Rząd zamierza zająć się pensjami lekarzy. Ma to być lek na brakujące miliardy złotych w budżecie NFZ. Ale sami lekarze wskazują, że problem leży gdzie indziej.
Kilka tygodni temu głośno było o Wojewódzkim Szpitalu w Bielsku-Białej, a właściwie o tym, że szuka lekarza medycyny ratunkowej i proponuje wynagrodzenie w wysokości od 72 240 zł do 108 tys. zł miesięcznie brutto. Już same kwoty robiły wrażenie, ale jeszcze większy – fakt, że nie było chętnych.
Dyskusja o tym, że w Polsce lekarze zarabiają za dużo, wybuchła w marcu. Wówczas właśnie Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji przedstawiła raport, z którego wynikało, że 431 lekarzy w Polsce zarabia miesięcznie od 100 tys. do nawet 300 tys. zł. Co więcej, te dane obejmowały aż 90 proc. publicznych szpitali w kraju.
I od razu sami lekarze zaczęli tłumaczyć, że sytuacja nie jest taka, na jaką wskazują statystyki, a zarobki są bardzo zróżnicowane.
Nie jest też żadną tajemnicą, że w budżecie Narodowego Funduszu Zdrowia brakuje pieniędzy. Mowa o 14 mld zł w tym roku i wiadomo, że w przyszłym także zabraknie środków.
„W związku z tym rząd analizuje możliwość wprowadzenia górnego limitu wynagrodzeń dla medyków finansowanych ze środków publicznych. Obecnie w służbie zdrowia obowiązuje jedynie dolna granica zarobków. Minister zdrowia, Jolanta Sobierańska-Grenda, oraz doradca społeczny prezydenta, prof. Piotr Czauderna, podkreślają potrzebę ustalenia maksymalnych pensji dla pracowników medycznych” – pisze teraz dziennik.pl.
Reklama
Portal cytuje minister Sobierańską-Grendę:
„Ustawa spełniła swoją rolę, mamy więcej osób zainteresowanych pracą w zawodach medycznych.”
Zgodnie z tymi informacjami rozważane są różne scenariusze, m.in. zamrożenie ustawy na dwa lata, przesunięcie wejścia w życie kolejnej podwyżki o pół roku oraz ustanowienie górnej granicy wynagrodzeń w systemie ochrony zdrowia. Obecnie tzw. ustawie kominowej podlega jedynie dyrektor szpitala lub zarząd.
„Trwają rozmowy z Agencją Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji w sprawie wyceny takiego limitu. Pojawiają się również propozycje, aby wskaźnik podwyżek minimalnego wynagrodzenia pracowników ochrony zdrowia był uzależniony od poziomu inflacji. Wdrożenie zmian w ustawie podwyżkowej wymaga jednak zgody prezydenta Karola Nawrockiego” – czytamy.
Reklama
Tymczasem Jakub Kosikowski, rzecznik prasowy Naczelnej Izby Lekarskiej, w długim wpisie w portalu X tłumaczy, że sprawa jest dużo bardziej skomplikowana.
„Od 2022 roku wiadomo, że budżet NFZ w latach 2024–2027 czekają ciężkie czasy. Dziwnym trafem mimo to sytuacja ta zaskoczyła decydentów i zaczęło się gorączkowe szukanie kasy, bo nagle dotarło, że w 2025 zabraknie 14, a w 2026 – 23+ miliardów złotych (plus, bo dojdzie tyle, ile zabraknie w 2025). Od sasa do lasa czytacie o tym, że winne są rozpasane pensje lekarzy, którzy zjadają pieniądze, które można by wydać na leczenie Polaków, a tak to nie ma, bo konowały zjadły” – pisze lekarz.
Reklama
Dodaje, że szpital otrzymuje pieniądze z NFZ, który płaci po wyleczeniu pacjenta.
„Więc każda złotówka wypłacona personelowi najpierw była zapłatą za leczenie pacjenta. Więc jeśli zamrozimy pensje pielęgniarkom, nie oznacza to, że mniej wydamy na ich pensje i więcej zostanie NFZ na leczenie. NFZ za to leczenie będzie dalej płacił tyle samo, po prostu szpital będzie mieć lepszy wynik finansowy. By NFZ mógł kupić więcej wizyt, potrzebna jest w sumie reforma, na którą się nie zanosi, bo to zbyt duże ryzyko polityczne :) Więc ta zmiana tylko poprawi tabelki w Excelu i osłabi popularność zawodów medycznych wśród studentów” – czytamy we wpisie.
Reklama
Kosikowski tłumaczy, że zamrożenie pensji personelowi medycznemu nie zasypie dziury finansowej w NFZ. Przypomina też, że lekarze na etatach nie zarabiają tak wiele, jak się opowiada. Przytacza, że ok. 15 proc. etatowych specjalistów zarabia pensję minimalną.
„Reszta albo zarabia więcej, albo jest na B2B i ich to ograniczenie pensji na etatach nie dotknie wcale. Więc w imię walki z pensją 100k nie zmieni się nic w kwestii wynagrodzeń lekarza zarabiającego 100k” – pisze rzecznik.
Jego zdaniem trzeba zmienić cały system – łącznie z wysokością składki zdrowotnej, zwiększeniem dostępności do lekarzy, a przez to ograniczeniem prywatnej ochrony zdrowia.
„Dla większości z nas im gorzej w NFZ, tym lepsze zarobki prywatnie. Sorry, ale żaden szpital nie może konkurować z czterema pacjentami po 300 zł za 15 h, z czego my dostaniemy połowę. Jedyny sposób, to wyciąć konkurencję sektora prywatnego. A jak to zrobić? Kupować tyle świadczeń, by nikt nie był zmuszony iść prywatnie albo wcale. Dlatego jak piszecie, że lekarze chcą tylko kasy, to w sumie sam się do siebie śmieję, że mamy najlepszych obrońców naszych interesów na świecie. Bo w moim finansowym interesie jest totalna zapaść NFZ. Niska składka zdrowotna. Byście musieli kupić u mnie wizytę, bo się na NFZ nie dopchacie. Finansowy koszmar to wtedy, kiedy każdy z was może dostać się na leczenie bez problemów. Dlatego nie dajcie się robić w bambuko. To, że zamrożą pensje ratownikom, nie spowoduje, że będziecie mieć mniejsze kolejki. To tylko temat zastępczy, by zrzucić na personel winę za to, że system nie działa, a wy musicie się do niego wpychać z prywaty, by przeżyć” – dodaje Kosikowski.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze