Pacjenci onkologiczni, którzy trafili do warszawskiego szpitala MSWiA, musieli płacić nawet 20 tysięcy złotych za operację wykonywaną robotem. Choć placówka jest finansowana z publicznych środków, od chorych oczekiwano “darowizn” na leczenie. Kontrowersyjne praktyki ujawnili dziennikarze.
Najpierw prywatna wizyta u konkretnego, bardzo znanego lekarza, której koszt wynosił 1150 zł, potem szybki termin operacji. To, czy była ona wykonana metodą tradycyjną, czyli z dużym przecięciem powłok brzusznych czy bardziej precyzyjnie za pomocą nowoczesnego robota, zależało już od pacjenta. A dokładnie od tego, czy wyłoży na tę operację 20 tysięcy złotych. Oczywiście nie tak wprost. Trzeba było wpłacić tę kwotę fundacji przyszpitalnej. sprawa dotyczy pacjentów, chorujących na raka trzustki, jednego z nowotworów, w których czas jest na wagę złota.
Chorzy na raka trzustki, którzy chcieli być operowani nowoczesnym robotem da Vinci w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA, musieli wpłacać po kilkadziesiąt tysięcy złotych na fundację działającą przy szpitalu. Za procederem stał prof. Marek Durlik – szef jednej z klinik i przewodniczący rady naukowej placówki. Do takich informacji dotarli dziennikarze Rynku Zdrowia i Wirtualnej Polski.
Z relacji pacjentów wynika, że kto nie zapłacił darowizny, ten najczęściej był operowany metodą klasyczną – bardziej inwazyjną i trudniejszą do zniesienia. „Od Zakopanego do Sopotu” – tak o tradycyjnym cięciu miał mówić sam prof. Marek Durlik. Tymczasem operacje przy pomocy robota są znacznie mniej obciążające dla chorych.
Narodowy Fundusz Zdrowia pokrywa koszty klasycznych operacji trzustki. Za droższe zabiegi robotyczne różnicę powinna pokrywać placówka. Żadne przepisy nie pozwalają na to, by szpital oczekiwał wpłat od pacjentów w zamian za dostęp do nowocześniejszego leczenia. Tymczasem śledztwo ujawniło nagranie, na którym prof. Marek Durlik wprost mówi o konieczności wpłaty ok. 20 tys. zł do fundacji, by operacja mogła się odbyć za pomocą robota.
Według ustaleń dziennikarzy, około 80 proc. przychodów fundacji (pochodzących głównie z wpłat pacjentów) było przekazywane na sprzęt dla szpitala. Reszta trafiała m.in. na zagraniczne wyjazdy dla lekarzy, organizację imprez, pomoc Ukrainie, a także... na ekspresy do kawy dla personelu.
Po publikacji materiału dziennikarskiego, sprawą zainteresowało się Ministerstwo Zdrowia, kontrolę zapowiedział NFZ, a MSWiA przekazało informacje do Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Sam instytut odciął się od działań prof. Marka Durlika, podkreślając, że są one dla kierownictwa „głęboko oburzające i całkowicie nieakceptowalne”.
Prof. Marek Durlik w rozmowie z dziennikarzami przyznał, że wszyscy w szpitalu wiedzieli o wpłatach, a taka praktyka wynikała z braku pieniędzy na operacje robotem. Zaznaczył, że być może sposób formułowania próśb był niefortunny, ale zdarzało się, że operował także tych pacjentów, którzy nie wpłacili darowizny. Zapewnił również, że sam nie przyjął z tych pieniędzy ani złotówki.
- Mogliśmy albo prosić pacjentów o wpłaty, albo przestać operować; nie było pieniędzy na narzędzia do operacji. O wszystkim wiedział poprzedni dyrektor, wiedział też obecny dyrektor. Wszyscy wiedzieli - powiedział prof. Marek Durlik.
Reklama
Sprawę skomentowała m.in. ministra zdrowia Izabela Leszczyna.
- To niedopuszczalne. Nie może być tak, że pacjent korzystający z usług publicznego szpitala, operowany na publicznym sprzęcie przez lekarza opłacanego ze środków publicznych, musi dopłacać do operacji - powiedziała.
Miłosz Anczakowski, wiceprezes NFZ także odniósł się do tej sytuacji. Uznał, że działania prof. Durlika były naganne i niemające żadnych podstaw w prawie. Przypomniał, że szpital ma obowiązek dobrać sposób działania do potrzeb pacjenta bez oczekiwania od niego jakichkolwiek dopłat, szczególnie przy tak wrażliwym, trudnym leczeniu jak guzy trzustki.
Wiesław Szczepański, wiceminister spraw wewnętrznych nazwał całą sytuację "skandalem". Minister przekazał sprawę szefowi CBA, by przeanalizować, czy jest to działanie o charakterze korupcyjnym.
Konstanty Szułdrzyński, wicedyrektor ds. medycznych Państwowego Instytutu Medycznego MSWiA:
- Bulwersujące i nieakceptowalne. Zapewniam wszystkich pacjentów: Państwowy Instytut Medyczny MSWiA nie żąda od nikogo opłat za leczenie, także to najnowocześniejsze. Przypadek kliniki kierowanej przez prof. Durlika jest jednostkowy. Dyrekcja nic nie wiedziała na temat tego procederu.
Reklama
Fundacja działająca przy Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA w Warszawie, miała w ostatnich latach znaczące wpływy. W 2022 roku jej przychody wyniosły 2,4 miliona złotych, a w 2023 – 2 miliony. Choć nie ma jeszcze danych za 2024 rok, w dokumentach dostępnych w Krajowym Rejestrze Sądowym, można znaleźć informacje, że zdecydowana większość tych środków pochodziła od osób fizycznych.
W 2022 roku z 2,4 mln zł aż 1,85 mln pochodziło z darowizn od osób prywatnych, a w 2023 roku – 1,6 mln z 2 mln zł. Nie wiadomo jednak, jaka część tej kwoty pochodziła od pacjentów, którzy chcieli być operowani robotem da Vinci przez prof. Marka Durlika. Śledczy ustalili, że osoby te były instruowane, by oznaczać przelewy jako „darowizna na cele statutowe dla transplantologii”.
W 2023 roku fundacja przekazała łącznie 2,4 miliona złotych na działalność statutową, czyli przede wszystkim na potrzeby szpitala MSWiA. Z tej kwoty 1,65 mln zł zostało przeznaczone na sprzęt dla bloku operacyjnego robotyki, używanego właśnie w klinice chirurgii gastroenterologicznej i transplantologii, którą kieruje prof. Marek Durlik. Na same narzędzia do operacji robotem da Vinci przeznaczono 245 tysięcy złotych.
Środki fundacji szły również na wyjazdy kadry naukowej na konferencje zagraniczne – m.in. do Bostonu, Mediolanu i Wiednia – oraz na publikacje naukowe. Kupiono także dwa ekspresy do kawy (jeden za ponad 8 tysięcy złotych), papier do ksero i sfinansowano inne potrzeby szpitala. W 2022 roku fundacja przeznaczyła m.in. 70 tys. zł na jubileusz 70-lecia placówki, 100 tys. zł na pomoc Ukrainie (w tym zakup ambulansu), 115 tys. zł na remont dachu jednej z poliklinik oraz dziesiątki tysięcy złotych na meble i łóżka dla pacjentów.
Choć siedziba fundacji mieści się w tym samym budynku co szpital – przy ul. Wołoskiej 137 w Warszawie – MSWiA podkreśla, że nie ma wpływu na jej działania. Władze szpitala zapewniają, że fundacja została założona przez osoby prywatne i funkcjonuje jako niezależny podmiot. Szpital nie ma możliwości ani powoływania, ani odwoływania członków jej zarządu, ani sprawowania nadzoru.
Mimo to, na terenie szpitala – w tym przed wejściem do kliniki kierowanej przez prof. Marka Durlika – znajdują się plakaty zachęcające do przekazywania darowizn na rzecz fundacji. To właśnie te wpłaty, według ustaleń dziennikarzy, mogły być warunkiem uzyskania nowoczesnej operacji robotycznej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze