Na najbardziej deficytowe specjalizacje z zakresu interny, medycyny ratunkowej czy chirurgii ogólnej nie ma chętnych. Absolwenci medycyny wybierają specjalizacje lepiej płatne i nie wymagające od nich częstej pracy w trybie zmianowym. Dlatego zabijają się o miejsca na radiologii czy endokrynologii.
„Co z tego, że limit przyjęć na studia medyczne rząd co roku zwiększa i mury uczelni medycznych będzie opuszczać rocznie 3-4 tys. absolwentów medycyny, skoro nie ma dla nich miejsc na specjalizację” - takie utyskiwania i rozkładanie rąk pojawia się często po stronie młodych lekarzy, świeżych specjalistów czy rezydentów.
Ale czy na pewno ich narzekanie jest zasadne?
2 tys. wolnych miejsc
Jesienią 2021 r. minister zdrowia uruchomił 5,5 tys. miejsc na rezydentury. Czyli szkoleń specjalizacyjnych dla absolwentów medycyny, w ramach których są zoni atrudniani w szpitalach, a ich pensję pokrywa budżet państwa.
Okazuje się jednak, że prawie 2 tys. spośród 5,5 tys. miejsc, to wakaty. Mnóstwo wolnych rezydentur dotyczy priorytetowych specjalizacji. Chodzi o specjalizcje, po których absolwenci są wręcz rozchwytywani przez dyrektorów szpitali.
Dotyczy to m.in. interny i 209 wakatów rezydenckich. 240 wolnych miejsc wolnych zostało też na medycynę ratunkową, 120 - na chirurgię ogólną czy 112 - na choroby zakaźne.
Sami praktykujący lekarze nie są jednak zaskoczeni takim obrotem spraw.
- Choroby wewnętrzne, w których ja się specjalizuję, to ciężki odcinek pracy w szpitalu. Na oddziałach wewnętrznych leżą główne starsi, obłożnie chorzy ludzie. Często zdarzają się zgony. To jest dla nas obciążenie psychiczne. Owszem, takie doświadczenie przewartościowuje wiele spraw w życiu, ale nie każdy jest w stanie je unieść - mówi Tomasz Imiela, internista i wiceprezes okręgowej izby lekarskiej w Warszawie.
Faktem jest, że oddziały wewnętrzne, np. w wielu szpitalach powiatowych pozostają mocno niedofinansowane. Zazwyczaj warunki pracy i wyposażenie ich czy stan łazienek znacznie odbiegają od tego jak jest na porodówce czy położnictwie w tej samej placówce medycznej. Odcinki internistyczne zamieniają się także często w zol-e, z których czasem jest także problem, aby odebrać babcię czy dziadka, bo nikt z rodziny nie ma możliwości, aby się nimi całodobowo zająć.
Chirurgia wolna
Tabunów chętnych nie ma także na chirurgię ogólną, a przecież to podstawowa dziedzina medycyny.
- To jest ścieżka kształcenia wymagającą zdobycia ogromu wiedzy, bardzo odpowiedzialną i generującą duże ryzyko niepowodzenia podczas interwencji lekarskiej. Łatwiej się specjalizować choćby w endokrynologii - zaznacza Jerzy Friediger, specjalista w dziedzinie chirurgii ogólnej, członek prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej, dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie.
Zaznacza, że chirurgów akurat na ten moment jednak nie brakuje tak bardzo, jak internistów.
- Błąd też tkwi w systemie kształcenia. Mamy dziś dwustopniowy, modułowy system specjalizacji. Można zrobić moduł podstawowy z interny, a moduł specjalistyczny - z endokrynologii. W efekcie i tak na koniec taki lekarz bardziej będzie się znał na wąskim wycinku, jakim jest nauka o hormonach - wskazuje dr J.Friedigier.
Inna sprawa jest taka, że samorząd lekarski od lat apeluje o zmianę modelu specjalizacji. Zdaniem działaczy z Naczelnej Izby Lekarskiej jak i okręgowej warszawskiej, w Polsce mamy za dużo specjalizacji, bo aż ponad 70. Dominujemy pod tym względem w Europie, której większość krajów stawia jednak na bardziej ogólne i tradycyjne kształcenie w ramach specjalizacji.
Chcą balansu w życiu
Młodzi lekarze zaś wskazują, że może interna czy medycyna ratunkowa byłaby częściej wybierana, gdyby była bardziej atrakcyjna finansowo. Bo coś jednak musi wynagradzać to, że jest specjalizacją stresująca, wymagająca pracy w trybie dyżurowym i obciążającą psychicznie.
- Młodzi ludzie patrzą na to, jakie będą mieli warunki w trakcie kształcenia oraz czy po danej specjalizacji da się pracować w podmiocie prywatnym. A po internie i chirurgii ogólnej- nie zawsze - mówi Mateusz Szulca, przewodniczący Porozumienia Rezydentów.
Dziś młode pokolenie lekarzy jest już inne niż kiedyś. Walczy o dobre warunki pracy, liczy się dla nich work-life-balance i chcą za pracę dyżurową otrzymywać godne wynagrodzenia.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!