Niepłodność dotyka coraz większej liczby par w Polsce i bywa jedną z najtrudniejszych życiowych prób. Często wymaga nie tylko odwagi, ale też wytrwałości i zaufania do specjalistów. Za każdym udanym leczeniem stoi nie tylko medycyna i liczby, lecz także emocje, relacja partnerów oraz codzienne decyzje, które nie zawsze są łatwe.
Bohaterowie naszej rozmowy dobrze to wiedzą, przez wiele miesięcy starali się o dziecko, a gdy naturalne próby nie przynosiły efektu, zdecydowali się na leczenie w Warszawskim Centrum Leczenia Niepłodności (WCLN). Tam, pod opieką zespołu lekarzy, embriologów i pielęgniarek, przeszli pełną procedurę In vitro. Dziś, patrząc na swoje dziecko, mówią otwarcie o doświadczeniach, które doprowadziły ich do rodzicielstwa.
To szczera opowieść o nadziei, trudnych chwilach i sile wzajemnego wsparcia. Historia, która pokazuje, że z pomocą specjalistów i dzięki własnej determinacji można przejść przez leczenie niepłodności i spełnić marzenie o rodzinie. O wspólnej z mężem drodze do rodzicielstwa rozmawiamy ze szczęśliwą mamą Elżbietą Latoszek-Banachowicz.
politykazdrowotna.com: Kiedy pojawiła się w Waszym życiu myśl o dziecku i jak wyglądały pierwsze starania o ciążę?
Elżbieta Latoszek-Banachowicz: Ja i mój mąż zawsze wiedzieliśmy, że chcemy zostać rodzicami. Każde z nas ma rodzeństwo i oboje marzyliśmy, żeby stworzyć podobną, pełną ciepła rodzinę. Jesteśmy razem od 2009 roku i często rozmawialiśmy o dzieciach, ale długo odwlekałam decyzję o macierzyństwie. Chciałam najpierw skończyć studia, rozpocząć pracę, zdobyć doświadczenie. Nie zdawałam sobie sprawy, jak szybko ucieka czas.
W 2021 roku wzięliśmy ślub, kupiliśmy nasze pierwsze mieszkanie i wtedy poczuliśmy, że nadszedł moment, by powiększyć rodzinę. Zaczęliśmy starania, początkowo nieco „na luzie”, bez większej presji. Z czasem jednak coraz bardziej kontrolowaliśmy dni płodne, coraz mocniej angażowaliśmy się w próby… ale mimo to nic się nie działo.
P.Z.: Czy pamiętacie moment, w którym zdecydowaliście się poszukać pomocy lekarskiej?
E.L-B.: Tak. Po kilku miesiącach bez efektu zaczęliśmy się niepokoić. Regularnie odwiedzałam ginekologa, który zapewniał mnie, że wszystko wygląda dobrze, ale brakowało nam odpowiedzi na pytanie: dlaczego nie wychodzi? Wtedy po raz pierwszy poczuliśmy lęk, że coś może być nie tak. Pod koniec 2022 roku podjęliśmy decyzję, że musimy zrobić krok dalej i udać się do specjalistów od leczenia niepłodności.
P.Z.: Jak przebiegała diagnostyka? Co było dla Was największym wyzwaniem? Jakie informacje od lekarzy na początku leczenia okazały się najważniejsze?
E.L-B.: Mąż znalazł dr Damiana Warzechę i od razu poczuliśmy, że trafiliśmy w dobre ręce. Na pierwszej wizycie doktor bardzo szczegółowo przeanalizował moją dokumentację i zlecił badania. Drożność jajowodów wyszła prawidłowo, badanie nasienia u męża również było bardzo dobre. Z jednej strony odetchnęliśmy z ulgą, z drugiej pojawiło się pytanie: skoro wszystko jest w porządku, to dlaczego wciąż się nie udaje?
Doktor wspomniał o in vitro, ale doradził, żebyśmy jeszcze spróbowali naturalnie. Posłuchaliśmy, choć każdy kolejny miesiąc bez upragnionych dwóch kresek stawał się coraz trudniejszy. Najcięższa była właśnie ta niepewność i poczucie bezsilności.
P.Z.: Dlaczego zdecydowaliście się zgłosić do Warszawskiego Centrum Leczenia Niepłodności (WCLN) i co miało dla Was kluczowe znaczenie przy wyborze ośrodka?
E.L-B.: Latem 2024 roku postanowiliśmy wrócić do doktora Damiana. Okazało się, że pracuje już w WCLN. To była dla nas oczywista decyzja - chcieliśmy kontynuować leczenie właśnie z nim, bo od początku traktował nas indywidualnie, z troską i pełnym zaangażowaniem. Czuliśmy, że nie jesteśmy kolejną parą „z problemem”, tylko dwojgiem ludzi, którzy naprawdę są wysłuchani. Już na pierwszej wizycie w WCLN podjęliśmy decyzję o in vitro, to był dla nas ogromnie emocjonujący moment, pełen nadziei, ale i strachu.
P.Z.: Jak zapamiętaliście opiekę zespołu specjalistów WCLN? Co szczególnie Wam pomogło w całym procesie leczenia?
E.L-B.: Opieka była po prostu niezwykła. Od doktora Damiana, przez pielęgniarki, aż po panie w recepcji, każdy traktował nas z życzliwością, cierpliwością i uśmiechem. Szczególne wsparcie dała mi pani Eliza, pielęgniarka, która krok po kroku uczyła mnie, jak wykonywać zastrzyki. Dzięki niej poczułam, że dam radę, mimo że zawsze panicznie bałam się igieł. Ta ludzka strona - empatia, ciepło i zrozumienie - były dla nas bezcenne.
P.Z.: Jak wyglądały kolejne etapy procedury: od stymulacji, przez punkcje i transfer, aż po oczekiwanie na pozytywny wynik testu ciążowego i finał ciąży?
E.L-B.: Pierwsza wizyta w WCLN odbyła się 29 sierpnia 2024 roku, a już 12 listopada podeszliśmy do transferu. Dla mnie stymulacja była najtrudniejsza codzienne zastrzyki, strach przed igłami, poczucie, że to „coś większego ode mnie”. Ale mąż wspierał mnie na każdym kroku, a dzięki pomocy pani Elizy i cierpliwości całego zespołu udało mi się przez to przejść.
Punkcja jajników budziła we mnie ogromny lęk, nigdy wcześniej nie byłam pod narkozą. A jednak wszystko przebiegło sprawnie i bez komplikacji. Ku naszej radości uzyskaliśmy aż 5 zarodków. Niestety, na transfer musieliśmy poczekać miesiąc i znów pojawiła się niepewność.
Sam transfer przebiegł spokojnie, ale najgorsze były kolejne dni. 10 dni oczekiwania na wynik betahCG - to było najdłuższe 10 dni w naszym życiu. Zrobiłam domowy test wcześniej i zobaczyłam bladą kreskę, serce podskoczyło z nadziei, ale prawdziwa radość przyszła dopiero, gdy lekarz potwierdził ciążę.
P.Z.: Co było najtrudniej w drodze do rodzicielstwa i jak sobie z tym radziliście?
E.L-B.: Najtrudniejsza była ciągła niepewność, czy to się uda, czy nie będzie komplikacji, czy damy radę psychicznie, jeśli coś pójdzie nie tak. Ratowało nas to, że byliśmy w tym razem. Wspieraliśmy się nawzajem, płakaliśmy razem i razem wierzyliśmy, że szczęście w końcu do nas przyjdzie.
P.Z.: Pamiętacie moment, w którym dowiedzieliście się, że się udało. Jakie emocje wam wtedy towarzyszyły?
E.L-B.: To był 22 listopada 2024 roku. Dzień, którego nie zapomnę nigdy. Byłam w klinice od rana, czekając na wynik betahCG. Serce biło mi jak szalone, a w głowie kotłowały się najgorsze scenariusze. Kiedy pani doktor uśmiechnęła się i powiedziała: „Ma pani piękny wynik, to ciąża”, łzy popłynęły mi ciurkiem. Zadzwoniłam od razu do męża - wciąż stojąc w gabinecie - i razem płakaliśmy ze szczęścia. To był najpiękniejszy poranek w naszym życiu.
P.Z.: Co najbardziej Was zaskoczyło, kiedy zostaliście rodzicami. Jakie uczucia dziś Wam towarzyszą?
E.L-B.: Największym zaskoczeniem była siła miłości od pierwszego spojrzenia. W chwili, gdy nasza córeczka Nela przyszła na świat, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nagle cały świat skupił się w jej oczach. Każdy dzień z nią to dla nas cud i spełnienie największego marzenia.
P.Z.: Jaką najważniejszą radę chcielibyście przekazać parom które dopiero zaczynają leczenie niepłodności i starania o potomstwo?
E.L-B.: Przede wszystkim nigdy się nie poddawajcie. Walczcie o swoje marzenia, bo rodzicielstwo jest czymś, czego nie da się porównać z niczym innym. Nie ma powodu, by wstydzić się korzystania z pomocy medycyny. To dar naszych czasów, że mamy taką szansę. Jeśli marzycie o dziecku - idźcie po to marzenie. Bo nic na świecie nie zastąpi spojrzenia własnego dziecka, które widzi w Was cały swój świat.
Materiał powstał we współpracy z WCLN.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze