Smartfony, od których uzależniona jest dziś nie tylko młodzież, dzieci czy kierowcy powodujący stłuczki na drogach, gubią także medyków. A skutki tego dla pacjenta mogą być dramatyczne, gdy na bloku operacyjnym pada on ofiara błędu medycznego, bo uwagę personelu rozpraszają powiadomienia na telefonie.
W jednym ze szpitali onkologicznych odbywała się operacja, podczas której pacjentce usuwano guza z jelita grubego. Niedługo po operacji okazało się, że kobietę boli brzuch. Zgłosiła się do tej samej placówki medycznej i zrobiono jej prześwietlenie. Okazało się, że w jelicie w jamie brzusznej pacjentce zaszyto ciało obce. Trzeba było ponownie robić zabieg i je usunąć.
W toku dochodzenia, sprawdzania dlaczego do tego doszło, winą obciążono pielęgniarki instrumentariuszki, które miały zagapić się w telefon i nie dostrzec, ze ciało obce zostało w brzuchu pacjentki. Szpital wprowadził zakaz wnoszenia telefonów komórkowych na salę operacyjną.
Uzależnienie medyka
Nieustannie zerkanie na telefon, sprawdzanie maili, powiadomień w social mediach, to poważne uzależnienie behawioralne w dzisiejszych czasach. Dotyka nie tylko młodzieży i dzieci, kierowców, którzy powodują wypadki m.in. przez nieuwagę i zerkanie na telefon, ale także medyków. I jak się okazuje, przez nieuwagę wywołaną powiadomieniami na telefonie może dojść do błędu medycznego. W szpitalach, wielu medyków też nieustannie chodzi z uchem przyklejonym do smartofna lub kciukiem scrolującym po ekranie. Wydawałoby się, że jednak na salę operacyjną nie wnosi się telefonów, ale bywa różnie.
- U nas w regulaminie pracy jest zapisane, że na salę operacyjną nie można wnosić telefonów. Ale ja nie sprawdzam oczywiście jak to wygląda w praktyce. Za bezpieczeństwo na sali operacyjnej odpowiada szef bloku operacyjnego - wskazuje prof. Adam Maciejczyk, dyrektor Dolnośląskiego Centrum Onkologii.
Jeszcze inaczej jest w szpitalu klinicznym, w którym pracuje Krzysztof Madej, chirurg i wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej.
- Ja nie wnoszę telefonu na salę operacyjną, bo nie lubię go tam mieć. Zostawiam go w śluzie. Wiem, że niektórzy koledzy tak robią. Wówczas zostawiają telefon gdzieś na stoliku i jak słyszą dzwonek, proszą ewentualnie pielęgniarkę, aby zobaczyła, kto dzwoni. Trzeba wiedzieć, że na sali operacyjnej jest zawsze pielęgniarka instrumentariuszka, która asystuje oraz pielęgniarka tzw. lotna, która może wychodzić poza blok operacyjny i nie podlega aż takim zasadom dezynfekcji. Ona czasem jest proszona o sprawdzenie komórki - wskazuje dr Madej.
350 tys. zł odszkodowania
Niemniej jednak, zaszycie ciała obcego w brzuchu pacjenta po operacji do rzadkości nie należy. I to potwierdzają prawnicy, ale żeby z powodu zerkania na smartfona, to już budzi poważne zastrzeżenia nie tylko co do bezpieczeństwa pacjenta, ale także przestrzegania zasad higieny na blokach operacyjnych.
– W swojej praktyce zajmowałam się ponad 20 sprawami, w których pacjentowi zaszyto ciało obce w brzuchu. Nie są rzadkie wyroki przyznające pacjentom zadośćuczynienia powyżej 200 tys. zł. za następstwa takiego błędu medycznego – błędu organizacyjnego. W jednej z prowadzonych przeze mnie spraw pacjent otrzymał 350 tys. zł. zadośćuczynienia. Po operacji kardiochirurgicznej pozostawiono w jego klatce piersiowej chustę operacyjną, która po otorbieniu się miała rozmiary piłki do gry w piłkę ręczną. Mężczyzna przez 8 lat spał tylko w pozycji siedzącej, bo tylko tak mógł oddychać. Latami nie potrafiono postawić prawidłowej diagnozy, nikt nie chciał podjąć się operacji naprawczej - wskazuje Jolanta Budzowska, radca prawny specjalizująca się w procesach o błędy medyczne. Podkreśla, że aby nie dochodziło do tego typu sytuacji na bloku operacyjnym wystarczy, aby personel przestrzegał procedur.
Z zasad epidemiologicznych wynika np. smartfony nie podlegają dezynfekcji i już z samej tej przyczyny nie powinny być wnoszone na salę operacyjną. Personel medyczny podkreśla, że przy wejściu na blok są piktogramy ostrzegające przed wnoszeniem telefonów komórkowych.
Reguły to jedno a praktyka drugie.
Bezpieczeństwo pacjenta na bloku miała zwiększyć także okołooperacyjna karta kontrolna. Wprowadzono ją obowiązkowo do szpitali w 2015 r. Była ona pokłosiem dwóch błędów medycznych. Jednego z 2011 r., gdy w jednej z warszawskich klinik onkologicznych wycięto mężczyźnie zdrową nerkę zamiast chorej, zaatakowanej przez nowotwór. Cztery lata później ta sama historia powtórzyła się w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu.
W 2015 r. urzędnicy z Ministerstwa Zdrowia postanowili temu przeciwdziałać i zobowiązać szpitale do wprowadzenia właśnie tejże karty. Miała zapobiegać pomyłkom na bloku operacyjnym, ponieważ zmusiła personel medyczny do kilkustopniowego potwierdzenia, że zoperowany zostanie właściwy organ, że nie ma błędów. Miejsce nacięcia potwierdza bowiem w dokumentacji lekarz koordynator po uzyskaniu wcześniejszych akceptacji od pielęgniarki operacyjnej, anestezjologa i pielęgniarki anestezjologicznej. Druga zgoda zespołu następuje po podaniu znieczulenia, ale przed wykonaniem cięcia. Ostatnia obejmuje czas po zamknięciu rany, ale przed wywiezieniem pacjenta z sali operacyjnej. Tak powinno to w teorii. To wszystko ma być odnotowywane w karcie.
Jak widać, jednak i z nią, nieuwaga, czasem zmęczenie i nowe technologie gubią personel medyczny.
Polecamy także:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!