Może się przydać szybciej niż myślimy – uważają pesymiści. Realiści twierdzą, że po prostu warto być gotowym. Bez względu na motywację, faktem jest, że podyplomowe studia z zakresu medycyny pola walki na Śląskim Uniwersytecie Medycznym zapełniły się w dwa dni. PolitykaZdrowotna.com rozmawiała z żołnierzem, który jest koordynatorem tych studiów.
…Bo jestem ratownikiem medycznym, odpowiedzialnym za szkolenie medyczne w Jednostce Wojskowej Komandosów w Lublińcu i jak każdy z żołnierzy, zachowuje anonimowość.
Przyznaję, jestem zaskoczony. Gdy pojawiła się ta idea i tworzyliśmy program, to równocześnie zastanawialiśmy się, czy w ogóle uda się zebrać wystarczającą grupę ochotników, żeby ten kierunek uruchomić. Kiedy się okazało, że miejsca się zapełniły w dwa dni, to wszyscy byliśmy w szoku. To pozytywne zaskoczenie, że ludzie chcą takie informacje pozyskiwać i chcą się uczyć rzeczy, które nie są dostępne na co dzień.
Reklama
Wydaje mi się, że bliskość frontu w Ukrainie i liczne informacje, które otrzymujemy, ale też częste podkreślanie różnicy między tym, co dzieje się w świecie medycyny wojskowej i w świecie medycyny cywilnej, powoduje, że ludzie mają świadomość, że trzeba zrobić coś więcej. Mamy jeszcze czas, który trzeba dobrze wykorzystać. Być może dla niektórych to argument, żeby poznać środowisko medycyny – powiedzmy – "niekonwencjonalnej" i zobaczyć, jak to jest ze strony wojskowej.
To kwestie związane z pewnymi priorytetami. W środowisku cywilnym uczymy się pracy w strefie bezpiecznej. Takie jest pierwsze założenie: jeżdżąc na karetce czy mając do czynienia z jakimkolwiek pacjentem, pierwszą kwestią jest nasze bezpieczeństwo. Na wojnie granice między strefą bezpieczną, a niebezpieczną praktycznie nie istnieją albo bardzo szybko się zacierają, zwłaszcza teraz, gdy pole walki jest zdominowane przez drony. W medycynie pola walki mamy strefę samopomocy i strefę opieki nad poszkodowanym, ale ciężko zaznaczyć, gdzie ta granica przebiega. Powtórzę: obecność dronów wszystko zmienia.
Reklama
Potrzebne jest przestawienie myślenia z sytuacji, w której jestem bezpieczny, mam zaplecze i raczej nie spodziewam się zagrożenia, na wariant, w którym nigdy nie wiem, co się wydarzy, a druga strona wcale nie musi respektować moich praw. Takie są wnioski z różnych pól walki, bo życie ludzkie nie dla wszystkich ma wartość. Mamy informacje o tym, jak postępuje się dziś z jeńcami, wiemy też, do jakich okrucieństw potrafią się posunąć ludzie w trakcie wojny. Próba przestawienia sposobu myślenia w zakresie bezpieczeństwa i przesunięcia granic mentalnych będzie zatem naszym największym wyzwaniem, tak aby ludzie byli w stanie działać w określonych wojną warunkach.
Taka konfrontacja może być elementem, z którym nie każdy będzie w stanie sobie poradzić. Stąd w ramach medycyny pola walki zajęcia z psychologiem, a później wykorzystanie zdobytej wiedzy w określonych warunkach w trzecim semestrze, by pokazać ludziom, że nie zawsze jest bezpiecznie. To ta pierwsza rzecz, później dochodzą procedury, które nie zawsze są zgodne z uprawnieniami. W trakcie pokoju pewnych rzeczy nie wykonujemy. W trakcie działań wojennych może się okazać, że zostałem do pewnych rzeczy przygotowany, zostałem przeszkolony, a wykonanie danej procedury będzie procedurą ratunkową dla żołnierza czy osoby cywilnej, która nie może być ewakuowana. Może bowiem się okazać, że wykonanie na przykład drenażu klatki piersiowej czy fasciotomii jest zabiegiem, który pacjenta uratuje i da mu szansę na przeżycie.
Reklama
Sposobem jest takie przygotowanie symulacji, w ramach których będą działać ratownicy i wywieranie takiej presji czasowej, niekoniecznie fizycznej, ale głównie czasowej, żeby motywować tych ludzi do innego niż zwykle działania. Oczywiście, możemy imitować środki pozoracji pola walki, co też będziemy robić.
Kwestie czołgania się, wprowadzania czynników takich jak zimno, błoto czy woda, wreszcie kwestie użycia środków pozoracji pola walki, czyli granatów hukowych lub granatów dymnych, które powodują, że koncentracja z pacjenta bardzo szybko przenosi się na to, co dzieje się wokół, może spowodować, że ludzie, których będziemy szkolić, chociaż częściowo oswoją się z potencjalnym zagrożeniem i będzie im łatwiej skupić się na pacjencie.
Reklama
Przykładem jest nasza współpraca z Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym w Częstochowie. Od trzech lat, w ramach symulacji medycznej przy współpracy z załogami śmigłowców Powietrznej Jednostki Operacji Specjalnych z Powidza, przewozimy do nich pacjentów. Na początku, gdy lądowaliśmy po raz pierwszy, na wszystkich największe wrażenie zrobił wielki śmigłowiec Mi-17, dający mnóstwo wrażeń słuchowo-obrazowych. Natomiast dziś, gdy wspólnie zrobiliśmy już blisko dziesięć ćwiczeń, dla personelu, który przejmuje pacjenta, śmigłowiec nie jest już istotny. Skupiają się na pacjencie, na tym, co się wydarzyło i wchodzą płynnie w symulację.
Z reguły obrażenia wojenne to tak zwana multitrauma, co oznacza pacjentów z wieloma obrażeniami różnego typu. Niejednokrotnie wszystkie te obrażenia zagrażają bezpośrednio życiu pacjenta i trzeba wybierać, co w pierwszej kolejności zrobić: co pozwoli mu przeżyć, a co można robić w dalszej kolejności. Tu może występować pewna zbieżność z tym, co dzieje się na ulicach czy drogach w kontekście zdarzeń komunikacyjnych, z którymi – jako ratownicy medyczni dyżurując w zespołach ratownictwa medycznego czy na SOR-ach – mamy na co dzień do czynienia. Zdarzają się takie przypadki, które bardzo przypominały to, z czym możemy się spotkać w działaniach wojennych.
Reklama
Tworząc symulacje, jesteśmy ograniczeni tym, co daje nam sprzęt, na którym pracujemy. Mamy dedykowane symulatory, choć oczywiście nigdy nie zastąpimy sytuacji, w której ratujemy prawdziwego poszkodowanego – osobę, którą faktycznie boli i która potrzebuje naszej pomocy. Może więc pojawić się problem z pełnym odwzorowaniem. Bardziej chodzi jednak o to, by uczyć ludzi pamięci mięśniowej i pokazywać sposoby radzenia sobie z tym, jak tego pacjenta zabezpieczyć. Zakładamy, że wówczas jest szansa na wypracowanie takich mechanizmów postępowania, które pozwolą zabezpieczyć w pierwszej kolejności najgroźniejsze obrażenia i to mimo jego krzyku. Ten czynnik zewnętrzny w postaci krzyku musimy odsunąć na bok i skupić się na tym, co pacjenta faktycznie zabija. Chcemy uczyć, że pacjent jest dla nas istotny jako całość, choć może sygnalizować pewne zmienne, które nie wykluczają innych zagrażających mu obrażeń, o których istnieniu jeszcze nie wie. Jako medycy nie możemy poddać się działaniu pobudzonego pacjenta.
Dla nas najistotniejszy jest element związany z ewakuacją. Najpierw kwestia pierwszorzędna, czyli zabezpieczenia obrażeń, a później przygotowanie pacjenta do ewakuacji w miejsce, w którym zostanie mu udzielona pomoc specjalistyczna. Wojna w Ukrainie pokazuje, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, ile czasu dany pacjent będzie miał na to, żeby go ewakuować. Są różne kierunki, z których te wojenne doświadczenia pobieramy. To Izrael, gdzie pomimo konfliktu, działa normalnie ewakuacja medyczna drogą lotniczą. To są wnioski z Afryki, gdzie zespoły badawcze, na przykład amerykańskie, które swoją wiedzą dzieliły się w tym roku na konferencji w Stanach Zjednoczonych, na której mieliśmy okazję być, podkreślają jak ważny jest triaż.
Reklama
To też będzie wplecione w proces nauczania, żeby umieć wyciągać z grupy osób poszkodowanych tych, którzy mają jeszcze tą chwilę oraz tych, którzy już tej chwili nie mają. Chodzi czasami o ułamki sekund, kiedy trzeba różnicować pacjenta w stanie zagrożenia życia. Dla mnie osobiście istotnym elementem, który wyciągamy z wojny na Ukrainie jest również kwestia tak zwanej opieki przedłużonej, czyli czasu, w którym zostajemy z pacjentem na wiele godzin, czasami dni i musimy się pacjentem zaopiekować. To kwestia procedur, które są wtedy wdrażane czy dostarczania sprzętu, który został zużyty i trzeba go uzupełnić. To dostępność krwi i osocza, które możemy pacjentowi podać. To wreszcie kwestia zabiegów, które jesteśmy w stanie wykonać: czy ratownik medyczny będzie w stanie zrobić rzeczy, które na co dzień robi anestezjolog? Staramy się mocno wchodzić w takie sytuacje i korzystając na przykład z konferencji międzynarodowych zdobywać potrzebne informacje.
Mamy w jednostce przygotowany program szkoleniowy, który jest dedykowany ratownikom medycznym. Program trwa sześć miesięcy, a jego elementem jest epizod związany z ewakuacją medyczną, który – jak wspomniałem – ćwiczymy we współpracy ze szpitalem w Częstochowie. Sześciomiesięczne szkolenie jest tak skonstruowane, by przygotowało operatora-medyka do działań w ramach opieki przedłużonej. Krok po kroku pokazujemy, czym ta opieka przedłużona jest i jak się do niej przygotować. W ramach tego szkolenia współpracujemy ze Śląskim Uniwersytetem Medycznym. Instruktorzy z Centrum Symulacji Medycznej, pomagają we wprowadzeniu poszczególnych etapów szkolenia i przygotowują scenariusze różnych akcji. Gdy pojawił się pomysł studiów, być może dla ŚUM nasza Jednostka była najlepszym wyborem.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze