Choć nauka dawno je pogrzebała, one wciąż „straszą” w sieci, budząc lęk u rodziców i podważając zaufanie do medycyny. „Zombie papers”, czyli zdyskredytowane publikacje naukowe, w połączeniu z techniką autorytetu, stały się potężnym narzędziem w rękach szerzących dezinformację. Jak nie dać się złapać na „eksperta w kitle”?
Właśnie trwa Europejski Tydzień Szczepień (ETS), który w tym roku odbywa się pod hasłem „Szczepienia chronią wszystkie pokolenia”. To nie tylko święto sukcesów medycyny, ale też moment alarmowy. Dane European Centre for Disease Prevention and Control są niepokojące: w Europie wracają choroby, o których chcieliśmy zapomnieć – odra i krztusiec. Główny Inspektorat Sanitarny wskazuje wprost: jedną z przyczyn jest rosnąca dezinformacja.
Dlaczego raz obalona teza potrafi krążyć w internecie przez dekady? Natalia Gruenpeter z Ośrodka Analizy Dezinformacji w NASK tłumaczy to zjawisko w rozmowie z PAP. Kluczowym terminem są tu „zombie papers”.
- Są to treści, które nie mają prawa funkcjonować z racji zdyskredytowania ich przez społeczność naukową, a jednak ciągle są wykorzystywane. Działa tutaj efekt przedłużonego wpływu publikowanych treści – wyjaśnia ekspertka.
Sztandarowym przykładem jest sprawa Andrew Wakefielda. W 1998 roku opublikował on w prestiżowym „Lancet” tekst sugerujący związek szczepionki MMR z autyzmem. Choć w 2010 roku Wakefield stracił prawo wykonywania zawodu, a śledztwo wykazało jego finansowe powiązania z prawnikami walczącymi z producentami szczepionek, jego „badania” do dziś są cytowane na forach dla rodziców. To klasyczny „zombie”, który mimo braku naukowej duszy, wciąż infekuje debatę publiczną.
Dezinformacja rzadko posługuje się jawnym kłamstwem od osób anonimowych. Znacznie skuteczniejsza jest technika autorytetu. Odbiorcy mają naturalną tendencję do ufania osobom, które wyglądają na specjalistów.
- Odbiorcy mają tendencję do odruchowego ufania takim osobom. Taki odruch może być skutkiem chociażby ubrania danej osoby w kitel medyczny czy faktu, że posiada ona stopnie bądź tytuły naukowe – zauważa Natalia Gruenpeter.
Jak podkreśla ekspertka, współczesna dezinformacja żeruje na niezrozumieniu procesu naukowego. Często cytuje się tzw. pre-printy – artykuły, które trafiły do publicznych repozytoriów, ale nie przeszły jeszcze żadnej recenzji. Tak było w 2025 roku z raportem fundacji McCullougha, który pojawił się w serwisie Zenodo. Choć system oznaczył go jako treść niezweryfikowaną, w sieci żył on jako „dowód naukowy”.
Twórcy fake newsów wiedzą, jak grać na naszych strunach. Zamiast suchych danych, serwują przekaz emocjonalny, który ma budzić strach. Ta metoda jest wyjątkowo trwała.
- Treści o szkodliwości szczepień są trwałe. Są rozpowszechniane tydzień po tygodniu, co normalizuje taki przekaz. W momentach, kiedy bieżące wydarzenia dotyczą szczepień lub chorób zakaźnych, takie treści osiągają bardzo wysoką liczbę wyświetleń – ostrzega przedstawicielka NASK.
Eksperci radzą, by każdą sensacyjną wiadomość medyczną filtrować przez trzy sita:
Weryfikacja osoby: W Polsce istnieje Centralny Rejestr Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej. Można tam w kilka sekund sprawdzić, czy dany „specjalista” faktycznie ma prawo wykonywania zawodu.
Sprawdzenie afiliacji: Jeśli praca naukowa jest sygnowana przez nieznaną organizację pozarządową (NGO) zamiast uniwersytetu, powinna zapalić się nam czerwona lampka.
Kontekst publikacji: Sprawdźmy, czy badanie było recenzowane i czy nie zostało wycofane przez redakcję czasopisma.
Gra toczy się o wysoką stawkę. Szacuje się, że w ciągu ostatnich 50 lat szczepienia uratowały ponad 154 miliony ludzkich istnień. To właśnie budowanie odporności na dezinformację jest dziś równie ważne, co odporność organizmu na wirusy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze