Warszawskie szpitalne oddziały ratunkowe już dawno przekroczyły próg swojej wydolności – alarmuje dr hab. n. med. Paweł Łęgosz z Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu WUM. Ogromny napływ pacjentów, brak wolnych łóżek i niedobory kadrowe sprawiają, że opieka na SOR-ach staje się coraz mniej dostępna, a lekarze balansują na granicy fizycznej i psychicznej wytrzymałości.
Dr hab. n. med. Paweł Łęgosz z Katedry i Kliniki Ortopedii i Traumatologii Narządu Ruchu WUM w rozmowie z PAP przyznał, że warszawskie SOR-y są wyjątkowo przeciążone i już dawno przekroczyły granice swojej wydolności. Jak tłumaczył, sytuację pogarsza rosnąca liczba ludności w stolicy, w tym turystów i migrantów, których liczby nie sposób dokładnie oszacować.
Trudno więc powiedzieć, czy nadal mamy 1,8 mln mieszkańców, czy może jest ich 2,5, a może nawet 3 miliony – zaznaczył lekarz.
W ocenie ortopedy, problem potęguje także zamykanie kolejnych punktów opieki szpitalnej.
Zamknięto SOR przy ul. Barskiej, szpital na Solcu – dzielnicy, gdzie mieszka dużo seniorów. Ludzie ze środka miasta nie pojadą na Ursynów – trafią na Stępińską czy na Bielany.
Dr Łęgosz zauważył, że wielu pacjentów trafia do Szpitala Dzieciątka Jezus nie tylko z powodu rejonizacji, ale także z powodu renomy placówki.
Jeśli zespół ratownictwa chce ich przetransportować gdzie indziej, biorą taksówkę i przyjeżdżają na Lindleya – stwierdził.
Według lekarza ten napływ pacjentów przekracza fizyczne możliwości placówki.
Dobowa liczba rejestracji przekracza 150 osób. Mam trzech lekarzy, którzy muszą obsłużyć 20 pacjentów leżących i kolejnych 150 przychodzących do SOR-u.
Szpital, w którym pracuje dr Łęgosz, specjalizuje się w transplantologii – przeszczepia się tam m.in. trzustki, wątroby i nerki. Jednak – jak zauważył – miejsca przeznaczone dla pacjentów z przeszczepami zajmowane są przez chorych z ciężką interną.
Dochodzi do absurdu: pacjent z odrzutem wątroby musi czekać w kolejce, bo muszę przyjąć kogoś z zapaleniem płuc – podkreślił.
Reklama
Lekarz próbował nawiązać współpracę ze szpitalami w regionie, ale bezskutecznie.
Żaden ze szpitali na Mazowszu nie podjął tej rękawicy – przyznał. Tymczasem obłożenie oddziałów internistycznych w szpitalach powiatowych sięga zaledwie 55-60 proc., co oznacza niewykorzystany potencjał.
Dr Łęgosz zwrócił uwagę na paradoks – w ostatnich latach zlikwidowano około 500 łóżek internistycznych na Mazowszu, bo uznano je za zbędne. Z kolei w Warszawie pacjenci leżą na SOR-ach całymi tygodniami, zamiast być przekazywani na oddziały w ciągu 12 godzin.
W opinii ortopedy, źródłem problemu jest także niewydolność podstawowej opieki zdrowotnej. Jak stwierdził, wielu lekarzy POZ ogranicza się do wypisania skierowania na SOR, by uniknąć leczenia.
SOR-y nie są od tego, a to waszym obowiązkiem jest wziąć na siebie ciężar leczenia – apelował do kolegów po fachu.
Dr Łęgosz opisał dramatyczną sytuację karetek, które pod SOR-em potrafią stać po kilka godzin. „To nie są postoje półgodzinne, ale niejednokrotnie pięciogodzinne” – mówił. Dodatkowo szpital ponosi kary za przestoje powyżej 15 minut.
Pacjenci czekają często w warunkach urągających godności.
Zamiast leżeć w łóżkach, siedzą na krzesłach z podłączonymi kroplówkami, a przecież nie mogę chorych na podłodze kłaść – dodał z goryczą.
Jak wskazał specjalista, brak systemowego wsparcia z NFZ i Ministerstwa Zdrowia sprawia, że sytuacja się pogarsza. Od trzech lat słyszy jedynie, że „niedługo będzie lepiej”. Brakuje miejsc opieki długoterminowej, a pacjenci, którzy mogliby być leczeni internistycznie w innym miejscu, zajmują łóżka miesiącami.
Problemem pozostaje też brak personelu.
Raz w miesiącu ogłaszam konkursy, ale brak chętnych lekarzy do pracy w takim młynie. Boję się, że stracę tych ludzi, których mam, bo w końcu powiedzą: "dość".
Statystyki pokazują, że liczba pacjentów stale rośnie.
W maju 2023 r. przez SOR przeszło 2520 osób, w 2024 – 2721, a w bieżącym roku już 3056. Dziennie to 84, 90 i 102 osoby – wyliczał. Niektóre dni to jednak dramatyczne szczyty – np. 22 maja szpital przyjął 167 osób. Przy takim natłoku personel nie jest w stanie poświęcić pacjentowi więcej niż pół godziny, a powinien ok. dwóch” – dodał dr Łęgosz.
Reklama
Na zakończenie rozmowy ortopeda apelował o realne zmiany. Proponował, by do systemu włączyć instytuty, które dziś kończą pracę o 15:00, a także zachęcić prywatne szpitale do współpracy.
Mamy doskonały, profesjonalny zespół, który robi więcej, niż można, żeby tych pacjentów jakoś poupychać. Ale ci ludzie są już skrajnie przemęczeni i wypaleni.
Podsumowując, dr Paweł Łęgosz mówił wprost:
Ktoś nam musi w końcu pomóc.
Źródło: PAP/Mira Suchodolska/MH
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze