Współczesna kardiologia dziecięca coraz częściej balansuje między nowoczesnymi, małoinwazyjnymi technologiami a sprawdzonymi metodami chirurgicznymi. Równocześnie rośnie znaczenie komfortu psychicznego małych pacjentów i ich rodzin, a Internet staje się głównym źródłem informacji o leczeniu. W rozmowie z Polityką Zdrowotną dr hab. Roland Fiszer opowiada o wyzwaniach leczenia wad serca u dzieci, granicach innowacji i odpowiedzialności lekarzy.
Choroby serca u dzieci to jedna z najbardziej wymagających dziedzin współczesnej medycyny - zarówno pod względem klinicznym, jak i emocjonalnym. Wiele wad serca wymaga interwencji już w pierwszych miesiącach życia, a decyzje terapeutyczne muszą uwzględniać nie tylko skuteczność procedur, lecz także długofalowy komfort i bezpieczeństwo dziecka.
W rozmowie z PolitykaZdrowotna.com dr hab. n. med. Roland Fiszer opowiada o tym, jak dziś wybiera się między chirurgią a kardiologią interwencyjną, dlaczego nie każda nowoczesna technologia jest rozwiązaniem dla każdego pacjenta oraz jak zmienia się podejście do dobrostanu psychicznego dzieci i ich rodziców.
PolitykaZdrowotna.com: Kardiologia interwencyjna pozwala dziś na wykonywanie zabiegów przezkórnych, które kiedyś wymagały otwartej operacji. Jak Pana doświadczenie pokazuje, czy większy nacisk powinniśmy kłaść na minimalną inwazyjność procedur, czy na sprawdzone, tradycyjne metody chirurgiczne, jeśli chodzi o bezpieczeństwo i komfort małych pacjentów?
Dr hab. Roland Fiszer: Tak naprawdę nacisk powinniśmy położyć przede wszystkim na to, aby pacjent był zabezpieczony w najlepszy możliwy sposób, jaki oferuje nam obecnie medycyna. W niektórych przypadkach oznacza to chirurgię i wyłącznie chirurgię. W innych sytuacjach do wyboru pozostaje albo chirurgia, albo zabiegi interwencyjne - i bardzo często decyzja ta zależy od doświadczenia danego ośrodka. Są też przypadki, w których najlepszym wyborem będzie tylko i wyłącznie interwencja. Trudno więc jednoznacznie powiedzieć, którą z tych procedur należy wykonać w danym momencie.
ReklamaWiemy natomiast, że zabiegi interwencyjne niosą ze sobą istotne korzyści dla pacjenta - przede wszystkim są mniej obciążające, nie wymagają otwarcia klatki piersiowej, dlatego zazwyczaj rodzice częściej skłaniają się ku takim rozwiązaniom. Trzeba jednak podkreślić, że istnieją zabiegi, w których takie postępowanie jest po prostu niemożliwe. Zdarza się również, że chirurg musi ściśle współpracować z kardiologiem i wówczas wykonujemy zabiegi interwencyjne z otwarcia klatki piersiowej, ponieważ umożliwia nam to uzyskanie właściwego dostępu do miejsca, które chcemy zabezpieczyć.
PZ: Dzieci są wyjątkowymi pacjentami - reagują emocjonalnie inaczej niż dorośli, a jednocześnie szybciej się regenerują. Czy Pana zdaniem współczesna kardiologia powinna jeszcze bardziej uwzględniać aspekt psychologiczny dzieci podczas zabiegów, czy raczej skupiać się na technologii i procedurach?
R.F.: Nie, oczywiście nie możemy skupiać się wyłącznie na technologii, bo nie jesteśmy maszynami - tak samo jak mali pacjenci, u których wykonujemy zabiegi, również nie są urządzeniami. Tak naprawdę naszym celem nie jest samo wykonywanie zabiegów, lecz poprawa komfortu życia tych młodych ludzi. Dlatego jak najbardziej to dobro pacjenta jest w tym przypadku najważniejsze a zabiegi są niejako inwestycją w ich przyszłość. Oczywiście dobro pacjenta zależy także od technologii, jaką jesteśmy w stanie wykorzystać. Jeśli mamy mniejsze koszulki, lepsze cewniki, lepsze balony czy większą dostępność urządzeń, to robimy to wyłącznie po to, aby poprawić wyniki zabiegów, a w konsekwencji także dobrostan pacjenta.
Równie istotny jest dla nas komfort psychiczny - pacjenci są mniej traumatyzowani i mają coraz lepsze warunki leczenia. Dzieci i rodzice przebywają w coraz lepszych warunkach na oddziałach, rodzice mogą być przy nich obecni wspierając nas w ich leczeniu. Zdecydowanie więc zmierzamy również w kierunku poprawy dobrostanu psychicznego pacjentów.
Reklama
PZ: Praca w Niemczech i Wielkiej Brytanii pozwoliła Panu zobaczyć różne modele opieki nad dziećmi z wadami serca. Czy uważa Pan, że polska kardiologia dziecięca powinna podążać bardziej za międzynarodowymi standardami, czy lepiej rozwijać własne, dostosowane do lokalnych realiów rozwiązania?
R.F.: To są trudne pytania, bo w gruncie rzeczy borykamy się z problemami, z którymi zmaga się dziś cała Europa - one nas absolutnie nie omijają. W praktyce czerpiemy z różnych modeli, czasem z jednego, czasem z drugiego. Medycyna niemiecka jest skonstruowana w sposób bardzo hierarchiczny, Układ zależności służbowych jest tam silnie zaznaczony, co często oznacza dla pracowników konieczność daleko idącego podporządkowania. Jest jeden szef, który w zasadzie zarządza wszystkim, co bywa trudne w codziennej pracy. Model angielski wygląda inaczej. Tam funkcjonują równolegli konsultanci - każdy z nich ma własną grupę pacjentów i dużą autonomię w ich leczeniu. Oczywiście oba systemy mają swoje zalety i wady. Wydaje mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby czerpanie z obu modeli - tego, co w nich działa najlepiej. To pozostaje jednak dużym pytaniem, zwłaszcza w kontekście relacji zawodowych i zmian, z jakimi mierzą się kształcący się lekarze.
Reklama
PZ: Z jednej strony mamy klasyczne zabiegi chirurgiczne i przeszczepy serca, z drugiej coraz bardziej zaawansowaną kardiologię inwazyjną i interwencyjną. Jak Pan widzi balans między potrzebą innowacji a koniecznością stosowania metod sprawdzonych naukowo?
R.F.: To duży problem, który wynika m.in. z kwestii certyfikacji sprzętu. Sprzęt stosowany w pediatrii jest używany bardzo rzadko, czasem w jednostkowych przypadkach lub w minimalnej liczbie zabiegów w skali Europy lub nawet świata. To powoduje ogromny problem, ponieważ firmy nie inwestują ani nie chcą certyfikować takiego sprzętu - nawet jeśli go posiadają - bo po prostu nie przynosi im zysków. Firmy nastawione są na rentowność. Jeżeli muszą wydać miliony na certyfikat, a sprzęt wykorzystuje się tylko w jednostkowych przypadkach nikt nie jest tym zainteresowany. W efekcie my jesteśmy pozbawieni sprzętu, który mógłby być dedykowany do konkretnych procedur.
Reklama
PZ: Z czego korzystają lekarze?
R.F.: Używamy innego sprzętu - przeznaczonego dla dorosłych lub używanego w innych specjalnościach - aby wypełnić tę lukę. W praktyce oznacza to stosowanie sprzętu w sposób off-label, czyli bez formalnej certyfikacji dla dzieci lub określonych procedur. Wiemy jednak, że w taki sposób leczenia jest najlepszy spośród dostępnych nam opcji z wiedzy czerpanej m/in ze zjazdów naukowych również międzynarodowych. Oczywiście istnieją publikacje naukowe, które potwierdzają skuteczność takich rozwiązań, ale zawsze istnieje ryzyko powikłań lub braku optymalnego efektu. Powołane są komisje etyczne, ale one zwykle nie opiniują pojedynczych przypadków klinicznych, a zajmują się badaniami naukowymi czy eksperymentalnymi procedurami. To komplikuje nasze działania w praktyce.
Reklama
PZ: Jak więc zbalansować innowacyjność z metodami sprawdzonymi?
R.F.: Staramy się wykonywać zabiegi w sposób jak najbardziej bezpieczny dla pacjenta, a jednocześnie podejmujemy kroki, aby formalnie uregulować stosowanie takiego sprzętu w Polsce. Obecnie pracujemy nad naszym stanowiskiem w tej sprawie i próbujemy wpływać również na opinię społeczną.
PZ: Internet jest dziś pierwszym miejscem, do którego rodzice sięgają po informacje o zdrowiu i leczeniu dzieci. Jak można pomóc im odróżnić rzetelną wiedzę medyczną od treści wprowadzających w błąd?
R.F.: Rzeczywiście, poruszanie się przez rodziców pacjentów w gąszczu informacji pozyskiwanych w Internecie i mediach społecznościowych jest bardzo trudne. W chwili obecnej w Polsce obowiązuje zakaz reklamy usług medycznych. Jednocześnie różnego rodzaju media społecznościowe oraz zamieszczane w nich treści bywają często mylące dla pacjentów.
Niestety swoją cegiełkę dokładają do tego również lekarze, którzy na profilach własnych lub swoich instytucji w sposób często ponadprzeciętny relacjonują swoją pracę, mieszczącą się w zakresie standardowych obowiązków. Być może wynika to czasem z neofickiej nadgorliwości, a czasem z rzeczywistej chęci podzielenia się radością z osiągnięcia, które wydaje się niezwykłe, choć w istocie bywa po prostu zwyczajne.
ReklamaOsobiście uważam jednak, że powściągliwość w upublicznianiu własnych sukcesów jest cnotą człowieka skromnego, a dobra jakość pracy obroni się sama. Stara zasada, że dobry produkt nie wymaga reklamy, w przypadku medycyny nadal powinna obowiązywać. Być może moja opinia wynika również z mojego podejścia — sam nie posiadam kont i nie jestem aktywny w mediach społecznościowych.
Rodzicom natomiast gorąco zalecałbym, aby nie ulegali emocjom, krytycznie oceniali oraz weryfikowali wpisy, na które natrafiają w Internecie. Prośba o numer telefonu i szczera rozmowa — telefoniczna lub bezpośrednia — z innymi rodzicami, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji, może pomóc w zweryfikowaniu takich informacji. Pomocne mogą być również organizacje zrzeszające pacjentów lub ich rodziców, które często umożliwiają poznanie doświadczeń osób, które wcześniej poszukiwały pomocy dla swojego dziecka z chorobą serca.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze