Kolejny rok w ochronie zdrowia kończymy z nowymi twarzami w resorcie i niezmiennym zestawem problemów systemowych. Brak strategii, chaos decyzyjny, narastające koszty prywatne pacjentów i coraz słabsze zaufanie społeczne pokazują, że personalne zmiany nie przekładają się na realną reformę - pisze w felietonie Anna Gołębicka, ekonomistka Centrum Adama Smitha, członkini Rady NFZ.
No i skończyliśmy kolejny rok w „zdrowiu”. Z nową Panią minister, nową wiceminister i nowym wiceministrem, oraz zestawem innych „nowych”. Mamy też „starych”, a dobrych oraz starych, a dobrze się mających. Ci ostatni spoglądając na świat z churchillowską pewnością siebie i strzepując popiół z cygara, wprawiają się w tym jak kochać ministrów, którzy tak szybko odchodzą i betonować świat, w którym jakoś tam się już umeblowali. I tyle u nich z Churchilla.
Jesteśmy po dwóch nowych szczytach i wciąż ze starymi problemami. W kasie ciągle za mało, ale za to bardzo intensywnie rośnie nam ilość chaotycznych i zewsząd płynących „pomysłów na”.
Zagubiony w systemie pacjent i sfrustrowana rodzina dowiedziały się w tym roku jednie, że to lekarze są winni tej zapaści, więc rów braku zaufania mamy większy, mity i przekłamania latają i konszą niewinnych jak komary w letni wieczór nad jeziorem, a kolejka jak stała tak stoi.
Segment prywatny zaciera łapki ze szczęścia jak ładnie ktoś mu grunt przygotował, a nawet rzec można, że i obsiał. W Narodowym Rachunku Zdrowia z 2025 roku policzono, że w 2024 na segment niepubliczny wydaliśmy 64,5 mld zł. W 2025 będzie więcej. Gdy idąc do specjalisty nam pacjentom wydaje się, że w ten sposób bierzemy sprawy w swoje ręce to jest to z naciskiem na wydaje się. Prywatny portfel obywatela udźwignie kilka wizyt, ale największe koszty zaczynają się na poziomie szpitala. No i tego już portfel nie udźwignie. Dlatego tu płacimy nie na siebie, ale na wszelki wypadek. Niestety solidaryzm to jakoś mało popularne słowo w świecie, gdzie „obchodzenie” wciąż świadczy o sprycie obchodzącego, a nie o jego o nieuczciwości.
Podobnie „Magiczne wrota” u czarodzieja, co w koszcie wizyty intencjonalnie zabierze na skróty do publicznej placówki niby bulwersują, a ciągle działają. Dlaczego? To proste. Jak udowodnisz intencję, skoro wielu z tych pacjentów ma wskazania i jak ich przekonasz, żeby nie korzystać z tego typu mechanizmu – jak czasem to najkrótsza droga?
Dalej leczymy jedną chorobę, a nie jednego pacjenta. Jak pacjent jest wielochorobowy – ma pecha. Tuła się jak piłka wyrzucana po odbiciu na inne boisko. Jak mawiał klasyk – taki mamy… system. Płaci się placówce za jedno najdroższe, a nie za wszystko.
POZ niby pacjentom jest znany, ale jakoś bez zrozumienia jego funkcji i możliwości (tak mówią badania). A i on sam rozpędził się, aby zaciągnąć hamulec. Stanął nie spełniwszy optymistycznie zapowiadanych obietnic o powszechnej koordynacji, co byłoby realnym światełkiem w tunelu kolejki i pogubienia.
Porad, badań i recept za to mamy, że ho, ho. Porady 300 milionów plus, recepty wystawione dawno przekroczyły 500 milionów plus.
Szpital w każdej miejscowości przestaje być synonimem gwarancji zdrowia, bo same mury i sprzęt nie wyleczą. Potrzeba jeszcze adekwatnie wykwalifikowanej kadry, dobrych lekarzy, diagnostów, zaangażowania, a nie gonienia za procedurami. Ale przecież szpital w powiecie to kiełbasa wyborcza i miejsca pracy więc, warto jednak go mieć? I tu od razu przepraszam tych samorządowców, którzy chcą faktycznie reformy, nowego podejścia i efektywnej opieki dla swoich mieszkańców, ale na przykład inny właściciel podobnej placówki z okolicy lub lokalny organ wiadomo czego jest jak ściana albo „Miś”. Na miarę naszych czasów.
O polskim API jak nie było mowy tak i nie ma, bo w sumie po co komu myślenie strategiczne.
Leki to u nas kiełbasa wyborcza, a nie infrastruktura krytyczna.
Nauka. No właśnie co mamy dla publicznego pacjenta z wydatków publicznych na naukę w zdrowiu? Wiem. Rozdanie nagród!
A i na koniec -jak można było zilustrować powiedzenie o słoniu w składzie porcelany, to się udało resortowi idealnie w kontekście relacji z zawodami medycznymi i słynnej ustawy „pijarowo” nazwanej podwyżkową. Gdyby się kiedyś coś tak dało szybko naprawić, jak to jeszcze bardziej zepsuć, to byłoby fajnie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze