W polskich szkołach pojawił się nowy przedmiot – edukacja zdrowotna. Temat? Zdrowie fizyczne, psychiczne, higiena, sen, odżywianie, granice osobiste. Brzmi rozsądnie? A jednak – część rodziców wpada w panikę. Bo „seks”, bo „seksualizacja”, bo „ideologia”. A dzieci? Dzieci po cichu chcą się czegoś dowiedzieć. Tylko nikt ich nie pyta, nie rozmawia, bo sam czuje wstyd. Dzieci więc sięgają po telefon i a w nim nie ma granic, i przewodnika, który powie, co jest wartościowe a co nie. Co dalej robią dzieci? Wciąż szukają tak jak potrafią, tylko tym razem już w ukryciu.
W jednym z programów „Dzień Dobry TVN” odbyła się dyskusja, która obnażyła coś więcej niż tylko niechęć do nowego przedmiotu. Pokazała nasz narodowy lęk przed rozmową. Szczególnie o ciele, seksualności i emocjach.
– Nauka o seksualności powoduje odseksualizowanie dzieci – mówi Anja Rubik, edukatorka i założycielka fundacji Sexed.pl. – Uczy granic, szacunku do siebie, komunikacji. Tego, jak powiedzieć "nie", jak nie dać się przekroczyć. I właśnie dlatego jest tak potrzebna.
Tymczasem w sieci krążą nagłówki: „seksualizacja dzieci”, „ideologia gender”, „lewacka propaganda”. Przypomina to trochę debatę o smokach, mówi Magda Mołek – z tą różnicą, że smoki nie istnieją, a brak edukacji zdrowotnej kończy się realnymi problemami zdrowotnymi, psychicznymi i społecznymi.
Wbrew medialnym panikom, uczniowie na pierwszych zajęciach dostają kartki z tematami do wyboru. Rozmawiają o hejcie, dopalaczach, uzależnieniach. Seks? Jest. Ale to tylko 8 proc. programu. Reszta to podstawy – dosłownie: jak działa ciało, jak zadbać o higienę, jak odpoczywać, jak się zdrowo odżywiać.
– To nie jest przedmiot o seksie. To jest przedmiot o zdrowiu – mówi Katarzyna Przybysz, nauczycielka biologii i współtwórczyni scenariuszy zajęć. – Jestem związana ze środowiskiem katolickim. Przygotowywałam pary do małżeństwa. Przejrzałam cały program. Nie ma tam nic, co mogłoby "zdemoralizować" dziecko.
Reklama
Oficjalna wersja? Bo "boją się seksualizacji". Nieoficjalna? Bo zajęcia są często o 7:00 rano, przed obowiązkowymi lekcjami. A nikt nie chce zrywać dziecka z łóżka dla zajęć, które nie kończą się oceną.
– Masowe wypisy to mit. Wypisują, bo to jest nieobowiązkowe i źle ułożone w planie – tłumaczy Anja Rubik. – To nie bunt wobec treści, tylko organizacyjny chaos.
Ale media prawicowe już znalazły w tym „dowód” na opór rodziców. Zamach na rodzinę. Lewacki eksperyment. I znów: dużo krzyku, mało faktów.
Jest jeszcze inna możliwość... może rodzice boją się obnażyć z własną niewiedzą. Może boją się, że dziecko podchwycie temat na lekcji edukacji zdrowotnej i przyjdzie do mamy lub taty zapytać o menstruację, higienę osobistą czy pierwszy stosunek seksualny i właściwe zabezpieczenie podczas jego trwania. A rodzic zamiast udzielić wskazówek, podzielić się wiedzą i wesprzeć, zawstydzi się, zamilknie albo obaczy dziecko poczuciem winy za zainteresowanie tematyką ciała i szeroko pojętego zdrowia. Dlaczego? Bo to lęki i braki rodzica, nie dziecka, które jest ciekawe i pyta.
Ginekolożka dr Agnieszka Nalewczyńska mówi wprost:
– Mam trzydziestoletnie pacjentki, które nigdy nie używały tamponu, bo matka nie potrafiła im tego wytłumaczyć. To nie tylko ubóstwo menstruacyjne. To edukacyjne ubóstwo.
To samo mówi seksuolog Andrzej Gryżewski:
– 70 proc. mojej pracy to tłumaczenie elementarnej wiedzy: jak dbać o higienę, jak rozmawiać w związku, jak wyznaczać granice. To wszystko, czego powinniśmy uczyć w szkole.
I właśnie na tym polega paradoks: rodzice wypisują dzieci z zajęć, które mogłyby im pomóc być zdrowszymi, pewniejszymi siebie ludźmi.
– Polskie dzieci miałyby mniejsze problemy, gdyby wcześniej dowiedziały się o swoim ciele z bezpiecznego źródła, a nie z TikToka i pornografii – zauważa dziennikarz Marcin Meller. – W 2022 roku ponad 50 proc. nastolatków miało kontakt z twardą pornografią. Naprawdę wolicie, żeby pierwsze "lekcje" odbyli tam?
Tymczasem edukacja zdrowotna nie tylko nie promuje "rozwiązłości". Ona uczy odpowiedzialności, samoświadomości, szacunku i granic. I właśnie to – jak podejrzewa wielu ekspertów – może być dla niektórych najbardziej „niebezpieczne”.
To nie jest temat do chowania pod dywan. Bo kiedy dzieci nie wiedzą, co się z nimi dzieje, kiedy dojrzewają, kiedy nie wiedzą, jak działa ich ciało, jak rozmawiać o emocjach, wtedy nie szukają odpowiedzi w podręczniku. Szukają w internecie. I często znajdują najgorsze wzorce.
– To nie szkoła seksualizuje dzieci. To internet to robi, kiedy zostawiamy dzieci bez wiedzy – mówi Rubik.
To nie jest zamach na rodzinę. To pomoc dla rodziców, którzy sami nie wiedzą, jak o tym rozmawiać. To realne wsparcie w wychowaniu dzieci, które mają być zdrowe – psychicznie, fizycznie i emocjonalnie.
Na koniec – apel od Rubik, który warto powtórzyć:
– Wrzesień to nie tylko początek szkoły. To także czas, kiedy możecie za darmo zaszczepić dzieci przeciwko HPV. Poczytajcie o tym. Nie bójcie się wiedzy. Bójcie się jej braku.
Polska edukacja zdrowotna nie jest zagrożeniem. Jest szansą.
Na lepsze zdrowie. Na bezpieczne dojrzewanie. Na dzieci, które wiedzą, jak się chronić – przed infekcją, depresją, przemocą i dezinformacją.
Nie zabierajmy im tej szansy tylko dlatego, że dorośli boją się słowa na „s”.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo manipulacyjny artykuł. Niestety w podstawie programowej są treści, które nie są kwestią zdrowia, tylko konkretnej ideologii i to jest problemem.
Nie przedmiotu sie rodzice boja ale godzin. U nas w szkole jest na 7 rano. Sory o 6 trzeba budzic 11 letnie dziecko ktore i tak ledwo wstaje o 7. Zmeczone lekcjami i dodatkowymi zajeciami. Poza tym Cala rodzina musi godzine wczesniej wstac. Przedmiot fajny i potrzebny ale bezsensownie wprowadzony i zupelnie nieprzemyslany. Bezsens organizacyjny.wypisalismy.
Bardzo manipulacyjny artykuł. Niestety w podstawie programowej są treści, które nie są kwestią zdrowia, tylko konkretnej ideologii i to jest problemem.
Nie przedmiotu sie rodzice boja ale godzin. U nas w szkole jest na 7 rano. Sory o 6 trzeba budzic 11 letnie dziecko ktore i tak ledwo wstaje o 7. Zmeczone lekcjami i dodatkowymi zajeciami. Poza tym Cala rodzina musi godzine wczesniej wstac. Przedmiot fajny i potrzebny ale bezsensownie wprowadzony i zupelnie nieprzemyslany. Bezsens organizacyjny.wypisalismy.