W przyjętej przez Sejm 28 lipca ubiegłego roku ustawie o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta nie ma klauzuli „no fault”. Lekarze protestowali przeciwko jej wprowadzeniu ze względu na raportowanie i to, że zaproponowana forma była niewystarczająca. Jednak dyskusja na temat odpowiedzialności za błędy medyczne wciąż trwa. politykazdrowotna.com rozmawia o tym z dr. Robertem Mołdachem, prezesem Instytutu Zdrowia i Demokracji oraz Jakubem Adamskim, dyrektorem Departamentu Współpracy w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta.
Błędy się zdarzają we wszystkich dziedzinach. Jednak gdy wpływają na ludzkie zdrowie i życie, baczniej się im przyglądamy. Lekarze, z racji wykonywanych obowiązków i towarzyszących im okoliczności, częściej są na takie błędy narażeni, te z kolei obciążają ich psychicznie. Kto jednak ponosi za nie odpowiedzialność i jakim zakresie? Czy w przypadku błędów medycznych należy szukać winnego, czy wystarczy, że wypłaci się za nie odszkodowanie? Czy zgłaszanie błędów jest w naszej kulturze pracy postrzegane jako donoszenie? I czy medycy będą chcieli zgłaszać błędy, jeśli będą ich za to spotkać reperkusje? Materia jest delikatna, a pod uwagę należy wziąć względy nie tylko prawne, psychologiczne, ale i kulturowe. W dyskusji o błędach medycznych pojawiają się stale dwa pojęcia: no fault, czyli nieszukania winnego (postuluje ją Naczelna Izba Lekarska, niestety w tej dyskusji nie chcieli wziąć udziału) oraz just culture oznaczające kulturę sprawiedliwego traktowania. Tę klauzulę proponuje zaś m.in. dr Robert Mołdach, prezes Instytutu Zdrowia i Demokracji. Oba terminy pochodzą z języka angielskiego i ich znaczenie warto przybliżać nie tylko profesjonalistom.
- Aby zrozumieć różnicę między pojęciami, musimy zrozumieć ich źródła. Zacznę od no-fault. Jest pojęciem, które zrodziło się w dyskusji o odszkodowaniach dla pacjentów za zdarzenia medyczne. Chodziło o to, żeby bez orzekania o winie, bo tak tłumaczymy pojęcie no fault, pacjent mógł sprawnie i szybko dostać odszkodowanie, które z jednej strony byłoby formą zadośćuczynienia, a z drugiej pozwoliłoby na podjęcie intensywnej opieki medycznej, dającej szansę szybciej powrócić do zdrowia. Czyli wypłacamy odszkodowanie, bez określenia, kto zawinił w danej sytuacji – tłumaczy dr Robert Mołdach, prezes Instytutu Zdrowia i Demokracji.
- No fault oznacza, że nie czekamy z wypłatą odszkodowania na orzeczenie o winie, ale nie oznacza, że zwalniamy z odpowiedzialności za dane zdarzenie. Choć system taki ma na celu ograniczenie lub eliminację potrzeby wnoszenia pozwów cywilnych istnieją kraje, gdzie no fault funkcjonuje równolegle z tradycyjnym systemem odpowiedzialności cywilnej, pozwalając pacjentom na wnoszenie pozwów w pewnych okolicznościach – dodaje Robert Mołdach.
Ekspert tłumaczy od razu, na czym polega zasada „just culture”, czyli kultura sprawiedliwego traktowania.
- Historia just culture ma swoje korzenie w sektorach wysokiego ryzyka - lotniczym, naftowym, gazowym, transportowym, kosmicznym. Zaliczę do nich także system ochrony zdrowia. W tych sektorach zastanawiano się, w jaki sposób podnieść bezpieczeństwo. Od lat 70. i 80. zeszłego stulecia dochodziło do tragicznych wydarzeń, w których ginęły setki osób, a skutki niektórych katastrof wpływały na życie tysięcy kolejnych. Wszyscy zadawali sobie pytania, co należy zrobić, żeby tak wielkie katastrofy się nie przytrafiały. Wtedy zrozumiano, że podstawową sprawą jest wiedza o zdarzeniach, które zaszły i że mogło do nich dojść. I wówczas pojawiło się to, co dzisiaj nazywamy zgłaszaniem zdarzeń. Potem zadano drugie pytanie: co robić, by do nich nie doszło powtórnie. Należy w tym celu w taki sposób budować atmosferę pracy, w której ludzie nie będą obawiali się zgłaszania zdarzeń. I tak pojawiło się hasło just culture, czyli kultury sprawiedliwego traktowania – wyjaśnia Robert Mołdach.
- No fault i just culture mają zastosowanie do trochę różnych rzeczy. Jeśli chodzi o no fault, co było widać przy okazji dyskusji między RPP a NIL, jest to pojęcie węższe. W no fault mówimy najczęściej o konkretnej sytuacji. W przypadku błędu medycznego nie ma winy, nie szukamy winnego. Rekompensata dla pacjenta należy się niezależnie od tego, czy ktoś zawinił w danej sytuacji, czy zdarzenie medyczne miało miejsce ze względu na jakieś okoliczności zewnętrzne – wyjaśnia Jakub Adamski, dyrektor Departamentu Współpracy w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta. - Nie wskazujemy winnego i go nie szukamy, bo uznajemy, że pacjentowi należy się rekompensata już z tytułu zaistnienia wystąpienia samego zdarzenia. Problem z korzystaniem z pojęcia „no fault” polega na tym, że jako zwrot obcojęzyczny może być różnie interpretowany – m.in. pojawia się w publicznej dyskusji szerokie rozumienie obejmujące faktyczne zwalnianie z odpowiedzialności – dodaje Jakub Adamski.
Działanie to trzeba rozpatrywać w szerszym kontekście. Robert Mołdach podaje konkretny przykład.
- Jeśli np. młody lekarz, zostanie postawiony w sytuacji nieodpowiadającej jego umiejętnościom i dotychczasowemu doświadczeniu i popełni błąd, to należy to rozpatrywać w warunkach, w jakich przyszło mu podejmować działania. W przypadku zdarzenia w szpitalu trzeba sobie zadać pytanie, dlaczego do takiego zdarzenia doszło. Co takiego się dzieje w szpitalu, kto stworzył takie warunki pracy lekarza i kto zorganizował w taki sposób system. Wtedy poszukuje się osób najpierw w organizacji, potem osób, które są odpowiedzialne za to, że doszło do takiej sytuacji – mówi Robert Mołdach, wyjaśniając, jak analiza zdarzenia powinna wyglądać z punktu widzenia just culture.
Nasuwają się skojarzenia z badaniem katastrof lotniczych, gdzie analizuje się nie tylko działanie pilotów, ale także warunki, w jakich przyszło im podejmować decyzje i konkretne działania. Czy to był błąd ludzki, systemowy czy techniczny i kto jest za niego odpowiedzialny?
- Tak, w kulturze sprawiedliwego traktowania podstawowym pytaniem jest, co zaszło, a nie kto jest winien. Co więcej, nie będzie się poszukiwało winy u danej osoby, ale przede wszystkim w całym ciągu zdarzeń i warunków, które do tej sytuacji doprowadziły. Jako przełom w myśleniu o kulturze sprawiedliwego traktowania podaje się jako przykład pierwszą katastrofę promu kosmicznego, gdzie najpierw oczywiście winnych poszukiwano wszędzie, a potem się okazało, że prom był błędnie zaprojektowany. Zastanawiano, czy to inżynierowe są winni, że go błędnie zaprojektowali, a może też jest winna jakaś forma nadzoru, że ktoś dopuścił do tego, by prom źle zaprojektowany otrzymał zgodę na wykorzystanie w misji. Winne wtedy okazały się błędne rozwiązania uszczelnień w rakietach nośnych. Tylko co takiego zaszło, że nikt na ten oczywisty błąd wcześniej nie zwrócił uwagi! – przypomina Robert Mołdach.
Jak wyjaśnia ekspert, błąd w kulturze sprawiedliwego traktowania można też porównać do złożonych wielu kartek, które próbujemy przebić ołówkiem. Aby doszło do powstania dziur w ostatnich kartkach, czyli do ostatecznego zdarzenia, muszą powstać lub być wcześniej obecne dziury w poprzednich warstwach. Trzeba na to patrzeć jak na całość. Trudno więc winić tylko tego człowieka, np. lekarza, na końcu całej kaskady zdarzeń, które doprowadziły do błędu. W wielu przypadkach odpowiedzialni są też ci, którzy organizują mu pracę, zapewniają warunki pracy i narzędzia, opracowują procedury diagnostyczne czy lecznicze w podmiocie leczniczym. A na końcu tego łańcucha również wszyscy, którzy za tę opiekę płacą i powinni wymagać przestrzegania standardów, czyli Narodowy Fundusz Zdrowia.
- Jeśli coś jest błędnie zorganizowane na poziomie Narodowego Funduszu Zdrowia, systemu, podmiotu leczniczego, dyrekcji szpitala, kierowników odpowiednich działów, to trudno stawiać pod ścianą wyłącznie lekarza i mówić „jesteś winny, bo nie zareagowałeś we właściwy sposób”. Dlatego powiedziałem, że sprawiedliwe traktowanie polega na proporcjonalnym traktowaniu przypadku lekarza do sytuacji, w jakiej się znalazł i do tego, kto do tej sytuacji doprowadził – precyzuje Robert Mołdach.
Jakub Adamski zgadza się, że należy analizować zdarzenie medyczne, po to, by nie dopuścić do pojawienia się kolejnych, podobnych. Jednak brak szukania winnego może tylko pomóc w tej analizie.
- W postępowaniu o świadczenie kompensacyjne nie identyfikujemy winnego. To ma wiele uzasadnień. Po pierwsze chcemy, by pacjent świadczenie kompensacyjne uzyskał, bo przecież poniósł szkodę. W przeszłości pacjent często nie otrzymywał rekompensaty tylko dlatego, że stwierdzenie związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy nieprawidłowym działaniem a szkodą było niezwykle trudne. Kluczową przesłanką jest również fakt, że systemowi ochrony zdrowia – wszystkim interesariuszom – większą korzyść przynosi nie karanie, a unikanie podobnych sytuacji w przyszłości. Badania prowadzone na całym świecie pokazują, że zdarzenia niepożądane zdarzają się regularnie – w niektórych krajach mogą dotknąć nawet kilkanaście procent hospitalizowanych - mówi Adamski.
- Co ważniejsze jednak, te same badania pokazują również, że około połowy z tych zdarzeń można byłoby uniknąć. Na zapobieganiu zdarzeniom niepożądanym korzystają wszyscy – pacjenci unikający szkody, personel medyczny pracujący w lepszych warunkach, podmioty lecznicze stanowiąc lepsze miejsce pracy, a także cały system ochrony zdrowia - bo wszyscy ponosimy koszty leczenia i konsekwencje zdarzenia. Zależy nam, by zlikwidować te 50% zdarzeń, których można by uniknąć – dodaje Jakub Adamski.
Reklama
Zastosowanie żadnej z tych zasad nie wyklucza drugiej. Żadna z nich nie wyklucza też pociągnięcia do odpowiedzialności np. w przypadkach popełnienia przestępstwa - tu eksperci się zgadzają, jednak podkreślają istotne różnice.
- Spojrzenie według reguł no fault zawęża dyskusję o tym, w jakich warunkach się takie zdarzenie wydarzyło. I choć pomaga je zarejestrować, nie wspiera poznania głębszych przyczyn. Zaś kultura sprawiedliwego traktowania pozwala spojrzeć na całość tego procesu, kaskadę warunków i zdarzeń – przekonuje Robert Mołdach.
Reklama
- To wyszło przy dyskusji o ustawie o jakości – dyskusja była na dwóch poziomach. Jednym – odpowiedzialności, drugiej – raportowania zdarzeń niepożądanych. I tu pojawia się pytania, co zrobić, by personel medyczny chciał je zgłaszać? Musi czuć się bezpiecznie, raportując. I znów, jak to zrobić, by tak się czuł? Raportowanie jest po to, by ktoś mógł usiąść i przeanalizować zdarzenie, by ono się więcej nie zdarzało. Jakie procedury zapobiegawcze wdrożyć, jakie przepisy zmienić lub wprowadzić nowe, by ta sytuacja nie powtórzyła się w przyszłości? Pierwszym krokiem jest zapewnienie, że nikt nie poczuje się pokrzywdzony, że personel będzie sprawiedliwie traktowany – mówi Jakub Adamski.
Jakub Adamski i Robert Mołdach zgadzają się co do tego, że często trudno jest wskazać winnego. I większości pacjentów nie zależy na tym, by lekarza karać. Jednak zależy im na tym, by wyjaśnić, co się stało i otrzymać rekompensatę, potrzebną do naprawienia poniesionej szkody. Po to właśnie powstała Fundusz Kompensacyjny, działający od 2023 r.
- W postępowaniu o świadczenie kompensacyjne zbieramy informacje niezbędne do ustalenia czy zdarzenie medyczne miało miejsce i staramy się wypłacić świadczenie. Nie próbujemy wskazać winnych. Trochę inną kwestią jest zwolnienie z innych rodzajów odpowiedzialności. Przy ustawie o jakości trwała dyskusja, jak szerokie ma być to zwolnienie z odpowiedzialności. Wśród dyskutowanych propozycji, znalazły się głosy by „no fault” było równoznaczne ze zwolnienie personelu medycznego również z odpowiedzialności karnej. Pytanie jest zatem o granice, jakie stawiamy członkom personelu medycznego. Dyskutowaliśmy również o innych istotnych kwestiach – czy zgłaszanie zdarzenia niepożądanego może być anonimowe, czy ustalenia Rzecznika można wykorzystać w innym postępowaniu? Jednocześnie, gdy chcemy myśleć o just culture trzeba rozważyć czy proponowane rozwiązania zapewnią, czy osoba, która zgłosi zdarzenie nie zostanie poddana ostracyzmowi i nie otrzyma łatki donosiciela. Czy będzie czuła się bezpiecznie w miejscu pracy? Wszystkie osoby powinny być traktowane w odpowiedni, sprawiedliwy sposób. Jeśli ktoś popełnił czyn zabroniony, umyślny, powinien ponieść odpowiednią karę, ale z drugiej strony sprawiedliwym jest odmienne potraktowanie personelu, gdy każdy dochował należytej staranności, a gdy do zdarzenia doszło, zostało ono zgłoszone i wyciągnięto z niego wnioski na przyszłość. – wyjaśnia Jakub Adamski.
Robert Mołdach uważa, że są placówki, które starają się wdrażać system sprawiedliwego traktowania. Ale żeby była wiedza o tym, co zaszło, personel musi czuć się bezpiecznie. Czyli nie tylko chodzi o to, aby system raportowania formalnie powstał w szpitalu, tylko żeby ludzie nie obawiali się zgłaszać do niego zdarzenia. Jakub Adamski dodaje, że przydałoby się raportowanie centralne. W niektórych przypadkach, pierwotną przyczynę zdarzenia można łatwiej zidentyfikować, gdy pojawi się ona w różnych sytuacjach czy różnych podmiotach. Jednocześnie raportowanie i analiza centralna pozwala na łatwiejsze dzielenie się wiedzą – tak by inne podmioty mogły korzystać z wypracowanych rozwiązań. W tym przypadku warto korzystać z doświadczeń innych państw – np. skandynawskich, państw których od dawna funkcjonują rejestry centralne, uzupełniające działania podejmowane na poziomie poszczególnych ośrodków.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze