Rząd zapowiedział, że dla niepłodnych par uruchomi centra zdrowia prokreacyjnego. Już jeden pomysł z powołaniem ośrodków leczenia niepłodności spalił na panewce. Bo prawie nikt nie wiedział o istnieniu takich poradni. Pytanie czy to nie kolejne marketingowe zagranie?
Rząd przedstawiał w ostatni czwartek strategię demograficzną dla Polski 2040. Premier Mateusz Morawiecki i Marlena Maląg, minister pracy i polityki społecznej oprócz tego, że obiecali wprowadzenie szeregu przywilejów dla rodziców małych dzieci, 12 tys. zł po urodzeniu drugiego potomka, odnieśli się także do osób, którym ciąża na razie nie jest dana, zapowiadając powołanie dla nich centrów zdrowia prokreacyjnego.
20 proc. społeczeństwa nie może mieć dzieci
W Polsce niepłodność dotyka 1,5-2 milionów par, czyli ok. 20 proc. polskiego społeczeństwa w wieku reprodukcyjnym. Takie są szacunki Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii. Jednocześnie spada z roku na rok liczba urodzeń. Według danych GUS w 2020 r. wyniosła ona mniej niż 360 tys., czyli mniej niż w 2019 r.
Widać zatem, że tego trendu nie zahamują tylko osoby, które chcą i mogą mieć dzieci. Za czasów rządów Platformy Obywatelskiej, dla osób mających problem z poczęciem dziecka uruchomiony był rządowy, refundowany program leczenia niepłodności metodą zapłodnienia pozaustrojowego. Rząd PiS zlikwidowała jednak rządową refundację programu zapłodnienia in vitro.
W zamian za to, dla niepłodnych par w 2016 r. uruchomił projekt „Poprawa Zdrowia prokreacyjnego” na lata 2015-2020, w którym lekarze, specjaliści mieli się skupiać na poszukiwaniu przyczyn niepłodności, diagnostyce i doprowadzeniu do naturalnego poczęcia.
Jeden pomysł spalił na panewce
W 2020 r. rząd uznał, że jego program przyniósł fiasko i trzeba go zamknąć. Podczas senackiej Komisji Zdrowia, Waldemar Kraska, wiceminister zdrowia podał, że liczba par, które zgłosiły do niego swój akces do 30 września 2020 r., to niespełna 7 tys., z tego 3,4 tys. ukończyło diagnostykę, a nieco ponad 1,5 tys. skierowano do dalszego leczenia. Nie monitorowano skutecznie liczby ciąż, jakie były finałem zgłoszenia się do tego programu.
Larum jednak podniosło m.in. Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników i w wielu ośrodkach rząd przedłużył na kilka miesięcy realizację programu. Zasadniczo zamierza go jednak wyciszać.
Problem polega na tym, że rządowy program nie mógł przynieść efektów, gdyż wiele osób nie wiedziało o nim. Niepłodne pary nie były często świadome, że w jakiś ośrodkach jest prowadzona diagnostyka i badania w kierunku wykrycia przyczyn niepłodności i leczenia ich. Nie było żadnego marketingu rządowego, nie było bilbordów. A jak rządowi zależy, jak w przypadku np. propagowania szczepień przeciwko COVID-19, znajduje środki na reklamę i marketing.
Rzecz jasna, chyba nikt tu nie liczyłby, że reklama ośrodków leczących niepłodność w ramach rządowego dofinansowania byłaby zakrojona na tak szeroką skalę jak w przypadku szczepień przeciwko COVID-19. Niemniej jednak, w tym pierwszym przypadku nie było żadnej reklamy ani informacji, która mogłaby trafić do potencjalnych rodziców.
Teraz rząd zapowiada uruchomienie centrów zdrowia prokreacyjnego. Osoby mające problem z płodnością i wszyscy, którym zależy na zwiększeniu liczby urodzeń, będą kibicować powodzeniu w powstaniu tych centrów. Obyśmy tylko nie mieli powtórki z rozrywki, że rząd ponownie coś tworzy, a nie przynosi to efektów. Pary mające trudności z zajściem w ciążę nie mają bowiem tak dużo czasu, aby czekać na skuteczne rozwiązania.
Nacisk na diagnostykę
Specjaliści i eksperci od męskiej i żeńskiej niepłodności wskazują zatem, że aby centra zdrowia prokreacyjnego przyniosły efekt, muszą się skoncentrować na kilku aspektach.
- Przede wszystkim na diagnostyce. Nie wystarczy samo szkolenie lekarzy i pielęgniarek pod kątem leczenia niepłodności czy zakupienie aparatury medycznej, laparaskopów do ośrodków. Trzeba je faktycznie wykorzystywać do badań. Położyć nacisk na szukanie przyczyn niepłodności u mężczyzny i kobiety. A gdy już je się znajdzie, to eliminować je za pomocą zabiegów czy farmakoterapii. Z tym, że w niektórych przypadkach ta droga wcale nie musi doprowadzić do ciąży. Jedynym wyjściem może być zapłodnienie pozaustrojowe. To trzeba wyraźnie komunikować parom - wskazuje prof. Krzysztof Czajkowski, konsultant krajowy w dziedzinie ginekologii i położnictwa.
Z kolei Ewa Kempisty- Jeznach, Kierownik Medyczny Kliniki Medycyny Wellness w Medicover i lekarz medycyny męskiej uważa, że nacisk w takich centrach powinien być położony na profilaktykę u mężczyzn.
- Mamy dziś ogromny problem z męską płodnością. Z roku na rok spada liczba plemników u panów. Spada poziom testosteronu, a to jest zabójcze dla męskiej płodności. Dlatego panów trzeba uświadamiać, że muszą nauczyć się zarządzać swoim stresem, dbać o dietę, uprawiać sport, seks i zapewnić sobie osiem godzin snu. Bez tych kilku czynników, męska płodność będzie się jeszcze bardziej pogarszała - wskazuje Ewa Kempisty- Jeznach
Pytanie zatem czy tym razem rząd stworzy realną pomoc dla osób mających problem z płodnością. Oby obietnice nie okazały kolejnym marketingowym zagraniem? Sfera płodności jest bardzo delikatnym obszarem. Oby rządzący nim nie igrali.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!