W planie pracy na 2024 Najwyższa Izba Kontroli ujęła kontrolę propagowania i wdrażania zdrowego żywienia. Izba sprawdzi, czy organy odpowiedzialne ze to wdrożenie i propagowanie robią to właściwie. Jak wskazują eksperci z dziedziny dietetyki, medycy i ekonomii, nie stać na już na dokładanie do systemu funduszy na leczenie powikłań otyłości. Dlatego profilaktyka powinna stać się priorytetem państwa.
Powszechnie wiadomo, że lepiej zapobiegać niż leczyć i że jest to tańsze. Jednak w obliczu rosnącej liczby osób otyłych, kolejno wprowadzane programy nie przynoszą efektu. I choć eksperci wskazują przyczyny i rozwiązania, dotąd nie udało się wprowadzić spójnych działań, które mogłyby sprawić, że przypadki otyłości staną się rzadsze. Dlatego Najwyższa Izba Kontroli wkracza w sferę zdrowotnej polityki państwa kolejny raz i w planach ma kolejne działania sprawdzające, czy instytucje zobowiązane do dbania o szeroko pojęte zdrowie publiczne wywiązują się ze swoich zadań przeciwdziałania najpopularniejszym chorobom, którym można zapobiegać m.in. przez zmianę stylu życia.
Sprawa zaczyna być paląca, bowiem otyłość, uznana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) za chorobę, stała się epidemią XXI wieku. W ciągu ostatnich 50 lat tempo jej rozwoju stało się tak szybkie, że zagraża zdrowiu publicznemu i rujnuje budżety państwowe, generując coraz to nowe koszty. Związane są one z leczeniem nie tylko samej otyłości, ale przede wszystkim jej powikłań, m.in. cukrzycy typu 2 (w Polsce choruje na nią co najmniej 3 mln osób) czy chorób serca (ponad 2 mln Polaków ma stwierdzoną chorobę niedokrwienną serca, a 80 tys. Polaków rocznie ma zawał).
Choć w Narodowym Programie Zdrowia na lata 2016-2020 otyłość uznano za chorobę cywilizacyjną, a jej leczenie za jeden z priorytetów, działania podejmowane przez kolejnych ministrów zdrowia nie tylko nie doprowadziły do spadku czy zahamowania tempa wzrostu masy ciała Polaków, ale problem narastał. Szacuje się, że w ciągu najbliższych 30 lat Polska z powodu otyłości i chorób z nią związanych może stracić ponad 4% PKB. Dlatego Izba sprawdza, jak państwo walczy z tym problemem. W środę, 24 stycznia w siedzibie NIK w Warszawie odbył się panel ekspertów „Propagowanie i wdrażanie zdrowego odżywiania". Pod takim hasłem zaplanowano także kontrolę, którą NIK przeprowadzi w najbliższych miesiącach.
Alarmujące dane o tym, że Polacy tyją na potęgę, a szczególną grupą są polskie dzieci, które przybierają na wadze najszybciej w Europie, znane są od lat. Już w 2015 roku NIK kontrolowała, co dzieje się w szkołach, jako miejscach, w których dzieci spędzają bardzo dużo czasu i w których zdobywają wiedzą, kształtującą ich nawyki, również żywieniowe. NIK przystąpiła do kontroli, ponieważ w Polsce, pomimo wdrażania ogólnopolskich programów żywieniowych i podejmowania innych działań edukacyjnych, nic się nie zmieniało.
W opublikowanym w 2017 r. raporcie pokontrolnym, NIK informowała, że „w skontrolowanych szkołach, w roku szkolnym 2015/2016, odsetek uczniów z nieprawidłową masą ciała - z nadwagą i otyłością oraz z niedowagą - wyniósł aż 22 proc., czyli dotyczył co piątego dziecka. W ciągu czterech lat (od 2012 do 2016 roku) wzrósł on o ponad pięć punktów procentowych. Chociaż w szkołach prowadzone były ogólnopolskie programy promujące zdrowe żywienie i działania edukacyjne kształtujące prawidłowe nawyki żywieniowe wśród uczniów, nie zatrzymały one tej niebezpiecznej tendencji. Skuteczność programów osłabiała m.in. dostępność niezdrowych produktów w części sklepików szkolnych, czy też podawanie uczniom w szkole obiadów niejednokrotnie przekraczających normy żywienia dla dzieci i młodzieży (ze zbyt wysoką zawartością białka, tłuszczów, węglowodanów oraz nadmierną ilością sodu).
Wtedy też Izba pokazała, że placówki zajmujące się edukacją dzieci i opieką zdrowotną nad nimi przerzucają się odpowiedzialnością za ten stan rzeczy, nie dzielą się danymi i nie mają kontroli nad wdrażanymi, często ad hoc programami. Przełomem miało być Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 26 lipca 2016 roku w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach (Dz.U. z 2016 r. poz. 1154). Wyrzuciło ze szkolnych sklepików m.in. drożdżówki i czipsy. Czy problem zniknął? Po siedmiu latach widać, że nie.
Eksperci wskazują, że problemu rosnącej masy ciała nie da się zatrzymać wydanym przepisem, ale konieczne są programy profilaktyczne, zmieniające styl życia. Warto dodać, że programy te istnieją, były wdrażane projektowo i przynosiły dobre efekty. Jednak po ich zakończeniu, wnioski pozostawały na papierze, a wypracowane działania nie były kontynuowane.
Poproszony przez NIK o konsultacje prof. Mirosław Jarosz, gastroenterolog, wieloletni ekspert ds. żywienia, aktywności fizycznej i otyłości WHO, Komisji Europejskiej i Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) wskazał, że otyłość jest chorobą, której nie można już bagatelizować. Wskazał, że mierzymy się z nią od co najmniej 50 lat i korzystając z nowego otwarcia politycznego, czas wreszcie ten problem rozwiązać.
- Tyjemy w szybkim tempie jako społeczeństwo. Dynamika narastania otyłości jest bardzo duża, a dzisiejsza otyłość staje się bardziej złośliwa przez zmiany epigenetyczne. Osoby z otyłością mają większe ryzyko zawału, udaru, raka – mówi prof. Jarosz. - W 2006 r. powstała Europejska Karta Walki z Otyłością. Wtedy już powiedziano wszystko o jej powstawaniu. Znamy winowajców otyłości. Aby jej przeciwdziałać, powstała piramida zdrowego stylu życia. Składa się na nią nie tylko prawidłowa dieta, ale i m.in. dobrej jakości sen i aktywność fizyczna.
Profesor przypomniał, że w Polsce został opracowany i realizowany w latach 2007-2016 „Program zapobiegania nadwadze i otyłości oraz przewlekłym chorobom niezakaźnym poprzez poprawę żywienia i aktywności fizycznej POL-HEALTH”. Gdy się skończył, zapomniano o nim.
- Polska oparła swoje działania na opracowanym programie interdyscyplinarnym. Włączone w to było ministerstwo zdrowia, edukacji, rolnictwa, przemysłu, sportu itd. Program PolHealth nie został wykorzystany. Zabrakło motywacji politycznej i finansowych rozwiązań – przypomniał prof. Jarosz.
- Musimy zmienić politykę państwa w kwestii zdrowia. Odejść od polityki zorientowanej na generowanie i leczenie chorób, a rozpocząć politykę zorientowaną na utrzymanie w zdrowiu – mówi dr n. ekon. Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego oraz Dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, wiceprzewodnicząca Rady Narodowego Funduszu Zdrowia - Musimy przerwać strategię generowania chorób i sięgnąć po narzędzia, które temu będą sprzyjać. Jednym z nich jest edukacja. Mamy szanse przez wykorzystanie edukacji, by zmienić wiele w systemie. Stan zdrowia Polaków nie poprawia się i chyba straciliśmy orientację na to, czym jest kapitał zdrowia. Nasza kondycja zdrowotna jest gorsza niż innych Europejczyków. Polacy żyją krócej niż wynosi średnia europejska, umierają z powodu chorób cywilizacyjnych, którym możemy zapobiegać w już zdefiniowany sposób. Za główną przyczynę pogarszania się zdrowia uznano sposób odżywiania. Kształtowanie dobrych nawyków żywieniowych wpłynie na przyszłe finansowanie w systemie ochrony zdrowia. My się ciągle orientujemy na medycynę interwencyjną. Musimy zmienić modele finansowania – dodaje Gałązka-Sobotka.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze