Jesteśmy na początku drogi – mówi prof. Robert Gałązkowski. Choć wnioski z wojny w Ukrainie są wyciągane, polski system ochrony zdrowia wciąż przypomina zbiór wyspowych inicjatyw zamiast spójnej machiny wojennej. Aby to zmienić, konieczna jest rewolucja w szkoleniu cywilów, jasny podział kompetencji i armia profesjonalnych instruktorów.
Doświadczenia ostatnich lat brutalnie zweryfikowały globalne podejście do bezpieczeństwa. Polska, będąca krajem przyfrontowym, musi zmierzyć się z wyzwaniem, którego nie rozwiążą doraźne zakupy sprzętu. Budowa medycznego systemu odporności państwa to proces wymagający głębokich zmian strukturalnych.
Ekspert medycyny ratunkowej i katastrof, prof. Robert Gałązkowski, w rozmowie z PAP nie pozostawia złudzeń co do obecnego stanu przygotowań. Mimo rosnącej świadomości zagrożeń, system wciąż znajduje się w fazie fundamentów.
– Jesteśmy na początku drogi – mówi prof. Gałązkowski, podkreślając, że obecne działania to zaledwie pierwszy etap budowy modelu zdolnego przetrwać sytuację kryzysową o skali wojennej.
Jednym z najpoważniejszych problemów, na które wskazuje ekspert, jest zacieranie się granic między medycyną pola walki a ratownictwem cywilnym. Wprowadzenie jasnych standardów jest kluczowe dla przeżywalności rannych i bezpieczeństwa samych medyków.
– Doktryna nie przewiduje kierowania cywilnych medyków na linię frontu – zaznacza profesor.
Reklama
Wyjaśnia on, że medycyna pola walki (TC3) powinna pozostać domeną wojska. Cywile natomiast muszą być szkoleni w systemie TECC, dostosowanym do realiów działań poza bezpośrednią strefą starć ogniowych. Rozwiązaniem ma być model hybrydowy: uczelnie dają bazę medyczną, a wojsko – szlif taktyczny.
Największym wąskim gardłem systemu nie jest brak chęci, lecz brak kadr zdolnych do nauczania. Polska cierpi na deficyt instruktorów, którzy łączą teorię z praktyką kliniczną i doświadczeniem z realnych zdarzeń.
– Medycyna taktyczna nie może być wiedzą elitarną – musi stać się standardem – ocenia prof. Gałązkowski.
Choć w Ministerstwie Zdrowia trwają prace nad wprowadzeniem obowiązkowych zajęć z medycyny taktycznej do programów studiów, ekspert stawia fundamentalne pytanie: kto będzie uczył? Potrzebujemy „ludzi z doświadczeniem klinicznym, którzy pracują w systemie ratownictwa i wiedzą, jak wygląda realne zdarzenie, a nie tylko jego opis w podręczniku”.
Budowa systemu to nie tylko szkolenia, ale przede wszystkim koordynacja na szczeblu rządowym. Ekspert apeluje o ścisły sojusz między resortami obrony i zdrowia oraz uczelniami medycznymi.
– Dopiero wtedy zbudujemy system, a nie zbiór równoległych inicjatyw – podkreśla.
Równie istotne jest przygotowanie infrastruktury. Szpitale muszą być gotowe na przyjmowanie pacjentów z urazami wojennymi w ramach zdarzeń masowych. Bez tego „cały łańcuch ratunkowy się załamie”.
Na końcu tego łańcucha – a właściwie na jego początku – zawsze stoi człowiek. Prof. Gałązkowski przypomina, że w warunkach konfliktu to świadkowie zdarzenia są pierwszymi ratownikami.
– Żaden system ratownictwa nie zadziała, jeśli świadek zdarzenia nie podejmie działań jako pierwszy – wskazuje ekspert.
Reklama
Skuteczny system medyczny na czas wojny to zatem nie tylko wyspecjalizowane jednostki i nowoczesne szpitale, ale przede wszystkim przeszkolone społeczeństwo, które wie, jak zatamować krwotok, zanim na miejsce dotrą służby. Polska ma przed sobą ogromne zadanie edukacyjne, od którego zależy bezpieczeństwo nas wszystkich.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze