W placówkach medycznych nadal występują ogniska zakażeń sepsą i clostridioides difficile. Nie wszystkie zgłaszają je do oficjalnych rejestrów, ale procedowane przepisy o bezpieczeństwie pacjenta i jakości w ochronie zdrowia nałożą na podmioty większy reżim.
Paradoksalnie, jednym z najniebezpieczniejszych pod względem zdrowotnym miejsc dla człowieka jest szpital. Przez podmiot leczniczy przewijają się tabuny pacjentów z różnymi problemami zdrowotnymi a personel medyczny nierzadko je przenosi. To dlatego tam najczęściej dochodzi do zakażeń sepsą czy clostridioides difficile (bakterią naturalnie bytującą w przewodzie pokarmowym u części osób i nie powoduje żadnych objawów).
Z danych jakie upublicznia Ministerstwo Zdrowia na stronie www.analizy.gov.pl wynika, że w 2021 r. odnotowano 8 691 przypadków wystąpienia sepsy szpitalnej. Z jej powodu w tym samym roku doszło do 2 727 zgonów. Dla porównania rok temu doszło w placówkach medycznych do 5 445 przypadków zakażeń clostridioides difficile. Z tego samego powodu zmarło 3 216 osób.
Bakteria ta jest bowiem niebezpieczna dla starszych pacjentów. U nich dochodzi do objawowego zakażenia w wyniku zastosowania antybiotyku. Ten niszczy bakterie stanowiące florę fizjologiczną przewodu pokarmowego, a zaburzona równowaga pomiędzy „dobrymi bakteriami” a Clostridioides difficile powoduje objawy.
Nowa jakość po COVID-19
Tyle dane oficjalne. Naiwnym byłoby sądzić, że podmioty lecznicze przypadki zakażeń zawsze zgłaszają. Choć ich przedstawicie uważają, że radzą sobie z zakażeniami dużo lepiej niż przez pandemią COVID-19.
-Zakażenia Clostridioides difficile niestety są nadal problemem zwłaszcza na oddziałach intensywnej terapii. Na pewno jednak, po epidemii COVID-19 nauczyliśmy się rozpoznawać ogniska zakażeń. Jesteśmy w stanie je teraz szybciej zidentyfikować i przenosić do izolatek. Tych więcej pojawiło się w szpitalach. Swego czasu w szpitalach budowane były w każdej sali węzły sanitarne. Po to, aby pacjentów w sali można było izolować- wskazuje Jerzy Wielgolewski, dyrektor szpitala powiatowego w Makowie Mazowieckim.
W maju 2018 r. Najwyższa Izba Kontroli opublikowała wyniki swojej kontroli: „Zakażenia w podmiotach leczniczych”. Wnioski nie są optymistyczne. Wynika z niego, że Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia, które gromadzi informacje z rocznych sprawozdań przesyłanych przez szpitale, wskazuje, że w 528 szpitalach stacjonarnych spośród 936 funkcjonujących w Polsce, a więc w ponad połowie, na koniec 2016 r. nie wykazano danych o pacjentach leczonych z powodu zakażenia i zgonów z tego powodu. Sugerowałoby to, że w 2016 r. w ponad połowie szpitali stosowano taktykę „nic nie widziałem, nic nie słyszałem”.
Dziś szpitale akredytowane przez Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia prowadzą monitoring zdarzeń niepożądanych, w tym zakażeń. Muszą, gdyż inaczej nie dostana certyfikatu akredytacyjnego. A za tym idą dodatkowe punkty przy podpisywaniu umowy z NFZ i tym samym pieniądze.
Okazuje się jednak, że certyfikat przyznany przez ministerialną agendę też nie zawsze gwarantuje najwyższą jakość.
-Niestety czasem jeden szpital od drugiego kopiuje procedury radzenia sobie z zakażeniami. Czasem procedury są tworzone tylko po to, aby uzyskać akredytację CMJ. Nie powinno to się tak odbywać, gdyż każda organizacja jest inna. Procedury powstałe dla danego szpitala muszą być użyteczne a nie stworzone tylko dla dopełnienia formalności. Pod większą kontrolą powinno być to co wchodzi na blok i co z niego wychodzi. Materiały, opatrunki itd. Za pomocą tego przenoszą się zakażenia-zauważa Rafał Janiszewski, prawnik prowadzący kancelarię doradczą dla szpitali.
Reklama
Zaznacza, że gdy ustawa o jakości w ochronie zdrowia i bezpieczeństwa pacjenta wejdzie w życie, zakażenia szpitalne będą raportowane na platformę P1. Będą to widzieć urzędnicy z Ministerstwa Zdrowia i NFZ- Pytanie czy to zachęci czy zniechęci pracowników szpitali do zgłaszania zakażeń?- wskazuje Rafał Janiszewski.
Certyfikat z NFZ za rejestr zakażeń
Projekt wspomnianej ustawy przyjął już rząd i ma ona wkrótce trafić pod obrady Sejmu. Nowe przepisy położą nacisk na prowadzenie rejestru zdarzeń niepożądanych, w tym zakażeń. Certyfikatów za to już nie będzie przyznawał CMJ, gdyż ma zostać zlikwidowany a NFZ. Ten ostatni będzie prowadził autoryzację. Finalnie za zakażenie w szpitalu pacjent ma dostawać odszkodowanie przyznawane przez Rzecznika Praw Pacjenta. Bez poszukiwania winnego medyka.
Zasady kontroli zakażeń szpitalnych uregulowane są w ustawie z 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi, a także w aktach wykonawczych do tej ustawy. Podmioty lecznicze mają obowiązek prowadzenia rejestru zakażeń. Zgodnie z nimi zakażenie szpitalne, które pojawia się w wyniku leczenia w szpitalu lub w związku z pobytem w szpitalu, musi być wtórne do stanu pacjenta sprzed hospitalizacji i może dotyczyć zarówno pacjenta, jak i personelu.
Jak widać szpitalom jeszcze trochę brakuje do doskonałości i pełni bezpieczeństwa. Zmiany, głównie mentalne w tym zakresie trwają latami. Wszak obwiązek mycia rąk w szpitalach zaistniał dopiero w II połowie XIX w. Za ojca antyseptyki uważa się Ignaza Semmelweisa, Węgra, który zwrócił uwagę na potrzebę odkażania rąk przed wykonywaniem badań i zabiegów medycznych. Dzięki jego spostrzeżeniu i wprowadzeniu nowych praktyk liczba zgonów na oddziale położniczym, na którym pracował spadła o połowę. Tym samym udowodnił, że mycie rąk może zapobiec infekcji, jednak nie udało mu się upowszechnić tego nawyku. Jego pogląd uznano za fanaberię, a nie naukowy fakt. Lekarze nadal uważali, że gorączka popołogowa uzależniona jest od czynników atmosferycznych, czy innych absurdalnych powodów niezwiązanych ze środowiskiem szpitalnym. Nie dopuszczano do siebie myśli, że groźne bakterie i wirusy mogą przenosić na pacjentów sami medycy. Dopiero długo po śmierci Semmelweisa upowszechnił się zwyczaj mycia rąk.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze