Lekarze apelują o nowe przepisy, które mają chronić pacjentów przed pseudolekarzami. Czy takie przepisy są potrzebne? Dlaczego i w jaki sposób prawo może regulować tzw. pseudomedyczny kit – PolitykaZdrowotna.com zapytała prof. Tomasza Pietrzykowskiego, prawnika specjalizującego się w filozofii prawa i bioetyce, kierownika Centrum Badawczego Polityki Publicznej i Problemów Regulacyjnych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.
Prof. Tomasz Pietrzykowski: Bardzo się cieszę, że taki apel został wystosowany. Rolą izb lekarskich jest stanie na straży standardów wykonywania zawodów, a co za tym idzie – na straży interesu i dobra pacjentów. Izby są odpowiedzialne również za to, aby autorytet i zaufanie do wiedzy medycznej nie były nadużywane. A tak właśnie jest w przypadku różnego rodzaju praktyk pseudomedycznych, które zagrażają wielu pacjentom, bardzo często nie potrafiącym odróżnić ziarna od plew. Środowisko lekarskie, reprezentowane przez izby i uczelnie medyczne, jest depozytariuszem fachowej wiedzy, która powinna służyć także ostrzeganiu pacjentów przed szarlatanerią, żerującą na ignorancji, naiwności, a czasem także desperacji ludzi chorych. Dlatego bardzo dobrze, że taki apel się pojawił i przypomniał opinii publicznej o tym kwitnącym interesie pseudomedycznym. Uważam nawet, że izby i organizacje lekarskie powinny być w tych sprawach znacznie bardziej aktywne.
Nie jest to oczywiście zadanie łatwe z wielu różnych powodów. Poczynając od samej terminologii – alternatywnej, niekonwencjonalnej, tradycyjnej czy jeszcze innej „medycyny”. To sugeruje, że istnieje jakaś inne metoda sprawdzenia skuteczności leczenia niż dowody, na jakich opierają się nauki medyczne. Dlatego wolę określenie „pseudomedycyna”, bo ściślej akcentuje ono, że tego rodzaju praktyki raczej udają medycynę, niż są jakimś jej odrębnym rodzajem.
Reklama
Warto też pamiętać, że ściśle naukowe podejście do leczenia, oparte o rzetelnie weryfikowane efekty, jest stosunkowo młode. Odkrycia naukowe składające się na rdzeń współczesnej wiedzy o organizmie człowieka i przyczynach chorób gromadzone były od stuleci, jednak dopiero stosunkowo niedawno doszło do ukształtowania się modelu zawodu lekarza stosującego wyłącznie wiedzę potwierdzoną dowodami naukowymi o odpowiedniej jakości. Jedną z konsekwencji takiego podejścia jest także uczciwe podejście do granic tego, co rzetelna wiedza medyczna jest w stanie osiągnąć w poszczególnych przypadkach.
Mimo ogromnego postępu w diagnostyce i terapii nie zawsze możliwe jest wyleczenie lub zasadnicza poprawa stanu zdrowia. To z kolei bywa niełatwe do zrozumienia i zaakceptowania przez osobę poszukującą cudownego panaceum na chorobę, która ją dotknęła. Paradoksalnie, im bardziej medycyna trzyma się ściśle zasad naukowej rzetelności, tym większe pole pozostawia różnej maści hochsztaplerom przekonującym, że mogą zaoferować to, czego nie potrafi „konwencjonalna” medycyna.
Prof. Tomasz Pietrzykowski: Niestety, tak jak w medycynie nie istnieją żadne zaklęcia, ani czarodziejskie różdżki, powodujące cudowne rozwiązanie problemu, tak nie ma ich też w prawodawstwie. Dlatego tego dość desperackiego wezwania ze strony autorów apelu, o którym rozmawiamy, aby pseudomedycyny po prostu zakazać, nie interpretowałbym dosłownie. Prawo nie jest bowiem wszechmocne, nie wystarczy zadekretować zakaz, aby sprawa została rozwiązana. Zwłaszcza, gdy jest tak złożona, jak zjawisko pseudomedycyny, z jej najrozmaitszymi odcieniami – od zielarstwa, homeopatii, praktyk opartych o chińskie, japońskie czy hinduskie prenaukowe wierzenia, po różnego rodzaju domorosłych odkrywców, uzdrowicieli i dostarczycieli „prozdrowotnych” zabiegów, preparatów czy urządzeń.
Apel izb lekarskich – gdyby rozumieć go dosłownie – postulowałby rozwiązanie, które nazywam modelem prohibicji. Opiera się on na zwodniczo prostym założeniu: jeśli oferowane pacjentowi leczenie jest oparte o rzetelne dowody naukowe – wówczas jest częścią medycyny, a jeśli nie jest – wówczas powinno być niedozwolone i ścigane. To myślenie jest mi bliskie wówczas, gdy odnosić je do ustalania granic tego, co mieści się w pojęciu „medycyny” czy „leczenia”.
Reklama
Powinny być one możliwie ścisłe i obejmować jedynie to, co poparte jest wynikami badań naukowych spełniających odpowiednie standardy jakościowe. Z punktu widzenia regulacji prawnej model prohibicji ani nie byłby skuteczny, ani rozsądny. Zamiast likwidacji tego ogromnego sektora pseudonaukowego biznesu, raczej zepchąłby znaczną jego część do podziemia. Być może jego skala takiego czarnego rynku byłaby mniejsza, ale rozmiar szkód społecznych związanych z jego istnieniem mogłaby nawet wzrosnąć. Tak dzieje się zazwyczaj, gdy prawo usiłuje zlikwidować zakazami działalność, na którą jest realny popyt, a większość zaangażowanych w nie osób nie uważa, że robi cokolwiek złego.
Prof. Tomasz Pietrzykowski: Uważam, że pod pewnymi warunkami dorośli ludzie powinni mieć prawo do decydowania o swoich sprawach, nawet jeżeli mieliby wybierać działanie na swoją niekorzyść. Nie zmuszamy przecież ludzi do leczenia się. Mogą nie podjąć terapii w ogóle lub w dowolnym momencie z niej zrezygnować. Dopuszczamy prawnie mnóstwo zachowań szkodliwych dla zdrowia – od papierosów, przez złe odżywianie się, po narażanie na niebezpieczeństwo w sportach lub innych rozrywkach. Nie zakazujemy zastępowania leczenia modłami i pielgrzymkami do sanktuariów w nadziei cudownego ozdrowienia. Dlaczego mielibyśmy inaczej traktować praktyki pseudomedyczne?
Istotne natomiast jest, aby były to decyzje świadome, podejmowane w warunkach, w których każdy minimalnie rozsądny człowiek mógłby i powinien być w stanie rozumieć, że praktyki takie nie mają żadnej potwierdzonej naukowo skuteczności. Jednakże, jeśli ktoś z całych sił stara się wierzyć w iluzje, żadnym prawem nic na to nie poradzimy. Ono może i powinno dążyć do stworzenia warunków, w których ci, którzy sami nie chcą dać się oszukać, nie padną ofiarą niezawinionej dezinformacją, fałszywej reklamy czy innych pozorów mających sprawiać wrażenie, że pseudomedycyna ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistym leczeniem.
Dlatego od modelu prohibicji wolę rozwiązania prawne, które można by określić modelem „autentycznej autonomii” pacjenta. Prawo powinno chronić przed oszustwem w stopniu, w którym nikt, kto zachowuje elementarny zdrowy rozsadek ma możliwość zorientowania się, z czym i kim ma do czynienia. Usługi oferowane przez różnego rodzaju uzdrowicieli nie powinny móc być nazywane „leczeniem”, „terapią”, jakimkolwiek rodzajem „medycyny”. W każdym miejscu świadczenia takich usług powinna być odpowiednio wyeksponowana informacja, że nie ma naukowych dowodów potwierdzających jej skuteczość w stopniu pozwalającym traktować ją jako element praktyki medycznej.
Reklama
Proszę zwrócić uwagę, że podobne, obowiązkowe ostrzeżenia od dawna muszą być zamieszczane m. in. na opakowaniach niektórych produktów czy w miejscach sprzedaży alkoholu. Pacjent powinien także obowiązkowo potwierdzać na piśmie, że zostały mu takie informacje udzielone i jaki był zakres tych informacji. Musiałoby to mieć formę formularza świadomej zgody, gdzie w sposób szczegółowy, ale równocześnie przystępny dla każdej osoby, opisana jest proponowana usługa oraz korzyści i ryzyko, jakie za sobą niesie – gdy brak jest dowodów naukowych na jej skuteczność. Jeżeli jednak, mimo tego wszystkiego, ktoś nadal będzie uważał, że że ma do czynienia z „udowodnionym naukowo” sposobem leczenia – trudno, państwo zrobiło wszystko, aby go przed tym ustrzec. Reszta jest już kwestią jego wolności i odpowiedzialności za siebie. Prawodawstwo od najdawniejszych czasów respektuje bowiem zasadę, że „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Jednakże, może ona dotyczyć tylko osób, które zostały właściwie uprzedzone. Ważne jest przy tym jednocześnie, aby unikać naiwnego złudzenia, że ten problem może rozwiązać się samoczynnie, dzięki działaniu konkurencji i mechanizmów rynkowym. Odpowiednie regulacje są tu konieczne, bo inaczej będzie tu raczej działała zasada, zgodnie z którą „zły pieniądz wypiera lepszy”.
Prof. Tomasz Pietrzykowski: Moje zdanie jest więc następujące – ani zakaz, ani wiara w zbawienną moc samej wolnej konkurencji. Raczej podejście „dopuszczaj, lecz ostrzegaj”, a przede wszystkim „nie legitymizuj!”. Regulacja, dzięki której pacjent wie, kiedy ma do czynienia z medycyną, leczeniem, terapią czy lekiem, a kiedy proponuje mu się coś, czego skuteczność jest jedynie kwestią jego osobistej wiary. Wiary często irracjonalnej, ale do której każdy powinien mieć prawo. Skoro jednak pseudomedyczny kit nie może być jednak sprzedawany jako odmienny rodzaj „terapii”, to nie może być w żadnym razie autoryzowany przez lekarzy i instytucje medyczne. Takie zjawiska powinny być jednoznacznie piętnowane i zwalczane przez samorząd lekarski oraz instytucje państwa. Noblesse oblige. Za absolutnie skandaliczne uważam, że Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów zdarzało się, że zamiast włączać się do ochrony pacjentów przed oszustwem, podejmował interwencje w obronie pseudomedycyny. Zarzucał samorządowi lekarskiemu, że zwalczając homeopatię stosuje praktyki „monopolistyczne”. Na szczęście sądy nie podzieliły tego kuriozalnego - bo jakże to inaczej nazwać - sposobu myślenia.
Regulacje prawne pseudomedyny w różnych krajach tworzą naprawdę fascynującą mozaikę. Wiele z nich jest wynikiem różnych okoliczności politycznych i historycznych. Przykładem może być, zalegalizowany w Niemczech za czasów narodowego socjalizmu i funkcjonujący do dzisiaj, zawód „heilpraktikera”. W USA pseudomedycyna jest regulowana prawodawstwem poszczególnych stanów, które bywa areną ciągłych zmagań środowisk naukowo-medycznych z bardzo silnym lobbingiem środowisk, dla których praktyki pseudomedyczne są źródłem ogromnych dochodów. W niektórych przypadkach lobbing taki doprowadził do uchwalania przepisów wręcz chroniących lekarzy posługujących się metodami pseudonaukowymi przed odpowiedzialnością zawodową! Wszystko jakoby w imię wolności wyboru i swobodnej konkurencji różnych „podejść” do leczenia.
Ze stosunkowo bliskiego nam otoczenia – interesującym przykładem jest prawo belgijskie. Dopuszcza praktykowanie metod pseudonaukowych, ale nakazuje takim osobom upewnienie się, że pacjent korzysta także z opieki medycznej świadczonej przez lekarza. Gdy pacjent odmawia musi to zostać potwierdzone w jego dokumentacji. Praktyk metod alternatywnych musi także informować lekarza, z którego pomocy korzysta pacjent, o własnej ocenie jego stanu zdrowia. Regulacje te ograniczają najpoważniejsze ryzyko usług pseudomedcznych, jakim jest rezygnacja lub opóźnienie w podjęciu diagnostyki i rzeczywistego leczenia, a w konsekwencji wyrządzenia pacjentowi szkody, która w wielu wypadkach może być nieodwracalna.
Status i regulacja usług pseudomedycznych są sprawą prawodawstwa każdego kraju, a nie regulacji podejmowanych na szczeblu unijnym. Są jednak wyjątki. Należy do nich wspólna, unijna regulacja zasad wprowadzania na rynek leków. I rozwiązania, które w tej dziedzinie obowiązują, są niestety bardzo przychylne dla pseudomedycyny. Przewidują bowiem ułatwienia w rejestracji produktów homeopatycznych i ziołowych. W uproszczeniu mówiąc - dopuszczenie prawdziwego produktu leczniczego musi zostać poparte odpowiednimi badaniami klinicznymi potwierdzającymi jego skuteczność. Produkty „lecznicze” homeopatyczne i ziołowe są z tego obowiązku zwolnione. Wystarczy potwierdzenie bezpieczeństwa ich stosowania. W przypadku „leków” homeopatycznych, a powinienem powiedzieć środków homeopatycznych, jest nim dostateczny poziom rozcieńczenia substancji czynnej, gwarantujący, że nie wywrze ona żadnego wpływu na organizm. W przypadku ziołowych preparatów „leczniczych” – dowód, że są stosowane już na tyle długo, aby mogły być uznane za tradycyjne, a tym samym – sprawdzone w praktyce pod względem ewentualnych efektów niepożądanych. Preparaty takie korzystają zatem z łatwiejszego dostępu do rynku niż prawdziwe leki. Absurd! Prawda?
Wiele spośród najpopularniejszych metod pseudomedycznych opiera się na dalekowschodnich tradycjach religijnych i ludowych. Wśród nich szczególnie powszechnie używana jest chińska akupunktura, oparta o teorię przebiegających przez ciało „meridianów”. Ta postać pseudomedycyny bodaj najsilniej pretenduje do statusu naukowo potwierdzonej metody terapii. Jednakże wnikliwe wczytanie się w badania rzekomo potwierdzające skuteczność akupunktury pokazuje, że król jest w istocie nagi – zwłaszcza gdy wziąć pod uwagę nowsze zaślepione badania, porównujące tę skuteczność z odpowiednio przemyślaną akupunkturą pozorowaną – czyli taką, do której używa się igieł, które w istocie nie przebijają skóry. Dlatego jak określa to jeden z czołowych badaczy pseudomedycyny – akupunktura okazuje się być jedynie „teatralnym placebo”.
Jednakże dla Chin, Indii, Japonii, a także wielu innych krajów, promowanie własnych tradycyjnych metod leczniczych jest sposobem na wzmacnianie dumy z własnej kultury, budowania soft power poza granicami, a czasem także określonych interesów ekonomicznych. Powoduje to silny nacisk, aby prawo traktowało je co najmniej na równi z medycyną zachodnią. Doskonałym przykładem takiej polityki jest właśnie akupuntura, której współczesne znaczenie i popularność są w dużej mierze sprawą świadomych decyzji politycznych podejmowanych przez władze Chin. Podobnie, jak inne metody tradycyjnej medycyny, akupunktura została wcześniej praktycznie zarzucona, jako nieskuteczna, przestarzała i niezgodna z wiedzą naukową. Zakaz jej praktykowania przez oficjalnych lekarzy został wprowadzony w Chinach jeszcze w XIX w. przez słynnego ze swojej mądrości cesarza Daoguang. Renesans zaczęła przeżywać za sprawą decyzji Mao Tse Tunga, podjętej w okresie rewolucji kulturalnej w Chinach pod koniec lat 60. ubiegłego w. Starano się wówczas zwalczać wpływy kapitalistycznego Zachodu, których głównym rozsadnikiem były najlepiej wykształcone elity, w tym oczywiście także lekarskie. W wyniku czystek, zsyłek i masowych mordów, opiekę medyczną nad setkami milionów mieszkańców kraju, zwłaszcza w rejonach oddalonych od centrów, z konieczności oparto o tzw. „bosych lekarzy” i praktykowane przez nich metody medycyny ludowej. Sam Mao w skuteczność akupunktury i innych tradycyjnych terapii zresztą nie wierzył i leczył się w pełni „po zachodniemu”. Natomiast promowanie chińskiej medycyny tradycyjnej stało się z czasem ważnym elementem polityki zagranicznej rządu ChRL, wyrażonym w wielu dokumentach i uchwałach zjazdów rządzącej krajem Komunistycznej Partii Chin. Jak wskazują specjaliści, również z tego powodu we współczesnej chińskiej literaturze naukowo-medycznej niemal próżno byłoby szukać wyników w jakikolwiek sposób podważających skuteczność akupunktury. Co zresztą samo w sobie ją podważa.
Interpretuję słowa profesora Szczepańskiego w ten sposób, że nie może być miejsca na oferowanie ludziom pseudoterapii w taki sposób, aby mogły one udawać rzeczywistą medycynę. W pełni się z tym poglądem solidaryzuję. Jako prawnik dodaję jednak do tego szczyptę sceptycyzmu, co do możliwości przełożenia takiego poglądu na zwodniczo proste postulaty prawne. Łatwo tu bowiem spać z deszczu pod rynnę lub – by użyć bardziej medycznej metafory – leczyć dżumę cholerą.
Przyczyn jest wiele. O jednej z nich już wspomniałem – rzeczywiste możliwości terapeutyczne mają swoje granice. Po ich osiągnięciu niewiele więcej da się dla chorego zrobić i uczciwie stawiający sprawę lekarze muszą poinformować o tym pacjenta lub jego bliskich. Szarlatani nie mają takich skrupułów i na ogół w każdej sytuacji dbają o roztaczanie i podtrzymywanie wszelkiego rodzaju złudzeń, co do cudownych właściwości oferowanych przez nich remediów. Przedstawiają postęp choroby i kolejne objawy jako dowód na „oczyszczanie się organizmu z toksyn”, są niestrudzeni w sprzedawaniu swojej wiary. A wielu najbardziej zdesperowanych chorych jest, co poniekąd naturalne, najbardziej podatnych na tego rodzaju nadzieje i trudno ich o to winić. Ponadto, współczesna wiedza medyczna jest trudna i hermetyczna, dlatego dla wielu osób kuszące są proste wyjaśnienia, w których ich stan wynika z „zaburzenia równowagi” takich czy innych czynników, zakłóceń „przepływu energii”, „zalegania toksyn” etc. Niezdolność zrozumienia skomplikowanych przyczyn własnej choroby samo w sobie bywa źródłem stresu, na który odpowiedzią dla wielu mogą bywać proste, pseudomedyczne opowiastki. Usługi takie i świadczące je osoby bywają też znacznie łatwiej dostępni niż wybitni specjaliści prawdziwej medycyny, miewają też dla swoich pacjentów, czy należałoby raczej powiedzieć – klientów, znacznie więcej czasu i cierpliwości. Ich podejście jest też pozbawione techniczno-biurokratycznego obciążenia, która bywa zmorą współczesnej praktyki lekarskiej, także zresztą dla samych lekarzy. Dodałbym do tego jeszcze aurę tajemniczości i egzotyki roztaczaną wokół niektórych typów pseudomedycyny, która dla części ludzi może także być pociągająca. Nie całkiem bez winy jest także samo środowisko lekarskie, które bywa zdecydowanie zbyt ostrożne i wstrzemięźliwe w piętnowaniu pseudomedycyny, w tym przypadków, gdy bywa ona uprawiana lub propagowana przez samych lekarzy. Dlatego apel, o którym rozmawiamy, przyjmuję z takim uznaniem i satysfakcją.
Dziękuję za rozmowę.
____
Tomasz Pietrzykowski – prof. dr hab. nauk prawnych, kierownik Centrum Badawczego Polityki Publicznej i Problemów Regulacyjnych na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Specjalista w zakresie teorii i filozofii prawa, bioetyki i metodologii nauk prawnych. Wiceprzewodniczący Komisji Bioetycznej Śląskiej Izby Lekarskiej (a w przeszłości także Komisji Bioetycznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego oraz przewodniczący Krajowej Komisji Etycznej do spraw Doświadczeń na Zwierzętach).
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Pan profesor ma wiele racji, gdy chodzi o ostrzeganie. Jakiekolwiek zakazy naruszają jednak Konstytucję i podstawowe prawa człowieka. http://zmws.waw.pl/?p=4409
Bardzo trafny artykuł, dobrze że wyjaśniono w miarę szczegółowo, że osoba która szuka pomocy (patrz: Pacjent/Klient) ma dostać jasną informację, na temat usługi/produktu jaki jest mu oferowany. Niestety kwestie "wyleczenia" Pan Profesor sprowadza do stwierdzenia, że niestety nie każdego da się wyleczyć i każdemu pomóc. OK, tego kwestionować nie można. Niemniej Pan Profesor unika przytaczania faktów, kiedy na Pacjenta położono krzyżyk, dostał diagnozę że "nic nie można więcej zrobić" i o dziwo..... już nie Pacjent a Klient zaczyna jakiś "pseudo terapię" w "pseudomedycynue" i pomimo terminalnej daty od Lekarza ...... żyje nadal. To nie chodzi żeby do jednego worka wrzucić wszystko i wszystkich, którzy nie uzyskali Dyplomu Medycyny Akademickiej, tylko trzeba się pochylić nad tym, co jeszcze nadal "nie znane", ale jednak "skuteczne". To się nazywa rozwój i bez takiego właśnie rozwoju nie było by dzisiaj Medycyny Akademickiej. Na zakończenie proponuję aby na przyszłość Pan Profesor zgłębił historię Chin i Medycyny Chińskiej i w wywiadach podawał szersze spektrum, a nie wyrywane z kontekstu, które by miały świadczyć o tym, że np. Medycyna Chińska to jedynie "mrzonka", nie poparta dowodami naukowymi. Kiedy ja pytam Lekarzy Medycyny Akademickiej, dlaczego wprowadzili do leczenia np Medycynę Chińską - to słyszę najczęściej to samo - musieliśmy wprowadzić coś, bo Medycyna Akademicka nie dała rady. To w takim razie Ci Lekarze tak bardzo się mylą ? Czy zaczynają mieć efekty tam, gdzie ich wiedza Akademicka się zatrzymała ? Do przemyślenia dla każdego. Pozdrawiam
Pan profesor ma wiele racji, gdy chodzi o ostrzeganie. Jakiekolwiek zakazy naruszają jednak Konstytucję i podstawowe prawa człowieka. http://zmws.waw.pl/?p=4409
Bardzo trafny artykuł, dobrze że wyjaśniono w miarę szczegółowo, że osoba która szuka pomocy (patrz: Pacjent/Klient) ma dostać jasną informację, na temat usługi/produktu jaki jest mu oferowany. Niestety kwestie "wyleczenia" Pan Profesor sprowadza do stwierdzenia, że niestety nie każdego da się wyleczyć i każdemu pomóc. OK, tego kwestionować nie można. Niemniej Pan Profesor unika przytaczania faktów, kiedy na Pacjenta położono krzyżyk, dostał diagnozę że "nic nie można więcej zrobić" i o dziwo..... już nie Pacjent a Klient zaczyna jakiś "pseudo terapię" w "pseudomedycynue" i pomimo terminalnej daty od Lekarza ...... żyje nadal. To nie chodzi żeby do jednego worka wrzucić wszystko i wszystkich, którzy nie uzyskali Dyplomu Medycyny Akademickiej, tylko trzeba się pochylić nad tym, co jeszcze nadal "nie znane", ale jednak "skuteczne". To się nazywa rozwój i bez takiego właśnie rozwoju nie było by dzisiaj Medycyny Akademickiej. Na zakończenie proponuję aby na przyszłość Pan Profesor zgłębił historię Chin i Medycyny Chińskiej i w wywiadach podawał szersze spektrum, a nie wyrywane z kontekstu, które by miały świadczyć o tym, że np. Medycyna Chińska to jedynie "mrzonka", nie poparta dowodami naukowymi. Kiedy ja pytam Lekarzy Medycyny Akademickiej, dlaczego wprowadzili do leczenia np Medycynę Chińską - to słyszę najczęściej to samo - musieliśmy wprowadzić coś, bo Medycyna Akademicka nie dała rady. To w takim razie Ci Lekarze tak bardzo się mylą ? Czy zaczynają mieć efekty tam, gdzie ich wiedza Akademicka się zatrzymała ? Do przemyślenia dla każdego. Pozdrawiam