Reklama

Sandra Grabowska: Jakbym tego raka myślami ściągnęła

Walczyłam i walczę. Cieszę się każdą chwilą. Jestem po radykalnym leczeniu raka szyjki macicy – opowiada Sandra Grabowska. Przeszłam radioterapię, chemioterapię i brachyterapię. Łatwo nie było, ale dziś wiem jedno: da się myśleć pozytywnie. Jeśli dopada cię ciężka choroba, trzeba walczyć z całych sił, gdy jest namiastka szansy, że z tego wyjdziesz – podkreśla.

Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników zachorowalności na raka szyjki macicy. W 2020 roku odnotowano blisko cztery tysiące nowych rozpoznań tej choroby. To tysiące historii kobiet, które się nie poddały. Jedną z nich jest Sandra Grabowska. 

W jakim momencie życia zastała Panią ta diagnoza?

Od dłuższego czasu miałam dziwne uczucie, jakbym swoimi myślami ściągnęła tę chorobę. Zawsze byłam nastawiona do życia pozytywnie, dostrzegałam w każdym problemie rozwiązanie, a tu nagle straciłam „moc”. Bywały gorsze dni, w zaciszu się załamywałam i z perspektywy czasu mam wrażenie, że „przyciągnęłam” chyba chorobę.

Reklama

Jak wyglądał proces leczenia? Co było dla Pani najtrudniejsze?

Usłyszałam od lekarza: ,,spokojnie pani Sandro, wyleczymy. Będzie pani żyła sto lat”. Tego się trzymałam. Trafiłam w odpowiednim czasie w odpowiednie ręce. Mąż z córką nie byli szczęśliwi, że idę do szpitala na osiem tygodni, ale nie było wyjścia. Jeśli jest możliwość leczenia to trzeba korzystać. Powiedziałam tak przewrotnie sobie i swojej rodzinie że ,, idę do spa, wyjdę zdrowa, zgrabna i powabna”. Oczywiście rzeczywistość po diagnozie raka szyjki macicy nie była tak radosna: miałam 33 radioterapie, chemioterapię, 10 hipertermii i 4 brachyterapie. Wszystko to było bardzo trudne, a ja nigdy, oprócz porodu, nie byłam w szpitalu. Pojawiły się wątpliwości, czy dam radę, czy nie zostaną wykryte przerzuty, czy ja mam jeszcze szansę... Zapachy jedzenia po chemii prowadziły do mdłości. Pewnej nocy kiepsko się poczułam, odczuwałam ból w klatce piersiowej, ciężko się oddychało. Przeszłam badania, okazało się, że to wszystko ma podłoże psychosomatyczne. Pani doktor zaleciła, abym poszukała czegoś, co mnie odciągnie od negatywnych myśli. Pewnego dnia, podczas brachyterapii, zaczęłam dziwnie się czuć. Przypomniałam sobie słowa pani doktor i powtórzyłam sama do siebie: to jest psychosomatyczne, nic ci nie będzie i po chwili przeszło. Pomogły też rozmowy z panią psycholog. Mogłam powiedzieć śmiało, co czuję, najzwyczajniej się wygadać, zasięgnąć porady, jak walczyć ze złymi emocjami.

Napisała Pani publicznie o swojej chorobie. Co Pani dała ta decyzja i co chce Pani przekazać innym pacjentkom?

Tak, podzieliłam się taką informacją publicznie, ale na pewno nie po to, aby ludzie mi współczuli czy wskazywali, jakie nieszczęście mnie spotkało. Nic z tych rzeczy! Mój przekaz jest prosty: jeśli dopadnie cię choroba, trzeba walczyć z całych sił, gdy tylko jest namiastka szansy na wygraną. Trzeba szukać rozwiązań. Myśleć pozytywnie. Korzystać ze wsparcia.

Reklama

Pacjentki wskazują, że choroba była piekłem, ale ostatecznie wiele zmieniła w ich życiu i wiele się nauczyły. Czy Pani także?

Dla mnie to był przystanek. Powiedziałam sobie: Sandra, zwolnij. Stop. Choroba była mi potrzebna, aby zrozumieć, że trzeba jeszcze bardziej cieszyć się z każdej chwili. Radość mogą przynosić proste rzeczy: to, że rano możesz wstać i iść do pracy, że jest wschód słońca itd. Wszystko dzieje się po coś...

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 23/11/2024 06:18
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości