Prawnicy już prowadzą pierwsze sprawy o odszkodowania dla zakażonych COVID-19 w szpitalu. Pierwsze takie sprawy wpływają też do rzeczników odpowiedzialności zawodowej w izbach lekarskich.
Szpital tymczasowy w dużym mieście. Dziennie jest kilkadziesiąt zgonów z powodu COVID-19. Najczęściej śmierć zabiera pacjentów młodych, którzy za późno trafili do szpitala i byli na początku leczeni zdalnie.
To tylko jedna z rodzajów spraw covidowych, jakimi zajmują się rzecznicy odpowiedzialności zawodowych w izbach lekarskich.
- Wiem, że do kolegów trafiają takie sprawy. Wyłania się z nich obraz młodych ludzi, którzy zbyt późno trafiają na oddział bo m.in. byli leczeni nieskutecznie zdalnie za pomocą teleporady, nie mogli dostać się na test. Inni z kolei bali się trafić na oddział covid-owy i odkładali czas wezwania karetki, gdyż nie chcieli leżeć w szpitalu w samotności, z dala od bliskich - opowiada Jacek Miarka, prezes Naczelnego Sądu Lekarskiego.
Wskazuje, że w tej chwili w izbach lekarskich rozpatrywane jest trzy rodzaje spraw:
Osób nieskutecznie leczonych zdalnie za pomocą teleporad w POZ. Pacjentów zbyt późno trafiających do szpitala ze strachu i z rozwiniętym COVID-em. Pacjentów, którzy wskutek pandemii i lockdownów zostali pozbawieni dostępu do leczenia, wskutek czego doznali rozsiania nowotworu lub rozległego zawału.Wiele z tych sytuacji kończy się niestety śmiercią.
- Byłem świadkiem dramatycznych rozmów telefonicznych pacjentów z COVID-19 z bliskimi. Ci ostatni dowodzą później, że ich bliski zmarł, gdyż został pozbawiony należytej opieki. Wszystko rozumiem, niemniej jednak wobec dużej ilości chorych w szpitalach, 500-600 zgonów dziennie, niedostatków w ratownictwie medycznym i konieczności zakładania kombinezonów przed wejściem na oddział covidowy, nie da się wszystkim szybko pomóc. Jest nas za mało - uważa Jacek Miarka.
Sprawy o zakażenia w szpitalu
Prawnicy z kolei prowadzą sprawy, w których dowodzą, że zmarli z powodu COVID-10 zostali zakażeni w szpitalu.
-Zwracają się do mnie rodziny pacjentów, którzy zmarli w takich okolicznościach. Zakażenia do jakich dochodzi w szpitalach, to m.in. efekt zaniedbań personelu medycznego. Zgłaszam te sprawy do prokuratury i obecnie toczy się kilka postępowań przygotowawczych - mówi Jarosław Witkowski, radca prawny specjalizujący się w procesach o błędy medyczne.
Najczęściej rodziny zmarłych pacjentów lub tych, którzy doznali rozstroju zdrowia w szpitalu, dokonują zgłoszeń o możliwości popełnienia przestępstwa na podstawie art. 155 kodeksu karnego dotyczącego nieumyślnego spowodowania śmierci czy ciężkiego uszczerbku na zdrowiu z art. 156 kodeksu karnego.
Zakażenie szpitalne, to takie które nastąpiło w trakcie pobytu pacjenta w szpitalu. O ile choroba nie wylęgała się już w momencie przyjęcia. Zakażenie może być też stwierdzone po wypisie pacjenta ze szpitala, jeśli wylęganie się choroby zahaczało o dzień pobytu w szpitalu. Pacjent lub rodzina zmarłego chcąc uzyskać odszkodowanie za zakażenie bądź za śmierć bliskiego czy pociągnąć personel medyczny do odpowiedzialności karnej, musi udowodnić, że szpital ponosi winę za spowodowanie zakażenia. Czyli, że na przykład personel nie przestrzegał reżimu sanitarnego.
- W praktyce jest to bardzo trudne do udowodnienia, choć nie niemożliwe w ekstremalnych sytuacjach. Trudne z powodu ograniczonej wiedzy, jaką nadal mamy na temat tego patogenu i schematów jego leczenia - mówi Jolanta Budzowska, radca prawny i specjalista ds. błędów medycznych, prowadząca też bloga o błędach medycznych.
W czasie epidemii też obowiązują procedury
Zakażenia szpitalne to jedna sprawa. Pacjenci także szukają możliwości walki o odszkodowanie za rozstrój zdrowia czy śmierć pacjenta spowodowane niewłaściwym leczeniem.
- Mimo, że mamy stan epidemii, są określone procedury działania, zasady postępowania. Jeśli z dokumentacji medycznej wynika, że pacjent był odwodniony, to są to dowody zaniedbań. Tak samo jak to, że do respiratora podłączała pacjenta osoba nieprzygotowana do tego, np. rezydent i to wywołało negatywne skutki. Jest to błąd organizacyjny - wskazuje Jarosław Witkowski.
Jego zdaniem, w takich przypadkach medyków, szpitala nie chroni żadna klauzula dobrego Samarytanina, bo do zaniedbań doszło z winy medyków, a klauzula zdejmowałaby odpowiedzialność z nich tylko, jeśli dochodzi do zdarzeń nagłych.
Od ponad roku obowiązują znowelizowane zapisy ustaw związanych z przeciwdziałaniem sytuacjom kryzysowym związanym z wystąpieniem COVID-19. Wprowadziły ona do polskiego porządku prawnego przepisy o tzw. klauzuli dobrego Samarytanina. Tyle, że lekarze liczyli, iż zwolni ich ona z odpowiedzialności za wszystkie nieumyślne błędy medyczne popełnione w czasie epidemii.
Klauzula Samarytanina jest fikcją
Finalnie okazało się, że klauzula owszem zwalnia ich, ale tylko w niewielkim stopniu. Otóż art. 24 wspomnianej ustawy przewiduje, że "nie popełnia przestępstwa nieumyślnego spowodowania śmierci człowieka lub wywołania uszczerbku na jego zdrowiu ten, kto w okresie ogłoszenia stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii, udzielając świadczeń zdrowotnych w ramach rozpoznawania lub leczenia COVID‑19 i działając w szczególnych okolicznościach, dopuścił się czynu zabronionego, chyba że spowodowany skutek był wynikiem rażącego niezachowania ostrożności wymaganej w danych okolicznościach".
W praktyce oznacza to, że przepis zwalniający z lekarzy z odpowiedzialności dotyczy bardzo małej grupy przypadków - dotyczy wyłącznie błędów medycznych popełnionych w ramach rozpoznawania lub leczenia COVID‑19. Oznacza to, że pomyłki w diagnozowaniu i leczeniu objawów czy chorób towarzyszących COVID-19, nie podlegają temu przepisowi.
I tu jest pies pogrzebany. Lekarze są rozczarowani formą w jakiej rząd przygotował klauzulę dobrego samarytanina.
- Czujemy presję i napięcie. Trudno się w takich warunkach pracuje. Jednocześnie rozumiem frustrację pacjentów i ich bliskich, którzy nie dostali się do lekarza czy byli zbyt późno zdiagnozowani - mówi Tomasz Imiela, wiceprezes Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!