W Polsce co roku dochodzi do tysięcy zawałów, udarów i amputacji kończyn spowodowanych miażdżycą. Eksperci biją na alarm – chorzy nie mają dostępu do nowoczesnych terapii, które mogłyby uratować im życie. Sześć towarzystw naukowych opublikowało wspólne stanowisko i apeluje o pilne zmiany w programie lekowym.
Miażdżyca wielopoziomowa to zaawansowana forma choroby, która jednocześnie uszkadza różne tętnice – od sercowych, przez szyjne, po naczynia nóg. Przez lata rozwija się bezobjawowo, aż nagle prowadzi do zawału serca, udaru mózgu albo nawet amputacji.
W Polsce skutki są dramatyczne. Tylko w 2022 roku zmarło 160 tys. osób z powodu chorób sercowo-naczyniowych, a rocznie dochodzi do ponad 80 tys. zawałów i 74 tys. udarów. Ponadto aż 9 tys. osób rocznie traci kończynę z powodu miażdżycy – to jeden z najwyższych wyników w Europie.
Choć medycyna dysponuje dziś skutecznymi sposobami na spowolnienie choroby, wielu pacjentów nie ma do nich dostępu. Winne są m.in. ograniczenia w programie lekowym B.101. Eksperci ostrzegają: bez zmian w systemie, sytuacja się nie poprawi.
– Podstawową przyczyną incydentów sercowo-naczyniowych jest miażdżyca tętnic. Warto podkreślić, że miażdżyca nie jest chorobą jednego narządu. To proces ogólnoustrojowy, polegający na gromadzeniu się w ścianach tętnic m.in. komórek zapalnych i lipidów. Złogi te stopniowo utrudniają przepływ krwi aż do całkowitego jego zatrzymania. Dane z rejestru REACH pokazują, że u 25 proc. pacjentów z chorobą tętnic wieńcowych miażdżyca współistnieje także w innych łożyskach, w tym obwodowych, a u 61 proc. osób z chorobą tętnic obwodowych występują także zmiany miażdżycowe w sercu lub mózgu. Oznacza to, że miażdżyca wielopoziomowa jest chorobą postępującą i występuje u znacznego odsetka pacjentów z chorobami sercowo-naczyniowymi. Niestety, bardzo wielu z tych chorych nie jest dziś leczonych optymalnie. Ponieważ miażdżyca jest chorobą wieloczynnikową i dotyczącą różnych narządów, w jej leczeniu konieczne jest podejście multidyscyplinarne. Musimy leczyć pacjenta holistycznie, traktując jego organizm jako całość – podkreśla dr hab. n. med. Krzysztof Dyrbuś z III Katedry i Kliniki Kardiologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Pracowni Hemodynamiki Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu.
Reklama
Z tego powodu po raz pierwszy w historii sześć towarzystw naukowych – m.in. kardiologów, lipidologów, neurologów i chirurgów naczyniowych – stworzyło wspólne stanowisko w sprawie leczenia tej choroby.
Jednym z najważniejszych czynników ryzyka miażdżycy jest podwyższony poziom cholesterolu LDL, czyli tzw. „złego cholesterolu”. To właśnie jego nadmiar przyczynia się do powstawania blaszek miażdżycowych, które mogą prowadzić do zawału lub udaru.
- Obniżenie stężenia cholesterolu LDL przyczynia się do stabilizacji blaszki miażdżycowej poprzez zmniejszenie jej objętości oraz zmian w ich strukturze – przede wszystkim uwapnienia, a tym samym zmniejszenia ryzyka ich pękania. To bezpośrednio przekłada się na istotne zmniejszenie ryzyka pierwszego lub kolejnego incydentu sercowo-naczyniowego, udaru niedokrwiennego czy niedokrwienia kończyn dolnych w przebiegu choroby tętnic obwodowych. W ostatnich latach pojawiły się liczne dowody na to, że intensywne obniżenie stężenia cholesterolu LDL może prowadzić nie tylko do zahamowania progresji miażdżycy, ale także do jej regresji. Największą skuteczność obserwujemy, jeśli zainwestujemy w swoje zdrowie jak najwcześniej, czyli możliwie na początkowym etapie rozwoju procesu miażdżycy, na pewno w okresie przed wystąpieniem choroby i incydentu sercowo-naczyniowego. Kontrola stężenia LDL-C i w konsekwencji stabilizacja i zmniejszenie objętości blaszek miażdżycowych są kluczowe dla pacjentów z historią zawałów serca czy udarów mózgu, ponieważ minimalizują ryzyko ponownych incydentów, a tym samym ryzyko zgonu sercowo-naczyniowego - tłumaczy prof. dr hab. n. med. Maciej Banach z prorektor ds. Collegium Medicum oraz kierownik Centrum Prewencji Miażdżycy i Chorób Sercowo-Naczyniowych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, prezes Polskiego Towarzystwa Lipidologicznego.
Reklama
Badania pokazują, że każde obniżenie LDL o 1 mmol/l zmniejsza ryzyko zawału o 20%. Dlatego eksperci apelują o wczesne, zdecydowane działania – im szybciej i niżej, tym lepiej.
Według szacunków nawet 21 milionów Polaków może mieć zbyt wysoki poziom cholesterolu. Wśród nich znajduje się szczególna grupa – osoby z hipercholesterolemią rodzinną, czyli dziedziczną postacią tej choroby.
Dotyczy ona nawet 140–150 tys. Polaków, ale zdiagnozowanych jest zaledwie kilka procent. Choroba ta rozwija się już od dzieciństwa i znacząco zwiększa ryzyko przedwczesnych zawałów.
- Rodzinna hipercholesterolemia to bomba z opóźnionym zapłonem. Bez leczenia zawał może wystąpić już w trzeciej dekadzie życia – ostrzega prof. Marlena Broncel.
W takich przypadkach standardowe statyny często nie wystarczają. Pomóc mogą nowoczesne leki – inhibitory PCSK9 i inklisiran – które są już refundowane, ale dostęp do nich nadal pozostaje ograniczony.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze