Biały fartuch, spokojny głos, medyczny autorytet. Na Instagramie działał „lekarz”, który przekonywał Polaków, że jeden suplement może pomóc na poważne choroby – od chronicznego zmęczenia po bezpłodność. Problem w tym, że nie był ani lekarzem, ani nawet prawdziwym człowiekiem. Został wygenerowany przez sztuczną inteligencję. Sprawę ujawnili fact-checkerzy z serwisu Demagog, a komentarze pod nagraniami pokazały, jak łatwo odbiorcy uwierzyli, że mają do czynienia z realnym specjalistą. Jak sprawdzić, czy lekarz w sieci jest prawdziwy, czy padliśmy ofiarą dezinformacji?
Profil rzekomego „dr. Adriana Halewskiego” przez tygodnie zyskiwał popularność. Filmy miały niemal identyczny schemat: historia pacjenta, poważny problem zdrowotny i spektakularna poprawa po zastosowaniu jednego suplementu – shilajitu.
Dla tysięcy odbiorców brzmiało to wiarygodnie. Instagram sprzyja takim narracjom: odpowiednia oprawa wizualna i ekspercki ton często budują zaufanie szybciej niż jakiekolwiek dyplomy.
Jak wykazała analiza Demagoga, „dr Halewski” nie figurował w rejestrach Naczelnej Izby Lekarskiej. Co więcej, same nagrania zdradzały cechy charakterystyczne dla treści generowanych przez sztuczną inteligencję.
Zwracano uwagę na m.in. brak naturalnego mrugania i oddechu, nienaturalną mimikę twarzy, niespójne światło względem tła, powtarzalną, niemal mechaniczną narrację.
Narzędzia do wykrywania deepfake’ów potwierdziły, że wizerunek „lekarza” powstał przy użyciu AI.
Lekarz Dawid Ciemięga komentował sprawę dosadnie, zauważając, że wprawne oko szybko dostrzeże fałsz, ale nie każdy pacjent ma takie kompetencje – zwłaszcza gdy w grę wchodzi strach o zdrowie i desperackie poszukiwanie ratunku.
Polskie konto nie było wyjątkiem. Niemal identyczne profile, prowadzone w różnych językach, promowały ten sam suplement. To klasyczny mechanizm oszustwa: stworzyć pozorny autorytet, wzbudzić nadzieję i przekierować odbiorców do produktu, który formalnie nie jest lekiem i nie musi spełniać takich samych standardów jak farmaceutyki.
Lekarz Dawid Ciemięga zwraca uwagę, że ta historia obnaża coś znacznie groźniejszego niż jeden fałszywy profil:
- To tylko dowód na to, że ludzie na hasło suplement przestają być krytyczni. O tym doskonale wiedzą wszyscy sprzedający te bajki w proszku.
Marketing zdrowotny, podszyty pseudomedycznym językiem, potrafi skutecznie wyłączyć racjonalne myślenie.
Shilajit, promowany przez fikcyjnego lekarza, bywa sprzedawany jako suplement diety. Nie istnieją jednak wiarygodne dowody naukowe potwierdzające „cudowne” właściwości przypisywane mu w reklamach.
Największe ryzyko pojawia się wtedy, gdy pacjent – ufając internetowemu „lekarzowi” – opóźnia lub przerywa realne leczenie. W komentarzach pod filmami pojawiały się pytania o stosowanie suplementu po chemioterapii czy przy chorobach przewlekłych. To nie jest niewinna reklama, lecz potencjalne zagrożenie dla zdrowia.
Eksperci podkreślają, że podstawowa weryfikacja zajmuje kilka minut. Warto:
sprawdzić nazwisko w Centralnym Rejestrze Lekarzy NIL,
zwrócić uwagę, czy dana osoba podaje miejsce pracy i numer PWZ,
zachować ostrożność wobec „cudownych terapii” na wiele chorób naraz,
dokładnie przyjrzeć się nagraniom – AI często zdradza się detalami.
Jeśli ktoś obiecuje szybkie wyleczenie poważnych schorzeń jednym środkiem, to już powinna zapalić się czerwona lampka.
Podszywanie się pod lekarza w Polsce nie jest szarą strefą. Prawo przewiduje: grzywnę, karę ograniczenia wolności, a w skrajnych przypadkach nawet karę pozbawienia wolności.
Wystarczy samo stwarzanie wrażenia udzielania porad medycznych. Dodatkowo przypisywanie suplementom właściwości leczniczych jest w Polsce zakazane i może skutkować wysokimi karami administracyjnymi. Fakt, że wizerunek „lekarza” stworzyła AI, nie zwalnia z odpowiedzialności osób stojących za całym procederem.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze