Trzy dziewczynki – Sara, Julia i Nikola – od miesięcy czekają na operacje, które mogłyby zatrzymać postępujący paraliż. Zabiegi można przeprowadzić tylko w jednym szpitalu w Polsce, w szczecińskich Zdrojach, ale od roku nie działa tam śródoperacyjny tomograf. Placówka nie ma pieniędzy na nowy sprzęt, a stan dzieci z każdym tygodniem dramatycznie się pogarsza.
Sara ma 10 lat i od urodzenia choruje na dysplazję kręgosłupowo-nasadową. Jeszcze niedawno chodziła z pomocą chodzika i samodzielnie siedziała. Dziś nie porusza się już wcale.
Była dzieckiem takim, że poruszała się na chodziku, siedziała sobie sama i dzisiaj po prostu nie robi nic z tych rzeczy. Jest po prostu dzieckiem leżącym, przykurcze się pogłębiają – mówi jej mama, Angelika Szymusiak.
Rodzice noszą ją na rękach, a stan dziewczynki pogarsza się z każdym miesiącem. Wszystko dlatego, że nie doczekała się operacji kręgów szyjnych, która miała zapobiec uciskowi na rdzeń kręgowy.
Podobną wadę kręgów szyjnych ma Julia, która dodatkowo urodziła się z zespołem Downa. Dwa lata temu potrafiła przejść nawet 20 kilometrów. Dziś coraz częściej traci równowagę, a jej mama boi się najgorszego.
Bardzo się boję, ten strach mnie paraliżuje. No wystarczy, że Julcia niefortunnie upadnie. Ten krąg jej się przesunie w szyi i wtedy dojdzie do najgorszego – mówi Kinga Horyd-Ciechelska.
Sprawę opisuje TVN24 i tłumaczy, że jedynym miejscem w Polsce, gdzie takie operacje można przeprowadzić, jest Szpital Zdroje w Szczecinie. To tam lekarze mają doświadczenie w stabilizacji kręgów szyjnych u dzieci z rzadkimi wadami. Jednak od października zeszłego roku zabiegi są wstrzymane – z powodu awarii śródoperacyjnego tomografu.
Bez tomografu lekarze nie mogą przeprowadzić operacji, bo urządzenie pozwala im precyzyjnie kontrolować położenie śrub i unikać uszkodzenia rdzenia kręgowego.
Pierwszy termin mieliśmy w lipcu, więc już rok i cztery miesiące czekamy na operację – mówi Andżelika Grochalska, mama 11-letniej Nikoli.
Dziewczynka, podobnie jak Sara i Julia, ma niestabilne kręgi szyjne, które uciskają na rdzeń.
Jest to pilna operacja, ponieważ każdy dzień zbliża Nikolę do kalectwa – dodaje jej matka.
Dyrekcja szpitala przyznaje, że urządzenia nie da się naprawić, a koszt nowego to około 3,5 miliona złotych.
Zakup nowego sprzętu to ogromna kwota, której szpital ze swoich środków nie jest w stanie w tej chwili wyasygnować – wyjaśnia Katarzyna Stróżyk ze Szpitala Zdroje.
Na sytuację patrzą bezradnie nie tylko lekarze i rodzice, ale też Narodowy Fundusz Zdrowia i Ministerstwo Zdrowia. Tymczasem u dziewczynek choroba postępuje – paraliż obejmuje kolejne partie ciała, mięśnie słabną, a w końcu mogą pojawić się problemy z oddychaniem i pracą serca.
Lekarze nie ukrywają, że brak sprzętu to nie tylko kwestia komfortu pracy, ale życia pacjentek. Każdy dzień zwłoki zmniejsza szansę, że dzieci odzyskają sprawność.
Dla rodziców Sary, Julii i Nikoli ten czas to codzienny koszmar – liczą na cud, który pozwoli zebrać środki na tomograf i wznowić operacje.
Bo w ich przypadku każdy tydzień oznacza kolejny krok w stronę nieodwracalnego kalectwa.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze