu dobru.
Ciężko byłoby mi pokazać kogoś, kto byłby za zadowolony z obecnego procesu legislacyjnego. Przy czym chcę powiedzieć, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby poza dzisiejszym istniejącym procesem legislacyjnym przedstawiciele rządu, czyli ministrowie, jawnie i transparentnie informowali o problemach, które dostrzegają. Bo wydaje mi się, że nie chodzi o to, że rząd musi wszystko wiedzieć, ale raczej, że zdolność takiego prawdziwego dialogu społecznego polega na tym, że rząd musi mieć odwagę powiedzieć: „nie wiem, co jest najlepsze, chciałem się was zapytać, co wy uważacie, że byłoby najlepsze?” Taka narracja w ogóle nie istnieje w naszej kulturze legislacyjnej. Proces konsultacji odbywa się tylko konferencyjnie, ale z niego nic nie wynika.
Inne kraje mają taką praktykę?
Mamy dobry przykład, kiedy była dyskusja o tym, w jaki sposób mamy implementować rozporządzenie ogólne o ochronie danych osobowych. W Polsce wyglądało to tak, że został przedstawiony projekt bez poprzedzających go dyskusji czy konsultacji. Przedstawiono projekt ustawy i dopiero potem był proces konsultacyjny. Natomiast w Wielkiej Brytanii rząd opublikował zieloną księgę, chyba stustronicowy dokument, w którym powiedział, na czym polega wyzwanie wdrożenia i jakie widzi w tym problemy. Przedstawił trzy możliwe bardzo różne scenariusze wdrożenia i dał wszystkim uczestnikom trzy miesiące na wypowiedzenie się na ten temat, za którym scenariuszem by optowali. Odbyła się szeroka debata publiczna, trwająca trzy miesiące, jak wdrażać to rozporządzenie. Potem rząd potrzebował kolejnych paru miesięcy, żeby nad tym się zastanowić i dopiero wtedy opublikował projekt.
Podsumowując, dzisiaj najważniejsza jest zmiana dialogu społecznego prowadzonego z interesariuszami w różnych kwestiach. To nie jest tak, że rząd przedstawia swoje pomysły, bo nie chodzi o pomysły na coś. Chodzi o otwartą dyskusję o problemach, o wyzwaniach, o tym, jakie korzyści przynoszą dane rozwiązania i z jakimi kosztami społecznymi, politycznymi czy ekonomicznymi się one wiążą. Kto na nich korzysta? I, co niezmiernie ważne, kto musi ponieść cenę tej transformacji?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Skąd Państwo biorą takich "Ekspertów"?
Skąd Państwo biorą takich "Ekspertów"?