Same podwyżki dla medyków nic nie załatwią. Potrzebna jest reforma systemu, w której medycy mogliby dostać więcej pieniędzy, ale np. w zamian za zobowiązanie do rzetelnej pracy w jednym szpitalu.
„Pacjent ofiarą systemu”, „Pacjent w centrum systemu”- takie oto transparenty można zobaczyć w Białym Miasteczku 2.0, jakie rozstawiło się przed Kancelarią Prezesa Rady Ministrów w Warszawie. Ale jest też hasło: „Samym powołaniem się nie najesz”, które odnosi się do głównego powodu strajku medyków, czyli do postulatu podniesienia płac. Lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni protestują głównie przez to, że są niezadowoleni z rozwiązań jakie przyniosła im ustawa o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia. W tle są trudne warunki pracy.
„Pracuję 300 godzin miesięcznie, aby godnie zarobić”- mówi jeden z protestujących ratowników medycznych. Czy gdyby jednak rząd ewentualnie podniósł stawki medykom, zaczęliby oni pracować mniej ale bardziej efektywnie?
Same podwyżki nie zawsze mają sens
- Tu podwyżki niczego nie rozwiążą. One miałby sens, gdyby faktycznie sprawiły, że medycy będą pracować w jednym miejscu. Ja podniosłem stawki na SOR ponad dwukrotnie w ostatnim czasie, a i tak chętnych brakuje. Ledwo dopinam dyżury - mówi Jerzy Wielgolewski, dyrektor szpitala powiatowego w Makowie Mazowieckim.
Na wielu oddziałach ratunkowych w mniejszych nawet szpitalach lekarz może za godzinę zarobić ok. 250 zł. Dyrektorzy szpitali wskazują, że eskalację roszczeń medyków wywołały dodatki covidowe. Jedni ich w ogóle nie dostali. Zaś u tych, którym je dano, a później odebrano, apetyt się zaostrzył.
Toteż - jak wskazuje Jerzy Wielgolewski- w sąsiednich szpitalach medycy mają takie wymagania, że mało który szpital jest im w stanie sprostać.
Ostatnio taki orzech do zgryzienia miała np. dyrekcja szpitala w Płocku. - Nefrolodzy, urolodzy, pulmunolodzy zażądali 15 tys. zł podstawy. To jest nie do zrealizowania w obecnych warunkach. Można podnosić i podnosić płace, tylko co z tego wyniknie dla pacjenta właśnie? - zastanawia się dyrektor J. Wielgolewski.
Najtrudniej w małych szpitalach
Największe żądania płacowe są właśnie w mniejszych szpitalach, w mniejszych miejscowościach, w których nie ma uczelni medycznej.
- U nas pracują absolwenci uczelni w Lublinie, Białymstoku, Warszawie. Ale borykamy się także z brakami kadrowymi, bo poszukujemy neonatologów, internistów. Same podwyżki nie rozwiązują problemu - wskazuje Paweł Chwaluk, dyrektor ds. medycznych Szpitala Specjalistycznego w Białej Podlaskiej.
Nieoficjalnie wielu dyrektorów wskazuje, że jeśli mają być jakieś podwyżki, powinna za tym iść gruntowna zmiana. Medycy powinni mieć zakaz konkurencji.
Obecnie jest bowiem tak, że obok dużego szpitala profesor, ordynator otwiera sobie gabinet, klinikę i przyjmuje tam pacjentów, których przekierowuje później do szpitala, na oddział na którym pracuje lub którym zarządza. Ostatnio pewna pacjentka opowiadała autorce tegoż artykułu jak poszła do ginekologa, który jest ordynatorem oddziału ginekologiczno-onkologicznego w jednym z warszawskich szpitali. Profesor zbadał pacjentkę metodą palcową, ku jej zdziwieniu nie zrobił nawet USG, gdyż nie miał sprzętu w swoim gabinecie. Zapewnił ją, że się zna, jest rutyniarzem i powinna mu zaufać. Za 15 minut konsultacji pacjentka zapłaciła 400 zł nie dostając nawet paragonu, a gabinet opuściła z diagnozą nowotworu na jajniku i z informacją, że jak najszybciej powinna się poddać operacji w jego szpitalu. Tyle, że kobieta czuła niepokój i poszła do innego specjalisty. Ten po zrobieniu jej USG uznał, że żadnego nowotworu nie ma.
System się rozchwiał
I tu pojawia się problem z konkurencją występujący w wielu miejscowościach. Lekarze dodatkowo dorabiają, są często niedospani, co stanowi zagrożenie dla ich pracy, a także dla pacjenta. W prywatnych gabinetach realizują wizyty, jednak na specjalistyczne i drogie badania, finansowane przez NFZ, kierują do szpitala, w którym pracują.
Dlatego niektórzy menadżerowie szpitali postanowili działać inaczej i wychodzą przed szereg. Zakaz konkurencji wprowadziło Uniwersyteckie Centrum Kliniczne w Gdańsku. Złamanie zakazu konkurencji przez medyka grozi rozwiązaniem kontraktu. Ale w zamian dostali wyższe stawki.
- W ogóle należy się zastanowić nad konsolidacją zasobów kadry specjalistycznej. Powinna być skupiona w dużych jednostkach. Zaś małe szpitale należy przeprofilować tak, aby mogły świadczyć podstawowe usługi dla mieszkańców w najbliższym otoczeniu, na które jest największe zapotrzebowanie lokalne. Wówczas procedury specjalistyczne koncentrowały by się w ośrodkach specjalistycznych - zauważa Marcin Kulicki, prezes Mazowieckiego Szpitala Wojewódzkiego w Siedlcach.
Jego zdaniem to, co obecnie obserwujemy, to "rozedrganie" systemu ochrony zdrowia i brak transparentności. - Łączenie działalności w sektorze komercyjnym i publicznym jest niekorzystne dla systemu. Bo w takich warunkach podwyżki dawane medykom nie poprawią jakości systemu opieki zdrowotnej. Żaden system tego nie wytrzyma. A już wiele zagranicznych systemów, w tym francuski poszły w tym kierunku, że działalności publicznej nie można łączyć z prywatną - wskazuje prezes M.Kulicki.
Czy ujrzymy zatem kolejną powtórkę z rozrywki, w której rząd by ugasić pożar, zamyka usta protestującym dając dodatki na kształt dawnych „zembalowych”, czy weźmie się za poważną reformę systemu? Czas pokaże.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!