Zima nie oznacza końca sezonu infekcyjnego. Wręcz przeciwnie, sprzyja przetrwaniu wirusów i osłabia naturalną odporność organizmu. Główny Inspektor Sanitarny Paweł Grzesiowski zwraca uwagę, że niskie temperatury, zamknięte pomieszczenia i ignorowanie objawów choroby, napędzają transmisję grypy i innych zakażeń. O aktualnej sytuacji epidemiologicznej, znaczeniu testów, leczenia i problemach z dokumentowaniem szczepień mówił w wywiadzie dla Tok FM.
Główny Inspektor Sanitarny Paweł Grzesiowski przypominał na antenie Tok FM, że niskie temperatury nie eliminują zagrożenia infekcjami. Wręcz przeciwnie - tworzą warunki, w których wirusy mogą przetrwać, a organizm człowieka staje się bardziej podatny na zakażenie.
- Wirusy bardzo dobrze czują się w niskich temperaturach. Oczywiście ich aktywność jest mniejsza, ale nie giną - mówił.
Jak podkreślił, wychłodzenie organizmu sprzyja szybkiemu rozwojowi infekcji.
- Wiele osób, które ulega wychłodzeniu czy tak zwanemu przeziębieniu, dosyć szybko może łapać infekcję - zaznaczył.
Reklama
Ekspert wskazywał, że zimowy tryb życia znacząco zwiększa ryzyko transmisji wirusów. Chodzi przede wszystkim o przebywanie w zamkniętych, słabo wentylowanych przestrzeniach.
- Zamykamy się w pomieszczeniach, mniej wietrzymy, więcej czasu spędzamy w cieple, ale niestety wymiana powietrza w tych pomieszczeniach jest słabsza - mówił Grzesiowski.
Konsekwencje są łatwe do przewidzenia.
- Jeśli ktoś z nas jest chory, to bardzo łatwo zaraża wokół siebie wszystkich - podkreślił.
Paweł Grzesiowski jasno zaapelował do osób, które mimo objawów choroby decydują się przychodzić do pracy.
- Jeśli ktoś ma objawy infekcji, niech zostanie w domu, może pracować zdalnie albo wziąć zwolnienie, ale nie przychodzi do pracy, bo wtedy częstuje tym wirusem wszystkich pozostałych - mówił na antenie.
Jak zaznaczył, takie zachowania mają realny wpływ na rozprzestrzenianie się chorób.
W rozmowie padła także jasna diagnoza dotycząca obecnej sytuacji epidemiologicznej w Polsce.
- W tej chwili dominuje w obrazie epidemiologicznym grypa, jest mniej zdecydowanie zachorowań na COVID czy RSV - mówił Grzesiowski.
Reklama
Ekspert zwrócił uwagę na rolę testów i leczenia.
- Mamy szybkie testy, które powodują, że możemy szybko dowiedzieć się, czy jesteśmy chorzy - podkreślił.
I dodał, że leczenie przeciwgrypowe ma znaczenie nie tylko dla pacjenta.
- Nie tylko chodzi o to, że osoba leczona lekiem przeciwgrypowym szybciej wyzdrowieje, ale drugi cel jest taki, że krócej zaraża, czyli szybciej eliminuje wirusa - wyjaśnił.
Paweł Grzesiowski zaznaczał, że kluczowy jest czas reakcji po pojawieniu się objawów.
- Szybki test i szybka decyzja o podjęciu leczenia - mówił.
Reklama
Jak dodał, dostęp do terapii nie powinien być barierą.
- Te leki są na receptę, ale jeżeli mamy test dodatni, każdy lekarz przepisze receptę i możemy jak najszybciej rozpocząć leczenie - podkreślił.
Paweł Grzesiowski w Tok FM zwrócił uwagę na zasadniczą różnicę między szczepieniami realizowanymi obecnie a systemem dokumentowania szczepień obowiązkowych. Jak podkreślił, z prawnego punktu widzenia sytuacja powinna być jasna.
- Z punktu widzenia prawnego osoba, która pana szczepiła, ma obowiązek to szczepienie udokumentować elektronicznie - powiedział.
Reklama
Problem pojawia się jednak tam, gdzie państwu szczególnie zależy na wysokim poziomie wyszczepienia.
- Zupełnie inna sytuacja jest ze szczepieniami obowiązkowymi - zaznaczył.
Ekspert podkreślał, że brak pełnej cyfryzacji w obszarze szczepień obowiązkowych osłabia możliwości kontroli i nadzoru.
- Szczepienia obowiązkowe to są te, gdzie nam szczególnie zależy na tym, żeby jak największa liczba dzieci i młodzieży była zaszczepiona - powiedział Grzesiowski.
Tymczasem wiedza o ich realizacji wciąż bywa oparta na dokumentacji papierowej.
- Jeżeli my czerpiemy o tym zaszczepieniu wiedzę z papieru, z tego, że ktoś ma kartę szczepień albo jej nie ma, albo chce ją pokazać, albo nie chce.
Zdaniem Pawła Grzesiowskiego obecne rozwiązania nie odpowiadają wyzwaniom współczesności.
- Wydaje się, że w tym zakresie państwo jest słabo wyposażone i te narzędzia są niedoskonałe - ocenił.
Ekspert zwrócił uwagę, że papierowa dokumentacja mogła mieć rację bytu dekady temu, ale dziś jest anachronizmem.
- To mogło mieć sens 50 lat temu, kiedy szczepienia były właściwie wprowadzane, do lat 60., 70., 80. ubiegłego wieku - mówił.
Reklama
Grzesiowski jasno sugerował, że obecna rzeczywistość wymaga zupełnie innego podejścia do monitorowania szczepień.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze