Narracja o tym, że wynagrodzenia lekarzy pochłaniają 80 proc. budżetów szpitali, coraz mocniej funkcjonuje w mediach. Ale ile w tym prawdy? Związek Zawodowy Lekarzy postanowił to sprawdzić. „Lekarze zjadają budżet ochrony zdrowia”, „Pensje pochłaniają 80 proc. środków szpitali” – takie nagłówki krążą w sieci i są chętnie powtarzane zarówno przez polityków, jak i część opinii publicznej. Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy (OZZL) postanowił jednak nie bazować na medialnych skrótach. Zamiast tego – razem z zespołem – przeanalizował dane finansowe z ponad 300 publicznych szpitali w Polsce. Efekty tej pracy przedstawiono podczas konferencji, która rzuca nowe światło na realne koszty zatrudnienia personelu medycznego.
Jak pokazuje raport sporządzony przez Porozumienie Rezydentów OZZL, średnio 55 proc. budżetów szpitali przeznaczane jest na cały personel medyczny, czyli nie tylko lekarzy, ale też pielęgniarki, ratowników i techników. Jeśli wziąć pod uwagę wagę instytucji (np. szpitale kliniczne i uniwersyteckie), średnia ta rośnie o 1 punkt procentowy – do 56 proc. Liczba 80 proc.? Dotyczy zaledwie 7 szpitali spośród 321 przebadanych. To ledwie 2,18 proc. próby.
Sebastian Goncerz nie ukrywa irytacji:
– Różnica między 8 a 80 to niby tylko jedno zero. Ale to zero robi całą różnicę. Zwłaszcza gdy fałszywy przekaz wpływa na decyzje o zamrożeniu waloryzacji płac.
Reklama
Spośród całej puli wydatków kadrowych, lekarze pochłaniają średnio 23 proc. budżetów szpitali. A więc mniej niż co czwarta złotówka z budżetu trafia do kieszeni lekarskiej. To nie tylko obala mit, ale i pokazuje, jak proporcjonalny jest ten wydatek – zwłaszcza na tle systemów zagranicznych (USA 56 proc., Niemcy 60 proc., Singapur 60 proc.), gdzie wydatki na personel medyczny są porównywalne.
Szczególnie ciekawe dane dotyczą lekarzy zatrudnionych na etacie – tych, których wynagrodzenia podlegają waloryzacji ustawowej. Kosztują średnio 8 proc. budżetu szpitali. Rezydenci? Zaledwie 1,8 proc., przy czym ich wynagrodzenia pochodzą bezpośrednio z budżetu Ministerstwa Zdrowia.
– To pokazuje, że rezydenci, mimo że wykonują znaczną część pracy, kosztują system zaskakująco mało. I nie mają nic wspólnego z zadłużeniem placówek - mówi Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL.
Podczas prezentacji padła też odpowiedź na pytanie: czy to wynagrodzenia są winne deficytom szpitali? Z danych wynika, że aż 45 proc. placówek zadeklarowało deficyt, który łącznie sięga ponad 1,5 miliarda złotych. Jednak analiza pokazuje, że problemy finansowe pojawiały się na długo przed podwyżkami czy ustawą o minimalnych wynagrodzeniach.
Co więcej, część szpitali wydaje nawet 15 proc. budżetu na samą obsługę długu. To blisko osiem razy więcej niż koszt szkolenia rezydentów, które wynosi średnio 1,8 proc. budżetu szpitali.
– Chcemy, żeby państwo analizowało, co faktycznie jest problemem. A nie wskazywało palcem tych, którzy stanowią fundament systemu - apelował Goncerz.
Jednym z najbardziej uderzających wniosków z konferencji była... trudność w zdobyciu danych. Jak relacjonują członkowie zespołu, wiele szpitali utrudniało dostęp do informacji, żądało opłat (nawet do 1500 zł!), a niektóre odmawiały odpowiedzi pod absurdalnymi pretekstami – np. że pytania są „chaotyczne” lub „nie napisane po polsku”.
– Miesiąc pracy bez wynagrodzenia, po godzinach, tylko po to, żeby dowiedzieć się czegoś, co powinno być publicznie dostępne od ręki. I nie mówimy o tajnych danych. Chodzi o to, ile szpital wydaje na płace - komentował zespół Porozumienia Rezydentów.
To również pokazuje, że brak transparentności w ochronie zdrowia jest jednym z największych problemów systemowych. I zagraża podejmowaniu racjonalnych decyzji – także przez decydentów.
Na zakończenie Sebastian Goncerz jasno formułuje wniosek: mity o wynagrodzeniach lekarzy, które "zjadają budżet państwa" są szkodliwe, bo odciągają uwagę od prawdziwych przyczyn kryzysu.
– Ustawa o najniższych wynagrodzeniach miała chronić najsłabszych. I nie ona odpowiada za długi szpitali. Jej blokowanie to nie reforma.
Jeśli to nie jest reforma, to czy będzie to destrukcja polskiej służby zdrowia?
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze