Reklama

Porodówki w szpitalach znikają

30/01/2023 07:30

Dyrektorzy szpitali są zmuszeni zamykać nierentowne porodówki bo dzieci rodzi się coraz mniej w Polsce, ale rząd też nie podejmuje skutecznych działań aby ten trend się odwrócił. Aby zachęcić Polki do rodzenia.

Dzieci rodzi się coraz mniej z roku na rok w Polsce a w ślad za tym ubywa porodówek i oddziałów położniczych. Włodarze poszczególnych miast, głównie powiatowych, są zmuszeni zamykać je jednostki podległych im szpitali. 

 

Liczby mówią same za siebie.  W całym 2022 r. urodziło się bowiem niespełna 315 tys. Polaków. To najmniej od II wojny światowej. Jeszcze gorsza wiadomość jest taka, że coraz bliżej nam do granicy 300 tys. urodzeń rocznie. Co ciekawe, w poprzednich latach, zwłaszcza przed pandemią COVID-19, liczby te oscylowały wokół 400 tys. urodzeń rocznie. 

Reklama

 

Spada liczba porodówek

W 2015 r. oddziałów ginekologiczno-położniczych było w Polsce 424. W kolejnych latach liczba ta spadała, by w 2022 r. osiągnąć 364. Są takie województwa - np. podlaskie - gdzie w latach 2015-2023 liczba oddziałów nie uległa zmianie, są jednak też takie, gdzie znacząco spadła. To np. województwo dolnośląskie, gdzie były 33 oddziały, a obecnie działa 25. Takie dane przedstawił Michał Dzięgielewski, dyrektor Departamentu ds. Lecznictwa w Ministerstwie Zdrowia, podczas styczniowej Sejmowej  Komisji Zdrowia. 

Reklama

 

Co ciekawe, o ile szpitale w dużych miastach jak np. Szpital Kliniczny im. Anny Mazowieckiem w Warszawie czy Szpital Ginekologiczno-Położniczy w Poznaniu, odbierają rocznie po 3 tys. porodów, podczas gdy niektóre powiatowe mniej niż sto. Utrzymanie tych ostatnich jest kosztowne, ale eksperci wskazują, że jeśli kobieta ma jechać 50 km do porodu, to lepiej, aby porodówka była blisko niej. Mimo to Uniwersytecki Szpital Kliniczny w Strzelinie zdecydował pod koniec 2022 r. o zamknięciu porodówki w mieście Strzelinie, gdyż dokładał do niej. Pozostawił w tym szpitalu tylko działalność ginekologiczną.

Reklama

 

400 porodów rocznie - taką granicę przyjęto przed kilkoma laty w resorcie zdrowia jako minimum dla porodówki, która powinna się bilansować ekonomicznie, a szpital nie tracić na jej utrzymaniu. Czasy jednak się zmieniają, dzieci rodzi się coraz mniej. Dotychczas rodziły je głównie kobiety urodzone w latach 80-tych, czyli z wyżu demograficznego. Dziś małe powiatowe miasta się wyludniają, bo młodzi ludzie wędrują do wielkich metropolii. 

 

Niebezpieczne oddziały

-Oddziały, w których odbywa się 100, 150, 200 porodów rocznie, są to jednostki, które nie zapewniają wystarczającej jakości opieki, ponieważ nie przestrzegają odpowiednio standardów. Jeżeli dziecko rodzi się rzadziej niż codziennie, można przyjąć, że są to oddziały, w których uśpiona jest w jakimś stopniu czujność. Owszem, mogą to być  oddziały geograficznie wykluczone. Na pewno  jest  argument dla funkcjonowania niektórych małych porodówek w Bieszczadach. Dlatego trzeba znaleźć konsensus z geografią, natomiast nie ma uzasadnienia utrzymywanie dwóch oddziałów, które są w odległości 15 kilometrów od siebie, jeżeli każdy z nich ma 250 porodów- wskazał Michał Dzięgielewski, podczas Sejmowej Komisji Zdrowia.

Reklama

 

Stąd zdaniem ekspertów, umowna liczba 400 porodów rocznie, gwarantująca rentowność porodówce i bezpieczeństwo pacjentce, powinna być obecnie na nowo zweryfikowana- Wciąż nie mamy standardów, które określałyby, gdzie oddziały powinny się znajdować i jakie powinny być a one są niezbędne aby zrestrukturyzować szpitale powiatowe. Samorządowcy muszą dostać argumenty, które będą mobilizowały  ich do tego, żeby modernizować szpitale pediatryczne czy porodówki. Wśród 14 projektów, które otrzymają dofinansowanie z Funduszu Medycznego, nie ma szpitali powiatowych i brakuje  środków na modernizację szpitali powiatowych. Dla nas bariera  minimum 50 mln zł jako wkład własny  na realizację projektu jest nie do przejścia- mówił Marek Wójcik, ekspert ds. ochrony zdrowia Związku Miast Polskich podczas Sejmowej Komisji Zdrowia. Jego zdaniem konieczny jest przegląd map potrzeb, są już nieaktualne ze względu na choćby zmiany w demografii. 

Reklama

 

Nie ma zachęt do zmian w powiatach

W istocie, do problemów z utrzymaniem porodówek, na których mało się dzieje, przyznają się dyrektorzy szpitali.

 

-To jest bardzo drogie. Minimalna obsada to 5 lekarzy na oddziale. Dodatkowo powinniśmy mieć neonatologa.  Łącznie trzeba zatrudnić 15-17 osób. Lokalnej ludności bardzo ciężko jest jednak wytłumaczyć, że może nie w każdym powiecie powinna być porodówka- mówi Jerzy Wielgolewski, dyrektor szpitala powiatowego w Makowie Mazowieckim..

 

 Inna kwestia jest taka, że czasem same ciężarne wybierają duże szpitale, gdzie jest dużo porodów. Jest takie przekonanie, że tam gdzie narodzin jest więcej na dobę, personel jest bardziej doświadczony. Choć nie ma też prostej reguły, że tam, gdzie porodów jest mniej, pacjentki są lepiej doglądane. 

Reklama

 

Wygląda więc na to, że problem jest złożony. Jednak o ewentualnym utrzymaniu lub likwidacji porodówki nie decydują często kwestie ekonomiczne, uwarunkowania lokalne, ale polityka. Na przykład obawa, że samorządowiec, za kadencji którego zlikwidowano oddział w szpitalu, może nie wygrać kolejnych wyborów.

 

Problem rozwiązałby się gdyby w Polsce rodziło się więcej dzieci. Tu rokowania są jednak niezbyt optymistyczne. Według ostatnich badań CBOS-u, co trzecia kobieta w wieku 18-45 lat deklaruje chęć posiadania dziecka.

Reklama

Nie ma zachęt do rodzenia

-Liczba urodzeń będzie spadać, gdyż coraz mniejsza jest liczba kobiet w wieku 15-49 lat, czyli w wieku reprodukcyjnym. Co więcej, w tej grupie rośnie udział kobiet powyżej 30 lat – według NSP 2021 stanowiły one 66 proc. ogółu kobiet w wieku rozrodczym. To, co możemy zrobić, to zachęcać kobiety do posiadania dzieci, czyli próbować wpływać na to, by częściej niż dotąd decydowały się na potomstwo. Szczególne ważne jest, by kobiety w wieku 25-39 lat, stanowiące blisko połowę grupy kobiet w wieku rozrodczym, mogły zrealizować swe zamierzenia prokreacyjne. Badania CBOS z 2022 roku pokazują, że wśród kobiet w wieku 30-39 wzrósł udział tych, które planują mieć dzieci w porównaniu z wynikami badania zamierzeń prokreacyjnych w 2017 roku. Natomiast kobiety w wieku 25-29 lat częściej niż poprzednio odraczają plany urodzenia dziecka poza najbliższe 4 lata, a także więcej nie planuje potomstwa w bliższej i dalszej perspektywie czasowej- wskazuje  prof. Irena E.Kotowska, demografka ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie i honorowa przewodnicząca Komitetów Nauk Demograficznych PAN.

Reklama

Podkreśla, że jednak barierą  w realizacji deklarowanych  zamierzeń i formułowania nowych planów prokreacyjnych jest poczucie zagrożenia odczuwane przez kobiety. Chodzi nie tylko o pandemię, jej pokłosie, ale także o wyrok Trybunału Konstytucyjnego z 2020 r.  w sprawie aborcji czy głośne przypadki śmierci ciężarnych. -Rząd unika też tematu dofinansowania in vitro, a coraz więcej osób ma problem z płodnością. I to nie tylko dlatego, że  przesuwa się wiek, w którym kobiety rodzą dzieci. Coraz więcej mężczyzn też cierpi z powodu niepłodności. W Czechach współczynnik dzietności od 2005 roku jest wyższy niż u nas, w 2020 roku wynosił 1,71, a w Polsce – 1,39. Czeszki swe pierwsze dziecko rodzą później niż Polki – średni wiek zostania matką to 28,5 lat, zaś w Polsce – 27,9. Jednak Czechy mają dobrze rozwiniętą infrastrukturę zdrowia reprodukcyjnego, a in vitro jest refundowane dla kobiet w wieku 18-40 lat. Blisko 6 proc. urodzeń pochodzi z zapłodnienia pozaustrojowego. - dodaje prof. Kotowska. Jej zdaniem obecnie pary nie uzyskują właściwego wsparcia w publicznej ochronie zdrowia zarówno przy diagnozowaniu jak i jej leczeniu.

-Niepłodność jest chorobą i pacjent ma prawo do tego, aby być diagnozowanym i leczonym zgodnie ze standardami medycznymi. Zmiany liczby kobiet w wieku rozrodczym i ich struktury wieku decydują  o liczbie urodzeń. Wraz z opuszczaniem tej grupy przez kobiety z roczników wyżowych lat 70-tych i 80-tych liczba kobiet maleje – między spisem ludności z 2011 roku i 2021 roku zmniejszyła się o prawie 1 mln. Nie jesteśmy w stanie zahamować spadku liczby urodzeń. Możemy tylko poprawiając infrastrukturę zdrowia reprodukcyjnego- próbować zmniejszyć ten spadek- podsumowuje prof. Kotowska

Reklama

Chyba już i zatem rząd nikogo nie przekona, że 500+ pomaga w zwiększeniu przyrostu naturalnego.

 

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości