Reklama

Rak tarczycy: Jak dowiedziała się o chorobie i jak przebiegało leczenie - wywiad z osobą, która pokonała raka tarczycy

Szacuje się, że pięć procent wszystkich guzków tarczycy to nowotwory złośliwe. Czynnik inicjujący rozwój raka tarczycy często pozostaje nieznany. Martyna Kielańska miała zaledwie dziewiętnaście lat, gdy usłyszała, że ma właśnie raka tarczycy. Choroba sprawiła, że potrafię cieszyć się z najmniejszych rzeczy, a zdrowie jest po prostu najważniejsze – podkreśla.

Anna Ginał: Jak dowiedziała się Pani o tym, że jest Pani chora na raka tarczycy?

Martyna Kielańska: Zupełnie przypadkowo. Podczas rutynowej kontroli u mojego lekarza rodzinnego usłyszałam, że moja szyja jest trochę powiększona po lewej stronie i warto wykonać USG. Patrząc na siebie w lustrze, zawsze w tym miejscu szyja była trochę większa więc w ogóle się tym nie przejęłam i dopiero po trzech miesiącach udałam się prywatnie do specjalisty. Nic mnie nie bolało, nie odczuwałam żadnych dolegliwości, więc tym bardziej zszokowała mnie informacja, którą usłyszałam w trakcie badania: „widzę tutaj guza, sygnał jest mało wyczuwalny więc sugeruję biopsję”. Byłam zbita z tropu i nie wiedziałam, co mam dalej zrobić. Miałam zaledwie 19 lat, ale mówiąc szczerze, nie do końca się tym wszystkim przejęłam. Byłam pewna, że nic mi się nie stanie bo „przecież mam dopiero 19 lat”.

Reklama

AG: Jak wiadomość o diagnozie została przekazana?

MK: Po informacji o biopsji, natychmiast udałam się do lekarza, który ją wykonał, a po dwóch tygodniach zadzwonił do mojej mamy, że wynik jest gotowy do odbioru. Był zapakowany w białej kopercie.

Podobno, gdy nie dzwonią, to znaczy, że nie ma się o co martwić. Gorzej, gdy to robią. Moja mama otworzyła tę kopertę. Było tam napisane, że „wynik biopsji prawdopodobnie odpowiada rakowi brodawkowatemu tarczycy, jest podejrzenie złośliwości”. Nie mówiła nic przez kilka minut. Siedziała i patrzyła przed siebie. Dla mnie to, co czytałam było nieprawdziwe, kompletnie to wyparłam.

Reklama

AG: Jak przebiegało leczenie, co było najtrudniejsze?

MK: Pierwszym etapem był zabieg chirurgiczny polegający na wycięciu guza. Leżałam wtedy przez tydzień w szpitalu. Doszła jeszcze ogromna niedoczynność przytarczyc i dostawałam wapń w tabletkach i w kroplówce. Następnie, zaledwie trzy miesiące po operacji, otrzymałam skierowanie na oddział endokrynologii, a dokładniej medycyny nuklearnej, gdzie miałam podany jod radioaktywny i musiałam przebywać w izolatce z dostępem do malutkiej kuchni.

Zazwyczaj pobyt tam trwa trzy dni, trzeba połknąć lek, a następnie jak najszybciej go z siebie wypłukać. Należy pić minimum trzy litry wody i stosować leki na przeczyszczenie, jeżeli ktoś ma z tym problem. Jednym z trudniejszych etapów przystąpienia do leczenia jodem jest odstawienie hormonów tarczycy, na miesiąc.

Reklama

Jest to ciężkie, ponieważ cały organizm wprowadza się w wysoką niedoczynność, a to wiąże się z przybieraniem na wadze, uczuciem zimna, ogromnym zmęczeniem, niestrawnością i brakiem apetytu. Na koniec pobytu w szpitalu trzeba poddać się scyntygrafii, który ocenia i wychwytuje patologiczne komórki nowotworowe. Po pierwszym badaniu z podaniem jodu otrzymałam zalecenie, że muszę się pojawić na oddziale również za rok, później za dwa lata i za pięć lat – w moim przypadku podanie jodu było konieczne tylko raz. Kolejne scyntygrafie nie wykazały żadnych patologii. Najtrudniejszą rzeczą było dochodzenie do siebie po operacji oraz duży stres i obawa przed badaniami. Marzyłam tylko o tym, żeby „już nic nie wyszło”.

AG: Jak dziś wygląda Pani życie, co się zmieniło?

Reklama

MK: Może to dość szablonowe, ale słowa „zdrowie jest najważniejsze” wypowiadam z wielkim przekonaniem i świadomością. Poczułam na własnej skórze, że mimo młodego wieku, nic więcej się nie liczyło. Choroba sprawiła, że potrafię cieszyć się z najmniejszej rzeczy: nawet z tego, że przebywam w swoim mieszkaniu i gram w karty z narzeczonym. Uważam też, że nie ma rzeczy niemożliwych. Mniej się stresuję rzeczami, na które nie mam wpływu albo wiem, że jest z tego wyjście. Choroba, niestety, obudziła we mnie wiele lęków, głównie o siebie i swoje zdrowie. Każdą najmniejszą rzecz dotyczącą mojego zdrowia kontroluję i badam na bieżąco, czasami wręcz obsesyjnie, ale boję się, że coś przeoczę. Może ostatnio jest z tym trochę lepiej.

AG: Wielu chorych mówi, że po takich przeżyciach najlepsza jest codzienność, zwyczajne życie, przyziemne sprawy…

Reklama

MK: Tak, dokładnie. Jestem nauczycielką, pracuję w szkole jako wychowawca, mam wspaniałego narzeczonego. Jesteśmy na etapie planowania ślubu, mam dwa koty, żyję w dużym mieście, czekam na wydanie mojej pierwszej (i na pewno nie ostatniej) książki i staram się pracować nad swoim zdrowiem psychicznym. Niczego więcej nie potrzebuję. Co najważniejsze, tydzień temu otrzymałam informację, że wygrałam z nowotworem złośliwym tarczycy już na dobre. Czy ten rok może zakończyć się lepiej?

AG: Niech ta rozmowa będzie okazją do refleksji nad tym, jak żyć po chorobie.

Reklama

MK: Przede wszystkim, uważam, że życie jest bardzo kruche. Można w ciągu jednej chwili coś stracić. Nigdy nie powinniśmy być niczego pewni. Najważniejsze, aby być dobrym człowiekiem, pomagać sobie, cieszyć się z każdej dobrej chwili, uśmiechać się i czerpać z życia garściami. Nie zajmować się banałami i nie przeżywać rzeczy, które na takie emocje zupełnie nie zasługują. Młodym ludziom bym przekazała, żeby nie robili problemu z tego, że np. rodzice nie kupili im drogiego gadżetu. Ktoś w tym czasie zapewne walczy o życie i jedyne, czego pragnie, to wrócić do zdrowia, znów być domu, przytulić swoich najbliższych czy położyć się we własnym łóżku. Dbajcie o siebie i badajcie się na bieżąco – najlepiej wtedy, kiedy nie boli. To jest ten moment.

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości