Wyjście USA z WHO wraca jak polityczny bumerang, ale jego skutki nie zatrzymują się na granicach Stanów Zjednoczonych. W rozmowie na antenie TOK FM dr Małgorzata Gałązka-Sobotka tłumaczy, czym naprawdę jest Światowa Organizacja Zdrowia, dlaczego budzi dziś tak silne emocje, co oznacza utrata amerykańskich pieniędzy i ile kosztuje Polskę bycie w WHO.
WHO, czyli Światowa Organizacja Zdrowia, przez dekady była obecna raczej w tle polityk krajowych, bo codzienne decyzje o leczeniu, profilaktyce i dostępie do świadczeń zapadają na poziomie państw, regionów i lokalnych instytucji. Jednak wyjście USA z WHO sprawiło, że organizacja wróciła na pierwsze strony debat publicznych, choć – jak podkreśla dr Małgorzata Gałązka-Sobotka na antenie radia TOK FM – nie dlatego, że WHO nagle ogłosiła przełomowy program, tylko dlatego, że została wciągnięta w spór polityczny.
Przypomnijmy, amerykański prezydent
Ekspertka w swojej analizie osadza sprawę w czasie i wskazuje, że to nie jest nowa historia, tylko powrót do decyzji sprzed kilku lat:
Rzeczywiście, Światowa Organizacja Zdrowia, mimo że funkcjonuje od 1938 roku, to to właśnie weszła znowu na w obszar zainteresowania światowej opinii publicznej. Może nie dlatego, że wprowadziła jakąś konkretne rozwiązanie, jakąś konkretną inicjatywę, tylko właśnie Donald Trump zainteresował się nią, a tak naprawdę zakwestionował jej funkcję, ogłaszając już w 2020 roku chęć wyjścia Stanów Zjednoczonych z tej organizacji.
Dr Gałazka-Sobotka wyjaśnia, że ważne jest też to, że wyjście USA z WHO nie dzieje się „z dnia na dzień”. I przypomina o formalnościach i o tym, że decyzje polityczne mogą zostać cofnięte przez kolejną administrację:
Wiemy, że procedury wychodzenia nie są takie łatwe, to się nie dzieje z dnia na dzień. Jest tam taki roczny okres zapowiedzenia i wyjścia, wypowiedzenia tej umowy. Oczywiście potem prezydent Biden wycofał się z tej decyzji, no ale Donald Trump jest w pewnych obszarach konsekwentny, w pewnych nie, patrząc na to, co się dzieje w ostatnim miesiącach jego prezydentury, w tym pierwszym roku prezydentury, widzimy ogromną chwiejność jego poglądów.
Reklama
W rozmowie pada fundamentalne pytanie: Skoro zdrowie „robi się” lokalnie i krajowo, to czy WHO w ogóle jest potrzebna? Dr Gałązka-Sobotka pokazuje i wyjaśnia mechanizm jej funkcjonowania, całą „drabinkę” decydentów, od najbliższego środowiska życia po poziom globalny.
Najpierw wskazuje, że dla obywatela kluczowe jest to, co najbliżej: dom, gmina, miasto, region. Dopiero potem państwo i minister zdrowia. A dopiero na końcu – organizacje międzynarodowe. Mimo to WHO ma swoje zadanie, bo skupia 194 państwa i tworzy platformę, w której gromadzi się wiedzę i wypracowuje wspólne ramy działania:
Zdrowie to tak naprawdę jest sfera, w której zdaje się największy na wpływ na naszą kondycję zdrowotną, ma wszystko to, co dzieje się tu, teraz, wokół mojego środowiska życia, w moim domu, na moim osiedlu, w mojej gminie, w moim mieście, może w moim województwie […]. Potem lokujemy gdzieś ministra zdrowia danego kraju […] i gdzieś na samym szczycie tej globalnej mapy widzimy Światową Organizację Zdrowia, która jednoczy dzisiaj 194 państwa, które jednak uznają za właściwe znalezienie się w pewnej przestrzeni platformie, która będzie służyła nam do wymiany wiedzy, do gromadzenia ekspertyzy, do tworzenia pewnych ram wytycznych.
Jednocześnie ekspertka bardzo mocno podkreśla granice wpływu WHO. To nie jest globalny rząd zdrowia, który „zakłada kajdany” państwom. To raczej miejsce, gdzie uzgadnia się standardy, rekomendacje i język rozmowy o zagrożeniach.
Państwa członkowskie zwykle nie chcą, by takie wytyczne miały moc obowiązującego prawa i narzucały im sztywne reguły w stylu: „macie zrobić to i to”. Traktują je raczej jako ogólne ramy, wynikające z globalnej debaty o zagrożeniach zdrowotnych i wyzwaniach dla zdrowia publicznego - wyjaśnia dr Gałązka-Sobotka.
W tym sensie WHO jest częścią infrastruktury globalnego bezpieczeństwa zdrowotnego. Niewidocznej na co dzień, ale kluczowej wtedy, gdy pojawiają się epidemie, kryzysy i choroby, których nie da się zatrzymać na granicy państwa.
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy są pieniądze. Dr Gałązka-Sobotka wyjaśnia, że WHO przechodzi reformę, a jednym z problemów organizacji była struktura przychodów: tylko niewielka część pochodziła ze składek członkowskich, a duża z dobrowolnych wpłat największych darczyńców. To rodziło pytania o wpływy i priorytety.
Ekspertka opisuje to wprost, wskazując na skalę zależności:
Słabością tej organizacji było to, że niespełna 20 proc. jej przychodów pochodziło ze składek państw członkowskich. W praktyce oznaczało to, że główni sponsorzy – zgodnie z zasadą Pareta – mogli mieć nieproporcjonalnie duży wpływ na priorytety i kierunek działań WHO. To jedno z kluczowych zastrzeżeń wobec organizacji, dlatego rozpoczęto reformę.
Reklama
Wyjście USA z WHO oznacza realny ubytek w budżecie. Dr Gałązka-Sobotka mówi o „prawie 20 proc. przychodów”, które wypada z systemu, bo Stany Zjednoczone były jednym z kluczowych sponsorów, a obok nich także amerykańscy darczyńcy prywatni:
Ale dla samej organizacji jest to duże ograniczenie, bo ucieka z budżetu WHO prawie 20 proc. przychodów do Stanów Zjednoczonych, nie tylko rząd amerykański, ale również chociażby amerykańska Fundacja Gatesów, byli kluczowymi sponsorami, kluczowymi darczyńcami dla WHO.
Reklama
W rozmowie pojawia się też moment, w którym ekspertka bardzo jasno sugeruje, że w tle sporu jest konflikt o zaległości i o przepływy finansowe:
Wpłacali te środki, ale w pewnym momencie ten strumień pieniędzy został zatrzymany, ponieważ Światowa Organizacja Zdrowia zaczęła wzywać Amerykanów do uregulowania zaległych opłat. I tu pojawił się problem. Jak mówi się powszechnie: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to najczęściej chodzi o pieniądze. Myślę, że w tym przypadku jest podobnie.
W rozmowie TOK FM wyjście USA z WHO jest też przedstawione jako element szerszego projektu politycznego. Dr Gałązka-Sobotka mówi, że Donald Trump kwestionuje zasadność działania wielu organizacji międzynarodowych, a WHO jest jedną z nich.
Podkreśla też, że to nie tylko kwestia pieniędzy, ale też konfliktu o wpływy i o to, kto realnie „ustawia” agendę globalnego zdrowia:
Natomiast patrząc tylko i wyłącznie na decyzję Donalda Trumpa, myślę, że jest to konsekwencja zdecydowanego planu na podważenie przyjętego, wykształconego w ciągu tego powojennego czasu porządku świata. Donald Trump kwestionuje zasadność działania większości organizacji międzynarodowych. No światowa zdrowia należy do jednej z nich.
Najmocniej wybrzmiewa jednak ostrzeżenie, że największym zagrożeniem nie jest sama instytucja, tylko wciągnięcie zdrowia w logikę partyjnych starć. Ekspertka mówi o tym jako o realnym ryzyku dla obywateli:
Zdaje się, że zdrowie znowu stało się (i mówię tu też w kontekście tego, co często towarzyszy nam w debacie o zdrowiu w Polsce) platformą i przestrzenią walki politycznej i to jest coś, co jest tym rzeczywistym i prawdziwym zagrożeniem dla zdrowia obywateli, że zdrowie staje się przedmiotem walki polityczność i przepychanek, utrudniając tym samym wdrażanie rzeczywistych reform, których potrzebujemy dla tego bezpieczeństwa pojedynczego człowieka.
W wywiadzie pada pytanie, które brzmi jak marzenie: Czy można stworzyć globalną instytucję zdrowia wolną od polityki? Dr Gałązka-Sobotka odpowiada bez wahania, pokazując, że w realnym świecie interesy państw i wpływy będą obecne zawsze.
Jej stanowisko jest jednoznaczne i celowo pozbawione złudzeń:
Jestem realistką i pozbawiona złudzeń osobą i od razu odpowiadam na to ostatnie pytanie, że nie.
Jednocześnie ekspertka nie zostawia słuchaczy w poczuciu bezradności. Skoro polityki nie da się usunąć, można ją neutralizować poprzez aktywność państw członkowskich i wzmacnianie roli tych, którzy chcą budować zdrowie publiczne ponad doraźnymi sporami.
W rozmowie pojawia się też polska perspektywa. Pada konkret o składce Polski do WHO, która wynosi 16 milionów złotych rocznie. To kwota, którą łatwo politycznie wykorzystać, mówiąc:
Zostawmy te pieniądze w kraju.
Dr Gałązka-Sobotka pokazuje jednak, że takie myślenie bywa zbyt proste, bo wartość WHO nie polega na transakcji „płacę i natychmiast dostaję usługę”.
Ekspertka mówi o tym, zestawiając logikę rachunkową z logiką inwestycji w bezpieczeństwo:
Oczywiście zawsze można by było przeliczać tę każdą złotówkę na bardzo konkretną korzyść, ale to jest myślenie transakcyjne. Przy wtórnym transformacyjnym nie chodzi o to, żeby za każdą złotówkę dostać coś ekstra, choć analizy pokazują, że te środki, które dzisiaj są ulokowane w Światowej Organizacji Zdrowia, dając zwrot z inwestycji we wzmacnianie globalnego systemu zdrowia publicznego na poziomie nawet 1 do 35 dolarów. Ja ja nie wnikałam w metodologię.
Ważne jest też pytanie, które dr Gałązka-Sobotka stawia słuchaczom: Czy w momencie kryzysów i napięć międzynarodowych naprawdę opłaca się „psuć” to, co działa choćby częściowo? I czy wyjście USA z WHO nie jest właśnie przykładem decyzji, która może uruchomić efekt domina?
Na pytanie, komu WHO jest naprawdę potrzebna, dr Gałązka-Sobotka mówi, że Polska prawdopodobnie poradziłaby sobie bez WHO, choć straciłaby ważne wsparcie. Ale są państwa, które bez tej organizacji zostają bez zasobów, kompetencji i standardów.
Ekspertka tłumaczy, że WHO to nie luksus dla bogatych, tylko infrastruktura wsparcia dla krajów, które same nie zbudują systemu zdrowia publicznego. I dopiero wtedy widać, dlaczego globalne zdrowie jest wspólną sprawą:
My jako Polska, myślę, że poradzilibyśmy sobie bez Światowej Organizacji Zdrowia, ale jest mnóstwo państw, których zasoby ludzkie, kompetencyjne są absolutnie za małe. Mówimy tu przede wszystkim o krajach Afryki, Azji Południowej, które bez tego suportu kompetencyjnego, tych wytycznych, tych rekomendacji, tych standardów w zakresie zdrowia publicznego, organizacji systemu ochrony zdrowia, wsparcia szkoleniowego.
W tym miejscu pada też kluczowa diagnoza: bez WHO trudniej byłoby walczyć z epidemiami chorób zakaźnych, bo nie chodzi tylko o leczenie pojedynczych pacjentów, ale o skoordynowane podejście, standardy i mobilizację międzynarodową. Dr Gałązka-Sobotka mówi to w formie mocnej tezy, którą powtarza: „
Czy my poradzilibyśmy sobie z epidemią takich chorób jak ospa prawdziwa, gruźlica, cholera, malaria, gdyby nie Światowa Organizacja Zdrowia, śmiem twierdzić, że nie. Śmiem twierdzić, że nie.
W wywiadzie pada też przykład, który pokazuje, że WHO nie jest abstrakcją. Dr Gałązka-Sobotka przypomina o deklaracji z 1978 roku, która stała się ramą myślenia o podstawowej opiece zdrowotnej, o lekarzu rodzinnym i pracy zespołowej.
To jest jeden z tych momentów, gdy WHO nie działa jak „władza”, tylko jak źródło kierunku, który państwa mogą wdrożyć. Ekspertka ujmuje to tak:
Gdy dziś zastanawiamy się, w jakim kierunku powinna rozwijać się opieka zdrowotna w Polsce, odpowiedź jest w gruncie rzeczy jedna: potrzebujemy silnej podstawowej opieki zdrowotnej, opartej na lekarzu rodzinnym współpracującym z szerokim zespołem specjalistów, takich jak pielęgniarka, położna, fizjoterapeuta czy farmaceuta. To właśnie ramy, które otrzymaliśmy już w 1978 roku wraz z deklaracją z Ałma-Aty.
W tej perspektywie WHO jest nie tyle „dodatkiem”, ile źródłem wspólnego języka, który pomaga budować systemy zdrowia. Tyle że to państwo decyduje, czy ten język przekuje w realne działania.
Pojawia się też wątek szczególnie gorzki, bo dotyczy nie globalnej polityki, ale praktyki krajowej. Dr Gałązka-Sobotka mówi wprost, że nawet najlepsze wytyczne i rekomendacje nic nie dadzą, jeśli państwa nie potrafią ich „skonsumować” i wdrożyć.
To kluczowe przesunięcie odpowiedzialności. WHO może przygotować dokumenty, standardy, rekomendacje. Ale na końcu i tak liczy się determinacja rządów i sprawność wdrażania. Ekspertka ujmuje to w długiej, bardzo mocnej wypowiedzi, poprzedzonej refleksją o tym, że sama baza wiedzy nie zmienia rzeczywistości:
Pamiętajmy, że nawet mając najlepszego doradcę, najbogatszą bazę wiedzy oraz gotowe rekomendacje i standardy — a takich dokumentów jest naprawdę wiele na stronach WHO — kluczowe jest ich wdrażanie. Schodząc jednak na poziom krajów członkowskich, pojawia się pytanie, czy potrafią one skutecznie korzystać z tego, co jest tworzone, niezależnie od tego, jak aktywnie w tym uczestniczymy. Naszym problemem nie jest sprawność WHO, Komisji Europejskiej czy Komisji Zdrowia, lecz to, na ile my jako kraj, a także kolejne rządy, jesteśmy zdeterminowani, by faktycznie zadbać o zdrowie Polaków. Niestety, nasze krajowe polityki rzadko przekładają te rekomendacje na konkretne działania.
Ekspertka dodaje, że w Polsce diagnozy są znane od lat, a problemem jest brak konsekwencji we wdrażaniu, co widać choćby w obszarze szczepień:
Proces wdrażania rekomendacji światowych, proces wdrażania narzędzi sugerowanych do tego, aby usprawnić chociażby wyszczepialność, jest żaden, prawdę mówiąc, dlatego, że my na każdych kongresach nawet krajowych mamy piękną diagnozę ze słabości polskiego systemu ochrony zdrowia. Jeszcze lepszą projekcję i prezentację rozwiązań, które powinniśmy wdrożyć. Tylko proces ich absorpcji i wdrażania jest niestety dalece niesatysfakcjonujący. I to nie jest problem WHO.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze