- W przyszłym tygodniu resort zdrowia wyśle wniosek o wpis do porządku obrad Stałego Komitetu Rady Ministrów rozwiązania, które umożliwi zbieranie informacji o wynagrodzeniach przypisanych do PESEL-u i numeru prawa wykonywania zawodu. Medycy mogą pracować w kilku podmiotach, a my chcemy wiedzieć, jak kształtują się zarobki – zapowiada wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka.
Zarobki w ochronie zdrowia, zwłaszcza lekarzy, to gorący temat. Dyskusja na ten temat zaczęła się, gdy Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) przedstawiła dane, z których wynika, że mediana kontraktu lekarza specjalisty we wrześniu 2024 r. wyniosła 24,6 tys. zł brutto, choć w rzeczywistości wielu lekarzy podpisuje jednocześnie kilka umów z różnymi placówkami.
Bardziej jednak wybrzmiała inna informacja: dane AOTMiT pokazują, że 1 proc. najwyżej opłacanych kontraktów lekarskich to umowy o wartości od 100 do 300 tys. zł miesięcznie. Takich umów było we wrześniu 2024 r. aż 431. Prezes AOTMiT, Daniel Rutkowski, mówił wprost, że w Polsce jest ok. 450–500 lekarzy, których dochody w przeliczeniu na etat przekraczają 100 tys. zł miesięcznie.
- Od sześciu lat standard rachunku kosztów pokazuje, że koszty wynagrodzeń w poszczególnych placówkach znacznie się różnią. W niektórych ten udział to np. 60 proc. Poziom wydatków na wynagrodzenia to kwestia bezpieczeństwa, bo szpital oprócz finansowania wynagrodzeń musi kupować leki, wyroby medyczne – mówi dziś wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka w wywiadzie udzielonym Polskiej Agencji Prasowej.
Przypomnijmy, że kilka miesięcy temu w resorcie zrodził się pomysł, żeby prawnie ograniczyć zarobki lekarzy. Padła propozycja, żeby miesięczne zarobki lekarzy kontraktowych mieściły się w przedziale od 38 do 48 tys. zł. Ministerstwo Zdrowia tłumaczyło wówczas, że właściwie jest to postulat strony społecznej – pracodawców, dyrektorów szpitali.
Wówczas środowisko lekarskie mocno protestowało i tłumaczyło, że cząstkowe dane o zarobkach nie oddają rzeczywistości. Że pensje wielu medyków nie są tak wysokie, jak krążące o nich legendy.
O tym rozwiązaniu nie ma już śladu. Są za to inne propozycje. PiS oraz partia Razem (niezależnie od siebie) chcą zmusić lekarzy do dokonania wyboru: albo praca w sektorze prywatnym, albo w publicznej ochronie zdrowia.
Takie posunięcie nie ma na razie szans powodzenia. Ze strony ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy pada inna propozycja. Chodzi o możliwość wprowadzenia procentowego limitu w budżecie szpitala, który mógłby być przeznaczany na wynagrodzenia.
Jasnej deklaracji w tej sprawie ze strony Katarzyny Kęckiej nie ma, ale mówi:
- W przyszłym tygodniu resort zdrowia wyśle wniosek o wpis do porządku obrad Stałego Komitetu Rady Ministrów rozwiązania, które umożliwi zbieranie informacji o wynagrodzeniach przypisanych do PESEL-u i numeru prawa wykonywania zawodu. Medycy mogą pracować w kilku podmiotach, a my chcemy wiedzieć, jak kształtują się zarobki.
To, że będą protesty środowiska medycznego, jest niemal pewne. Jednak wiceminister tłumaczy:
- To kwestia przejrzystości. Dane będą podstawą dla ewentualnych rozwiązań i mechanizmów kształtowania wynagrodzeń.
Reklama
Ministerstwo Zdrowia ocenia, że wkrótce sytuacja na rynku pracy się zmieni. Kierunki lekarskie od kilku lat ma coraz więcej uczelni niemedycznych. Ich mury opuszczą kolejni absolwenci.
- Za pięć lat będziemy mieli w systemie więcej lekarzy niż potrzeby wynikające z niektórych modeli popytowo-podażowych opartych o równoważnik etatu. Podnosi się mocno, że lekarze pracują nawet po 300 i 500 godzin w miesiącu. Jednak młodzi lekarze nie chcą pracować więcej niż 160 godzin. Bierzemy to pod uwagę. Dlatego oceniamy aktualne limity przyjęć na kierunki lekarskie jako optymalne w perspektywie najbliższych lat. Planujemy też działania, które powinny poprawić dostępność do lekarzy specjalistów w miejscowościach położonych z dala od dużych miast wojewódzkich – mówi Katarzyna Kęcka.
Reklama
To jednak nie wszystko, bo dodaje, że można ograniczyć zarobki, a właściwie licytowanie się szpitali na wysokość pensji, dzięki zmianom w zarządzaniu kadrami.
- Temu, między innymi, służą procesy konsolidacji. Oprócz profilowania świadczeń, tak by szpital odpowiadał na rzeczywiste potrzeby pacjentów w regionie i by oddziały się nie dublowały, konsolidacja ma spowodować to, że szpitale nie będą między sobą rywalizować na rynku pracy o medyków. A jak wiemy, braki kadrowe są kluczowe w kształtowaniu wynagrodzeń – mówi wiceminister Kęcka.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze