Rząd chce podwyższyć przedsiębiorcom, samozatrudnionym składkę zdrowotną do 9 proc. od przychodu, a faworyzuje cały czas rolników. Bogaci właściciele ziemscy nadal będą płacić 1 zł od hektara na zdrowie. Tymczasem ich leczenie jest znacznie droższe.
Premier Mateusz Morawiecki prezentował w środę ponownie część założeń Nowego Ładu. Wkrótce światło dzienne ma ujrzeć 10 projektów ustaw, wprowadzających m.in. zmiany podatkowe.
- Chcemy, żeby ci którzy zarabiają do 10 tys. zł albo byli beneficjentami, albo żeby reforma była dla nich neutralna - mówił szef rządu. Jak wskazał, dopiero ci, którzy zarabiają "15, 20, 25, 30 tys. zł miesięcznie będą trochę dokładać poprzez składkę zdrowotną".
Rząd zatem podtrzymuje pomysł podniesienia składki zdrowotnej do 9 proc. liczonej od przychodu osób prowadzących działalność gospodarczą. Z szacunków GUS wynika, że takich obywateli jest ok. 2 mln w Polsce. Są to lekarze, prawnicy, fryzjerzy, kosmetyczki, budowlańcy czy restauratorzy. W nich uderzą zmiany podatkowe.
Politycznie nie opłaca się podnosić danin rolnikom
Mimo, że przy wcześniejszej prezentacji Polskiego ładu padały argumenty o sprawiedliwości społecznej i tak m.in. tłumaczono konieczność zmian w składce zdrowotnej, to omijana jest kwestia ewentualnego podniesienia składki zdrowotnej dla rolników. Premier Mateusz Morawiecki nawet nie zająknął się na temat jej podniesienia dla tej grupy.
Rolnicy zaś, zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, od lat płacą składkę zdrowotną w wysokość 1 zł od hektara. Co oznacza, że rolnik mający 100 h płaci zaledwie 100 zł miesięcznie. Nie jest tu brana pod uwagę wysokość dochodów z gospodarstwa, więc tyle samo płacą zarówno ci bogatsi, jak i biedniejsi gospodarze.
Z danych KRUS wynika, że liczba ubezpieczonych w KRUS na koniec marca br. wynosiła 1 167 072 osób.
Z kolei dane GUS za 2019 r. wskazują, że dochód przedsiębiorcy rolnego w ub.r. był wyższy niż w 2018 r. o 8,4 proc. i wyniósł średnio 44 217 zł. Korzystnie na sytuację ekonomiczną producentów rolnych, zwłaszcza specjalizujących się w produkcji roślinnej, wpłynął wzrost cen krajowych w 2019 r.
To tylko średni dochód, a wielu jest rolników zarabiających znacznie więcej. Tymczasem wszyscy mają wyliczaną składkę zdrowotną od hektara. Rząd proponuje - tłumacząc to potrzebą bardziej sprawiedliwych zasad - wyliczanie składki dla przedsiębiorców proporcjonalnie od dochodu. Nikt nie zamierza jednak weryfikować dochodów rolników i "sprawiedliwie" wyliczać na tej podstawie składki zdrowotnej.
Dla porównania przedsiębiorca płacący teraz zryczałtowaną składkę zdrowotną w wysokości 380 zł miesięcznie, liczoną do podstawy 75 proc. średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw, zapłaci po zmianach zapowiedzianych w nowym ładzie ok. 1400 zł. Zakładając, że jego przychód wynosi 15 tys. Jeszcze nie wiadomo jak ma być liczona nowa składka. Od dochodu czy przychodu.
Dane jakie prezentują sprawozdania finansowe z działalności NFZ ewidentnie obnażają kto finansuje ochronę zdrowia w Polsce. Otóż ubezpieczeni w ZUS zapłacili w 2019 r. 85 mld zł składki zdrowotnej. Zaś ubezpieczeni w KRUS - zaledwie 3,5 mld zł w 2019 i w 2020 r. Tak wynika z danych przekazanych Polityce Zdrowotnej przez NFZ. 3,5 mld zł płacą zarówno rolnicy, jak też emeryci i renciści pozostający w gospodarstwach rolnych.
- To i tak nie są w całość środki pochodzące od rolników. KRUS jest dotowany - zauważa Łukasz Kozłowski, ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. Wskazuje, że faworyzowanie jednej grupy kosztem drugiej jest sprzeczne z zasadą solidaryzmu.
Koszty leczenia rolników przewyższają ich składki
- Mieliśmy to policzone w NFZ, że koszty leczenia rolników przewyższają kwoty, które wpłacają oni do KRUS tytułem składki zdrowotnej. Rząd swoim działaniem zniechęca do prowadzenia działalności gospodarczej w Polsce. Te zmiany odbiją się także na lekarzach, pielęgniarkach-specjalistkach prowadzących działalność gospodarczą. Będą albo wyjeżdżać, albo nie zechcą brać dodatkowych dyżurów, skoro przyjdzie im płacić wyższe podatki i składki - alarmuje Marcin Pakulski, były prezes NFZ.
Z wstępnych zapowiedzi rządu wynika bowiem, że uderzenie w przedsiębiorców, osoby wykonujące wolne zawody, będzie podwójne. Nie dość, że zapłacą wyższą składkę zdrowotną, to jeszcze nie odliczą jej od podatku.
- Już dziś wielu specjalistów medycznych i tak płaci wyższe składki zdrowotne bo pracują na etat oraz prowadzą działalność gospodarczą, aby przyjmować pacjentów w prywatnych gabinetach. Z obu tytułów płacą składki na zdrowie. Po zmianach uznają, że nie ma sensu tyle pracować. A rząd nie znajdzie wcale specjalistów, aby Polacy mogli leczyć się bez kolejek - dodaje Marcin Pakulski.
Potrzeba ewolucji a nie rewolucji
Oburzenia nie kryje także Małgorzata Gałązka-Sobotka, ekspert ds. ochrony zdrowia Uczelni Łazarskiego i członkini Rady NFZ
- Jeśli mamy podnosić składkę zdrowotną, to powinno to dotyczyć solidarnie wszystkich. Poza tym należy to robić ewolucyjnie, o procent-dwa, a nie podnosić jednej grupie daniny rewolucyjnie - zauważa Małgorzata Gałązka-Sobotka.
Podkreśla także, że system ochrony zdrowia nie jest zreformowany, a rząd w zamian za wyższe daniny nie będzie w stanie zapewnić wyższej jakości opieki zdrowotnej.
Są pieniądze ze składki rentowej
Krytyczna wobec planów rządu jest też opozycja.
- To jest bardzo niesolidarny system. Aby było więcej pieniędzy na zdrowie wystarczy przesunąć do NFZ 2 proc. składki rentowej. Dałoby to w skali roku 15 mld zł więcej na zdrowie. A rencistów i tak nam ostatnio ubyło. Mamy ich już nie 2 mln, a 600 tys. osób - wskazuje Dariusz Klimczak, poseł PSL. Jak podkreśla, z wyliczeń PSL wynika także, iż na zdrowie byłoby więcej pieniędzy gdyby do NFZ trafiały środki z akcyzy na alkohol czy papierosy.
Ponadto opozycja uważa, że czas na podnoszenie składki zdrowotnej nie jest dobry. Zwłaszcza dla małych biznesów, które z powodu pandemii i lockdownu były zamknięte.
- Jestem przeciwnikiem podnoszenia jakichkolwiek podatków i składek, w tym składki zdrowotnej. Okres walki z pandemią nie może być czasem, w którym podnosi się Polakom podatki. Uważam natomiast, że ochrona zdrowia musi stać się priorytetem państwa, czymś co jest wyzwaniem cywilizacyjnym stojącym przed naszym krajem. Dlatego proponuję, aby znieść limity finansowe ze 100 szpitali w Polsce, tak aby można było nadgonić stracony czas w diagnozowaniu i leczeniu np. chorób nowotworowych - uważa Bartosz Arłukowicz, były minister zdrowia.
Zmiany mogą być niekonstytucyjne
Co do tego, że nakłady na system ochrony zdrowia powinny rosnąć, nikt nie ma wątpliwości. Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje, aby składka zdrowotna została zwiększona dla wszystkich obywateli o 0,25 proc.
Zaś Bartosz Arłukowicz wskazuje aby wykorzystać w większym stopniu środki europejskie. - Warto również poszukać pieniędzy na ochronę zdrowia w spółkach skarbu państwa, które wykorzystują majątek państwa do działań stricte politycznych, jak np. kupno przez Orlen mediów lokalnych - dodaje były minister zdrowia.
Co ciekawe Konstytucja w ust. 3 art. 68 wskazuje, że władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku. Nie ma tam żadnej wzmianki na temat szczególnego uprzywilejowania rolników czy innych grup.
Może się więc okazać, że podwyższenie składki zdrowotnej skończy się wnioskiem do Trybunału Konstytucyjnego zainicjowanym przez przedsiębiorców.
Katarzyna Nowosielska, Beata Pieniążek-Osińska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!