Reklama

Wolontariusze na froncie: "strach jednak w jakiś sposób nas zabezpiecza"

Polityka Zdrowotna
13/01/2023 10:45

Do Ukrainy pojechali pomagać osobom z niepełnosprawnością. Grażyna po wybuchu pocisku moździerzowego straciła stopę i teraz sama będzie walczyć o odzyskanie sprawności. Ona i Kamil to wolontariusze z Krakowa, którzy przeżyli eksplozję podczas wyładowywania transportu z pomocą humanitarną. Z Ukrainy przyjechali do Lublina, gdzie w tutejszym Szpitalu Klinicznym nr 4 otrzymali pomoc medyczną.

 

– Pamiętam każdą sekundę tego, co się stało. Ogromny huk i błysk. Przewróciłam się na ziemię momentalnie, to była ogromna siła. Poczułam jak zaczyna ze mnie wypływać krew. W prawej nodze właściwie już nie czułam bólu, w lewej nodze czułam ogromny ból. I zastanawiałam się, czy umieram po prostu – opowiada Pani Grażyna, nauczycielka akademicka i wolontariuszka stowarzyszenia Klika z Krakowa.

 

Organizacja pozarządowa, w której działa, na co dzień zajmuje się pomocą osobom z niepełnosprawnością. Kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę, otworzyli punkt pomocy w Krakowie. Ale szybko zorientowali się, że osób z niepełnosprawnością z Ukrainy do Polski dociera niewiele. Dlatego postanowili ruszyć z pomocą na Ukrainę. Pochodzący z Myślenic Kamil był tam od marca ubiegłego roku. Przed wojną pracował jako opiekun osób niepełnosprawnych, po jej wybuchu zaangażował się w pomoc humanitarną.

Reklama

 

Przed dramatycznymi wydarzeniami wolontariusze pomagali w Ukrainie osobom z niepełnosprawnością, ale też najsłabszym: osobom starszym, dzieciom. Wozili żywność, przewozili ludzi do szpitali, ale także ewakuowali. W Bachmucie, niemal w sercu działań wojennych, byli po raz czwarty. Wcześniejsze wyjazdy były krótkie.

– Tym razem chcieliśmy tam też spędzić święta prawosławne. Przygotowaliśmy prezenty dla dzieci, kutię, którą chcieliśmy rozdawać po wypakowaniu auta. Chcieliśmy w tych bachmuckich piwnicach spędzić trochę czasu z ludźmi, zobaczyć jak im się żyje, lepiej ich poznać, zrozumieć – opowiada wolontariuszka.

Reklama

 

Dramat rozegrał się 6 stycznia około południa. Pomoc humanitarną, którą zawieźli, rozładowali najpierw w pierwszym punkcie. Dołączył do nich wolontariusz z Bachmutu.

- Denis, który miał wskazać kolejny punkt. Kiedy tam dojechali, nie zdążyli jeszcze nic rozładować, kiedy przyleciał pocisk. – Uderzył około 30 metrów od nas w blok mieszkalny, a my oberwaliśmy odłamkami – opowiada Grażyna.

 

Kamil: – Dosłownie wysiedliśmy z auta, ja otworzyłem klapę z tyłu, wszedłem do auta, żeby podawać żywność i w tym momencie ogromny huk i taki wstrząs, trochę jak trzęsienie ziemi. Byłem cały czas w tym aucie, rzuciło mnie na przód i ogłuszyło zupełnie. Po paru sekundach się otrząsnąłem, wysiadłem z auta. Przed autem leżały trzy osoby: Grażyna, wolontariusz Denis i jeszcze jedna osoba z tego punktu, która chciała nam pomagać. Było dużo krwi. Spojrzałem na Grażynę i zobaczyłem, że jej stopa jest niestety obok, że noga jest rozerwana. Na początku wpadłem w lekką panikę, bo nie mogłem stazy rozwiązać, szybko się opanowałem i przystąpiłem do pierwszych czynności ratowania. Opatrzyłem Grażynę stazą. Jeszcze dałem temu jednemu chłopakowi, trzeci się sam ogarnął, miał tylko powierzchowne rany na twarzy.

Reklama

 

Po tym jak na miejsce dotarła karetka, najpoważniej ranna Grażyna została przewieziona do Centrum Pierwszej Interwencyjnej Pomocy w Bachmucie prowadzone przez lekarzy wojskowych. – Tam zostałam zaopatrzona w takie bardzo podstawowe rzeczy. Dostałam mocne znieczulenie i pojechałam do szpitala w Pawłogradzie, w obwodzie Dniepropietrowskim. Byłam tam 2-3 dni i we wtorek koło godziny 17, po 18 godzinach podróży karetką, znaleźliśmy się w Lublinie – opowiada wolontariuszka.

 

Za transport i opiekę nad rannymi po stronie ukraińskiej odpowiadała Fundacja Humanosh. Na granicy na poszkodowanych czekał transport medyczny z Lublina. Trafili do Klinicznego Oddziału Ortopedii i Traumatologii SPSK Nr 4 w Lublinie.

Reklama

 

Obrażenia jakie odniosła Grażyna doprowadziły niestety do amputacji jednej goleni i uszkodzenia drugiej nogi. Kamil został raniony odłamkiem pocisku w nogę, ale nie doznał poważnych ran.

 

– Dobrze się czuję, jestem szczęśliwy, że Grażyna żyje, że my żyjemy, że mi się nic nie stało. Uratowało mnie to, że byłem w tym aucie, chociaż auto i tak jest przedziurawione odłamkami. Deska rozdzielcza, to są po prostu dziury na wylot. Jakimś cudem się uchroniłem, ale dzięki temu mogłem pomóc Grażynie i drugiej ofierze – wspomina Kamil.

Reklama

 

Kto się o nich upomni?

 

W chwili eksplozji wolontariusze mieli na sobie hełmy i kamizelki kuloodporne. – Cały czas mieliśmy świadomość, że balansujemy na granicy życia i śmierci. I że to czy coś się wydarzy czy nie, to jest loteria, bo przed pewnymi rzeczami można się uchronić, chociaż trochę zabezpieczyć, ale przed odłamkami pocisków po prostu nie – opowiada Grażyna.

 

– Bachmut to jest piekło. To co mnie bardzo uderzyło w pierwszym z punktów, w którym byliśmy to to, że spotkaliśmy tam ogrom ludzi z niepełnosprawnością intelektualną – opowiada Grażyna i dodaje, że to ludzie, którzy nie są w stanie sami nawet przeprowadzić ewakuacji.

Reklama

 - Ludzie, którzy nawet jak ich wsadzimy do pociągu i gdzieś zawieziemy, to co dalej? Ktoś musi przejąć opiekę i wsparcie nad nimi, oni sami sobie tego absolutnie nie zorganizują, a mało kto jest zainteresowany przyjmowaniem takich gości. Ich życie nie jest dla świata wartością, nie jest dla świata cenne, dlatego tam zostają. Zginą to zginą, przeżyją to przeżyją, kto się o nich upomni? 

 

Strach jest dobry

 

– Myślę, że, jeżeli ktoś się nie boi jechać do Bachmutu, czy na front, zupełnie się tego nie boi, to nie powinien tego robić, bo strach jednak w jakiś sposób nas zabezpiecza. To jest uczucie, które pozwala być bardziej uważnym, zmobilizowanym, być może przed pewnymi zagrożeniami się uchronić – mówi Grażyna.

Reklama

 

– Ten strach nie jest paraliżujący, on po prostu przypomina, żeby wszystko było pod kontrolą, żeby dbać o to, żeby mieć przy sobie stazy, żeby jadąc gdzieś w trudne miejsca się rozglądać, gdzie można uciec. Ten strach jest pomocny oczywiście, żeby się gdzieś tam nie zapomnieć, nie rozluźnić – dodaje Kamil.

 

Nadal chcą nieść pomoc

 

Podczas wcześniejszych wyjazdów pomagali Ukraińcom w różny sposób. Raz odwiedzili seniorki z niepełnosprawnością, które są uciekinierami z Ługańska z 2014 roku i od tego czasu przebywają w mieszkaniu na 11. piętrze.

Reklama

– Przez ten czas w ogóle nie miały choinki na święta, więc ubieraliśmy im choinkę – opowiada Grażyna. – Chodziło o to, żeby pomóc ludziom przeżyć, ale nie tylko w takim wymiarze fizycznym, wspierać ich psychicznie, dzielić się siłą, odwagą, nadzieją tak żeby nie tylko żyli, ale też, żeby im się chciało żyć, żeby czekali na kolejny dzień, żeby widzieli w tym jakieś dobro – dodaje.

 

Kamil już teraz deklaruje, że zamierza wrócić do Ukrainy i pomagać potrzebującym. Grażyna mówi, że na pewno nie wróci na front, ale też chce nadal pomagać.

Reklama

– Mi jest trudno w tym momencie składać wiążące deklaracje ze względu na mój stan zdrowia i leczenie, które potrwa na pewno dość długo. Do Bachmutu i na linię frontu na pewno już nie wrócę, natomiast na Ukrainę i do dalszego wsparcia ludzi, którzy tego potrzebują chciałabym. Czy się uda, trudno powiedzieć – mówi.

 

Jak będzie wyglądać dalsze leczenie wolontariuszki? – Dostałam fenomenalną opiekę medyczną, nie mam pojęcia jak to będzie dalej wyglądało, jaką będę potrzebować protezę, ile ona będzie kosztować, jakie są możliwości i środki. Wiem, że na pewno to leczenie pochłonie dużo pieniędzy, bo i proteza i rehabilitacja, ale o szczegółach technicznych na ten moment bardzo trudno mi mówić – dodaje.

Reklama

 

Mimo traumatycznych doświadczeń jest dobrej myśli: – Ja prawdopodobnie nie miałam prawa tego przeżyć. Obecność Kamila i jego przytomność umysłu uratowały mi życie. Cieszę się, że żyję i bardzo to doceniam. Fizycznie jest różnie, jestem na mocnych lekach przeciwbólowych cały czas. Na pewno bardzo długa droga przede mną, ale anestezjolog w Bachmucie obiecał mi, że za rok będę tańczyć i to jest mój plan na najbliższy czas.

 

Autor: Paweł Buczkowski

 

Grażyna i Kamil to wolontariusze stowarzyszenia Klika z Krakowa

 

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości