Polacy nie szanują siebie wzajemnie. Z tego społeczeństwa wywodzą się też medycy. Niektórzy przenoszą takie zachowania na odziały szpitalne. W sytuacji podwyższonego stresu rzucają obraźliwymi epitetami czy krzyczą na pacjentów - mówi prof. Krzysztof Czajkowski, konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii i położnictwa, kierownik II Katedry i Kliniki Położnictwa i Ginekologii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.
Panie Profesorze, Fundacja Rodzić po Ludzku co jakiś czas publikuje raporty, z których wynika, że poziom komunikacji personelu medycznego na porodówkach nie jest wysoki. Są lekarze, pielęgniarki, położne, których umiejętności komunikacyjne nie domagają. Stąd na niektórych oddziałach kobiety słyszą: „Jak chciałaś uprawiać seks, to teraz nie krzycz”. Zdarza się przytrzymywanie za nogi, szczypanie, policzkowanie. Skąd to się w ogóle bierze?
Ma na to wpływ ogólny poziom społeczeństwa. Ludzie są bardzo niecierpliwi. Nie odnoszą się z szacunkiem do siebie. Szacunku brakuje w rodzinach. Na drogach jest agresja. Wystarczy, że się komuś zajedzie delikatnie drogę, nie ustąpi z lewego pasa, a można spotkać się z dwuznacznymi gestami i wyzwiskami. Polacy nie szanują siebie wzajemnie. Z tego społeczeństwa wywodzą się też medycy. Niektórzy z nich przenoszą takie zachowania na odziały szpitalne. W sytuacji podwyższonego stresu rzucają obraźliwymi epitetami czy krzyczą na pacjentów. Na szczęście to są już nieliczne oddziały ginekologiczno-położnicze, w których dochodzi do takich sytuacji.
Co robić, gdy pada się ofiarą takiej agresji słownej? Co powinna zrobić pacjentka? Co z nieuprzejmymi medykami powinien uczynić ordynator oddziału, dyrektor szpitala?
Pacjentka ma prawo się poskarżyć do kadry kierowniczej. Zaś jej reakcją powinna być rozmowa z lekarzem, pielęgniarką, położną o tym, że takie praktyki słowne są niedopuszczalne.
Niektórzy medycy niewątpliwie mają problem z komunikacją. Czasem kobiety, które rodzą martwe dziecko, czy dochodzi do poronienia, skarżą się, że w szpitalu ta informacja nie została im odpowiednio przekazana. Ktoś przyszedł, powiedział, że dziecko nie żyje i odszedł. Kobieta jest zostawiona sama sobie. Niektóre uczelnie, np. UJ w Krakowie, prowadzą już zajęcia z komunikacji dla lekarzy. Jak one powinny wyglądać?
To powinny być zajęcia w niewielkich grupach. Prowadzone na zasadzie odgrywania scenek. Np. przychodzi położna, zjawia się lekarz i mają do omówienia jakiś problem, a obok jest pacjent i trzeba mu przekazać pewną informację. To muszą być jak najbardziej praktyczne zajęcia. Warto też zauważyć, że te problemy komunikacyjne, nieumiejętność przekazania trudnych informacji, dotyczą głównie starszego pokolenia medyków. Dawniej bowiem pacjent czasami był traktowany, jak osoba niemalże ubezwłasnowolniona. Średnie i młode pokolenie personelu zachowuje się już inaczej. Zdaje sobie sprawę, że pacjent jest też osobą, a nie pionkiem, który można przestawiać jak figury na szachownicy.
Niemniej warto też pamiętać, że pacjent będzie bezpieczniejszy w tym szpitalu, który ma przyznane certyfikaty przez Centrum Jakości w Ochronie Zdrowia, agendę Ministerstwa Zdrowia zlokalizowaną w Krakowie. Nasz szpital, gdy przechodził proces certyfikacji, był sprawdzany pod wieloma względami, w tym pod kątem poziomu opieki. Wcześniej myśleliśmy, że wszystko robimy najlepiej. Najlepiej zajmujemy się pacjentem, najlepiej komunikujemy się z nim. Krakowska agenda wytknęła nam to, gdzie nie domagamy. I dobrze. Bo dzięki temu podnieśliśmy nasze standardy.
W ubiegłym roku oburzenie wśród kobiet wywołały posty, jakie na Instagramie opublikował szpital w Oleśnicy. "Jedz dla dwojga, a nie za dwoje. Ułatwisz życie i nam, i sobie" - te słowa pojawiły się na profilu oddziału położniczo-ginekologicznego w Oleśnicy. Gdzie leży granica między prawem pacjentki do poszanowania godności, a poinstruowaniem jej, że nadwaga może być szkodliwa?
Cytowany tekst wcale nie był obraźliwy. Nie rozumiem oburzenia. Na pewno okres ciąży to nie jest właściwy czas, aby zwracać uwagę kobiecie, że jest otyła. W tym momencie nie za dużo da się już zrobić. Niewłaściwe są uwagi na zasadzie „ale pani utyła”. Z drugiej jednak strony, paranoją byłaby sytuacja, w której lekarz nie mógłby nic powiedzieć pacjentowi widząc zagrożenie dla jego życia i zdrowia. Otyłość jest takim zagrożeniem. Warto wówczas powiedzieć „jest Pani więcej niż powinno być. Zarówno pani serce, stawy, muszą znacznie ciężej pracować dźwigając dodatkowe kilogramy. Może warto byłoby o tym pomyśleć po ciąży?”. To jest analogiczna sytuacja, w której do lekarza przychodzi pacjent palący papierosy. Trzeba go uwrażliwić na to, że palenie szkodzi zdrowiu.
A co z poszanowaniem prawa do godności i intymności pacjentek, w momencie gdy skarżą się one, że w trakcie porodu ich krocze zostało nacięte? Bez ich zgody. O tym też co jakiś czas alarmuje Fundacja Rodzić po Ludzku?
Dlatego każda pacjentka zgłaszając się do szpitala do porodu, powinna mieć przygotowany plan porodu. Przygotowuje go położna lub lekarz prowadzący i oni powinni poinformować kobietę o takiej ewentualności. Uświadomić ją, że czasem, jeśli krocze nie zostanie nacięte, to może popękać. Jeśli jednak pacjentka w planie porodu nie wyraziła na to zgody, krocze nie powinno być nacinane. W krajach skandynawskich jest niższy odsetek nacięć krocza niż w Polsce, ale tam jest też więcej jego pęknięć. Jeśli wytłumaczymy pacjentce korzyści i ryzyko, wynikające z nacięcia lub nie krocza, pacjentka podpisze zgodę lub odmowę, to musimy respektować wolę i prawa pacjentek.
Nie wszystkie jednak pacjentki mają ten plan porodu, bo nie wiedzą o takiej możliwości.
W naszym szpitalu jest rocznie 3 tys. porodów. Z własnym planem przychodzi co 20-30 pacjentka. Plan porodu może przygotować położna środowiskowa. Może to też zrobić lekarz prowadzący. Niezależnie, czy pracuje w gabinecie z kontraktem NFZ, czy prywatnym. A jeśli sam tego nie zrobi, powinien poinformować pacjentkę, aby przygotowała taki plan z położną. W końcu taką możliwość wprowadziło rozporządzenie ministra zdrowia w sprawie standardów opieki okołoporodowej, obowiązujące już od ponad 10 lat. Ponadto, na jakieś trzy tygodnie przez porodem pacjentka może się zgłosić do szpitala, w którym planuje rodzić i tu może być sporządzony plan porodu.
W Szpitalu Uniwersyteckim im. Księżnej Anny Mazowieckiej w Warszawie przy ul. Karowej odbywa się aż 3 tys. porodów rocznie. To imponująca statystyka wobec tego, że na niektórych porodówkach, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach jest tych porodów poniżej 200. Czy te porodówki powinny być zamknięte? Może personel na nich nie ma co robić?
Nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej bowiem strony, z punktu widzenia czystej ekonomii 600 porodów rocznie to minimum pełnego zbilansowania oddziału. W Polsce przyjęto 400 porodów, jako granicę sensu utrzymywania placówki. Mamy 365 dni w roku i to daje jeden poród dziennie. W przypadku 200 rocznie, jeden co drugą dobę. Problem w tym, że wymogi kadrowe i pensje na oddziale z jednymi narodzinami na dobę są takie same, jak tam gdzie odbywa się ich pięć. Trzeba spełnić standardy bezpieczeństwa kobiety i jej dziecka.
Z drugiej jednak strony, nie zawsze szpital z 200 porodami rocznie powinien likwidować porodówkę. Kiedyś NFZ zrobił ciekawą symulację. Sprawdził porodówki zlokalizowane w odległości do 40 km od siebie. Cóż z tego, że szpital będzie miał 250 porodów, jak kolejny dla pacjentki jest zlokalizowany 50 km dalej? Tu jest kwestia zapewnienia bezpieczeństwa. Podstawowym argumentem w sprawie jest zabezpieczenie zdrowotne ludności. Nie może być tak, że ktoś jedzie ponad 40 km do porodu. Ale są w Polsce regiony, gdzie szpitale są oddalone od siebie 15 – 20 km. Nie ma sensu w każdym z nich utrzymywać porodówki.
Porodów jest ogólnie mniej, mniej dzieci się rodzi, mamy niż demograficzny. Co na to wpływa?
Zmienił się model życia. Więcej związków zawieranych jest później. Panie w pierwszą ciążę zachodzą średnio w wieku 30 lat. Gdy chcą mieć dzieci później, czasem zapominają, że po 35. roku życia zaczynają się cykle bezowulacyjne i o poczęcie będzie trudniej. Niezależnie kto w jakim ubraniu chodzi, jakiej marki nosi buty, to biologia działa tak samo u kobiet zamożniejszych jak i tych gorzej sytuowanych. Ale i tak trzeba zauważyć, że krzywa spadku urodzeń spłaszczyła się do 1,4.
Lato przejdzie szybko, jesień przed nami. Nie wiadomo, jak będzie z zachorowalnością na COVID-19. Czy konsultant krajowy, w razie wzmożonej liczby zachorowań, zaleca wstrzymanie odwiedzin na oddziałach ginekologiczno-położniczych?
Teraz odwiedziny są. Przychodzą rodziny z dziećmi. Ale też personel medyczny, podobnie jak reszta społeczeństwa, zaraża się i choruje na COVID-19. Wprawdzie obecne typy zakażenia przebiegają stosunkowo łagodnie, ale choruje i nie ma go w pracy, co destabilizuje pracę oddziału. Jeśli dalej będzie wzrastała liczba zakażeń, to jest możliwe, że czasowo trzeba będzie znów ograniczyć odwiedziny i być może nawet obecność osoby bliskiej przy porodzie.
Rozmawiała Katarzyna Nowosielska
Polecamy także:
Niż demograficzny powoduje zadłużanie porodówek
Ministerstwo Zdrowia chce przeprowadzić ankietę ws. opieki okołoporodowej
Wyzwiska, policzkowanie i szczypanie na porodówkach
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze