Poziom kardiologii i kardiochirurgii w Polsce mamy światowy. Musimy jeszcze sobie życzyć, żeby docenili to i zrozumieli ci, którzy dysponują pieniędzmi na rozwój tych dziedzin. Bo specjalistów jest mało, a w dodatku to grupa wypalona zawodowo – mówi w rozmowie z politykazdrowotna.com prof. Andrzej Bochenek, jeden z najbardziej znanych polskich kardiochirurgów.
Prof. Andrzej Bochenek: Oczywiście, że tak, choć nie był to proces, który zdarzył się w ciągu jednego roku. Nikt z nas nie miał specjalizacji z zakresu kardiochirurgii, bo w ogóle nie było takiej specjalizacji w Polsce, kiedy zaczynaliśmy razem z profesorem Religą i Zembalą. Taka specjalizacja powstała w połowie lat 80. i byliśmy pierwszymi, którzy zdawali egzamin specjalizacyjny z kardiochirurgii. Dzisiaj mamy ponad 150 specjalistów w całej Polsce, w znacznym stopniu wyszkolonych w Zabrzu i Katowicach. Powstała też nowa specjalizacja, czyli transplantologia. Ja sam najpierw byłem chirurgiem ogólnym z drugim stopniem specjalizacji - pracowałem na ostrych dyżurach, operowałem wyrostki, pęcherzyki, żołądki, jelita, urazy, a dopiero później to wszystko zaczęło się kształtować w kierunku chirurgii naczyniowej i serca.
Prof. Andrzej Bochenek: Za mojego życia profil zabiegów zmienił się diametralnie. Operowaliśmy proste wady, na przykład dziecięce, jak ubytek międzyprzedsionkowy albo wada zastawki mitralnej spowodowana infekcjami. Obecnie prawie tych wad nie ma, wszystko załatwiają kardiolodzy, bo zmieniła się także nasza medycyna i dostępność do lekarzy. Mamy za to inne wady, związane ze starością, bo starzejemy się jako społeczeństwo.
Kardiologia z kardiochirurgią coraz bardziej zacieśnia więc swoją współpracę przy nowych typach zabiegów. To, co kiedyś mógł zrobić tylko kardiochirurg, czyli wymienić zastawkę aortalną przecinając klatkę piersiową, dzisiaj może zrobić kardiolog w asyście kardiochirurgia, wszczepiając zastawkę bez otwierania klatki piersiowej. Wszyscy walczymy o to, żeby uraz był jak najmniejszy, żeby zdrowienie było jak najszybsze, a chorego jak najszybciej przywrócić do pracy i aktywności życiowej.
Prof. Andrzej Bochenek: Większość zabiegów, które robiliśmy w latach 80., 90. i później, to było chirurgiczne leczenie choroby wieńcowej, czyli tak zwane by-passy, co obejmowało około 80 proc. zabiegów operacyjnych na kardiochirurgii. Wady zastawek to 25 do 35 proc., w zależności od ośrodka. Wiek pacjentów z chorobą wieńcową, których operowaliśmy, średnio wynosił około 50-55 lat. Dziś to wszystko uległo dużej zmianie, bo zmniejsza się liczba chorych operowanych z powodu choroby wieńcowej. Można powiedzieć, że główne źródło, które utrzymywało kardiochirurgię, czyli by-passy, zaczyna troszeczkę wysłuchać. To rezultat tego, że kardiologia interwencyjna poczyniła kolosalne postępy. Przede wszystkim nie ma już żadnych operacji w zawale serca. To dziś wyjątkowa operacja kardiochirurgiczna, którą robi się u chorego ze świeżym zawałem serca w jednostkowych przypadkach, jak pęknięcie serca. To wszystko przejęła kardiologia, co jest największym postępem jeśli chodzi o leczenie chorób sercowo-naczyniowych. Każdy chory w Polsce, jeżeli trafi do ośrodka z hemodynamiką, może być wyleczony z ostrego zespołu wieńcowego. To gigantyczna zmiana, bo kiedy zaczynałem pracę, śmiertelność w zawale była większa niż 30 proc., dzisiaj tylko w tych najcięższych postaciach sięga 2 proc. Do tej kolosalnej różnicy przyczyniła się na pewno kardiologia interwencyjna i stentowanie naczyń wieńcowych. Każdy chory, który ma bóle w klatce piersiowej, przede wszystkim ma wykonaną koronarografię, gdzie ocenia się, jak wyglądają naczynia wieńcowe i następnie decydujemy, jaką najlepszą metodę zastosować do leczenia. Może to być farmakologia albo kardiologia interwencyjna, czyli stentowanie naczyń wieńcowych - zakładanie rusztowań, które udrażniają naczynia. Jeżeli szybko zlikwidujemy niedokrwienie, w ciągu godziny lub dwóch, to właściwie wtedy prawie nie ma blizny.
Cała grupa młodych pacjentów odeszła z kardiochirurgii na rzecz kardiologii interwencyjnej. Dlatego dzisiaj operujemy raczej ludzi starszych, bo na przykład nie mogą mieć założonego stentu, albo naczynia są zbyt skomplikowane lub też zmiany w naczyniach wieńcowych są w takich miejscach, które nie nadają się na stentowanie.
W rezultacie 50 proc. pacjentów, których dawniej leczylibyśmy tylko kardiochirurgicznie, dzisiaj - dzięki postępowi i nowym technologiom, dzięki nowym stentom, ale też wskutek tego, że w Polsce mamy aż tyle pracowni hemodynamicznych - może być leczonych mniej inwazyjnie. Nie trzeba rozcinać klatki piersiowej i po paru dniach chory może iść do domu. Oczywiście, nie jest jeszcze wyleczony, bo niezwykle ważne jest, że pacjenta, którego leczymy inwazyjnie, nie pozostawiamy samego sobie, lecz kierujemy go do sanatorium. Tam przechodzi odpowiednią rehabilitację, ale też nabiera wiedzy, co zmienić w swoim życiu, żeby drugi raz nie trafić do kardiologa czy kardiochirurga. Mamy więc w Polsce doskonałe wyniki leczenia choroby wieńcowej.
Pojawiły się prywatne podmioty, które rozwinęły pracownie hemodynamiczne poza dużymi ośrodkami kardiologicznymi. Dzięki temu dzisiaj mamy ponad 100 takich pracowni, a pacjent, który mieszka w mniejszej miejscowości ma taki sam dostęp do nowoczesnego leczenia, jak mieszkaniec Warszawy lub dużego miasta wojewódzkiego. W Polsce mamy także bardzo dobry system powiadamiania. Większość karetek jest wyposażona w systemy przesyłania EKG. Jeżeli lekarz lub ratownik podejrzewa, że chory ma zawał, wykonuje u niego badanie, wyniki są przesyłane do pracowni na szybką konsultację, a to decyduje, gdzie trafia chory.
Pacjenci nie są przecież zadowoleni, gdy słyszą, że na przykład w Instytucie Kardiologii w Warszawie postawiono najnowszy aparat, bo większość ludzi nie będzie miała do niego dostępu. Sprawdza się tylko łatwa dostępność do nowoczesnych usług medycznych. To był między innymi cel profesora Zbigniewa Religii, to był też cel powstania American Heart of Poland: wysokospecjalistyczna usługa medyczna powinna się znaleźć w miejscach łatwo dostępnych dla przeciętnego obywatela.
Mamy super urządzenie do transportu serca i to dobrze, ale przede wszystkim dla nas najważniejszym wyzwaniem jest zmienienie nastawienia do dawców. Musimy mieć wielu świadomych dawców i musimy zwiększyć liczbę serc, które możemy przeszczepić. Jedno urządzenie do transportu serca jest ciekawą informacją medialną, ale kluczowa jest zmiana myślenia społeczeństwa o oddawaniu narządów do transplantacji. To największe wyzwanie dla transplantologii, bo kiedy mówimy o kardiochirurgii to uważam, że jednym z największych wyzwań jest na nowo zainteresować grupę młodych ludzi tą specjalizacją. Po okresie, gdy co drugi lekarz chciał być kardiologiem i kardiochirurgiem, mamy obecnie sytuację zapaści, w której nikt nie chce być takim specjalistą. Odpowiednie regulacje płacowe spowodowały bowiem, że ludzie nie myślą o tym, żeby przez 24 godziny siedzieć w pracy, z czym bardzo często wiąże się kardiochirurgia. Taki lekarz jest uzależniony od bloku operacyjnego, od swojego szefa, od tego, czy będą pieniądze na kardiochirurgię. 55-letni lekarz dostrzega, że lekarz, który pracuje w POZ, zarabia zdecydowanie więcej, ma wolny czas dla rodziny i może wyjechać na weekend, a on ciągle jest na dyżurach. Społeczeństwo już się zmieniło, nie żyjemy już tylko pracą. Entuzjastów, jakim był Religa, który doprowadził do tego, że myśmy właściwie wszystko rzucili i tylko pracowali jak opętani, już nie ma. Dzisiaj lekarz, który idzie na kardiochirurgię, chce dostać bardzo dobre wyszkolenie oraz czas na to, żeby mógł się uczyć, by wyjechać na staż. Z powodu braku kardiochirurgów ludzie są zdecydowanie na etapie wypalenia zawodowego. To kolejne wyzwanie, by kardiochirurgia stała się specjalizacją atrakcyjną.
Profilaktykę należy zaczynać w szkole podstawowej. Dzieci już wiedzą, jakich nawyków unikać, a jakie nawyki pielęgnować i to jest niezwykle ważne. Około trzydziestego albo trzydziestego piątego roku życia powinniśmy korzystać z programów profilaktycznych, z okresowych badań, oznaczać poziom cholesterolu, oznaczać frakcje lipidowe, mierzyć ciśnienie krwi, bo ono kompletnie nie boli, a czasami jest główną przyczyną wielkich problemów. Powinniśmy zrobić EKG, bo mamy obecnie plagę migotania przedsionków i zaburzeń rytmu serca. Bardzo często ludziom młodym wydaje się, że są super zdrowi, a mają groźne dla życia zaburzenia rytmu serca. Uważam, że check out czterdziestolatka powinien być obowiązkowy, jeżeli chodzi o choroby serca. Czego unikać? Na pewno nie palić papierosów, odżywiać się produktami niskotłuszczowymi, a do tego bardzo, bardzo dużo ruchu. Stresu w naszym życiu będzie trudno uniknąć, ale ruch dla młodych i dla starszych jest bardzo ważny. Na szczęście widzimy na ulicach, że wielu ludzi biega, czy korzysta z rowerów.
___________________
prof. dr hab. n. med. Andrzej Bochenek jest obecnie konsultantem ds. kardiochirurgii Grupy American Heart of Poland oraz kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Akademii Śląskiej w Bielsku Białej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze