Lekarze z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego dokonali medycznego przełomu, wykonując pierwszą w Polsce autotransplantację wątroby z resekcją ex situ. Operacja trwała 11 godzin, a wycięty narząd pozostawał poza ciałem pacjentki prawie pięć godzin. To wyjątkowo skomplikowana procedura, która daje szansę pacjentom z nowotworem wątroby wcześniej wykluczonym z klasycznej transplantacji.
Pacjentką była kobieta po czterdziestce, zdrowa w kontekście przewlekłych chorób wątroby, u której zdiagnozowano kilkunastocentymetrowy pierwotny nowotwór. Guz zlokalizował się w krytycznym miejscu – u ujścia trzech żył wątrobowych do żyły głównej dolnej, z czego jedna z żył była całkowicie zamknięta przez nowotwór, a dwie pozostałe mocno uciśnięte.
Jak wyjaśnia prof. Michał Grąt z Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby UCK WUM, standardowa resekcja nie wchodziła w grę, a pacjentka nie spełniała kryteriów klasycznej transplantacji. „Decyzja o autotransplantacji to wycięcie wątroby, resekcja guza poza organizmem i ponowne wszczepienie narządu” – mówi prof. Grąt, podkreślając, że wybór metody był koniecznością dla uratowania życia pacjentki.
Autotransplantacja wątroby to jeden z najbardziej ryzykownych zabiegów chirurgicznych. Śmiertelność okołooperacyjna w światowych statystykach sięga 30%, a historycznie wynosiła nawet 50%. Pacjentka została dokładnie poinformowana o ryzyku i świadomie wybrała leczenie radykalne, w zamian za szansę na pełne wyleczenie.
- Jako lekarze musimy wprost powiedzieć pacjentowi, że taka operacja może zakończyć się tragicznie, ale daje możliwość wieloletniego przeżycia – podkreśla prof. Grąt.
Operacja trwała 11 godzin i wymagała ścisłej współpracy wielu specjalistów. Na sali obecni byli chirurdzy, instrumentariuszki, anestezjolog, pielęgniarka anestezjologiczna oraz zespół opieki pooperacyjnej.
Najpierw wycięto wątrobę wraz z odcinkiem żyły głównej dolnej. Aby utrzymać przepływ krwi w fazie bezwątrobowej, zastosowano tymczasowe protezy naczyniowe. Wyjęty narząd został schłodzony i wypłukany płynem prezerwacyjnym, co umożliwiło przeprowadzenie precyzyjnej resekcji guza w warunkach ex situ – czyli poza organizmem pacjentki.
- W tej fazie możemy otworzyć każde naczynie bez ryzyka masywnego krwotoku, dokładnie zidentyfikować struktury i odtworzyć je przed ponownym wszczepieniem – mówi prof. Grąt. Operacja wymagała pracy w lupach z czterokrotnym powiększeniem i użycia nici naczyniowych cieńszych niż ludzki włos.
Reklama
Procedura niesie ze sobą szereg korzyści, których nie zapewnia klasyczna transplantacja. Po pierwsze – brak konieczności stosowania przewlekłej immunosupresji, co minimalizuje ryzyko infekcji i pojawienia się kolejnych nowotworów. Po drugie – pacjentka jest jednocześnie swoim dawcą, więc nie ma konieczności oczekiwania na organ od obcego dawcy. Po trzecie – wykluczone jest ryzyko odrzutu przeszczepu.
Dodatkowo, operacja ex situ pozwala chirurgom na lepszą kontrolę nad guzem, zwiększając szansę na radykalne usunięcie nowotworu.
Obecnie pacjentka czuje się dobrze – chodzi po oddziale, je, jest świadoma procesu rekonwalescencji i pyta o powrót do domu.
Prof. Grąt podkreśla, że autotransplantacja nie jest procedurą dla wszystkich pacjentów, ale w przyszłości może stanowić realną szansę dla kilkudziesięciu osób rocznie, u których zaawansowanie guza wyklucza standardowe leczenie chirurgiczne lub transplantacyjne.
- To metoda skomplikowana, wymagająca ogromnej precyzji i pracy zespołowej, ale daje nadzieję tym, którzy dotąd jej nie mieli – dodaje prof. Grąt.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze