Paulina Łopatniuk, lekarka, specjalistka patomorfologii i autorka znanego bloga „Patolodzy na klatce” szykuje premierę swojej najnowszej książki „Dama z grasiczką”. Po sukcesach „Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?” oraz „Na własnej skórze” czas na kolejną dawkę arcyciekawych historii medycznych z niecodziennymi fotografiami i opisami przypadków. Gotowi?
Rzeczywiście, to trzecia z moich książek i od poprzedniej, poświęconej przede wszystkim skórze, różni się dużo szerszym zakresem tematycznym. „Na własnej skórze” dość dobitnie pokazało mi, że do szczęścia potrzebny mi jest płodozmian. Urozmaicenie. Lubię skórę (to fascynujący narząd i można o nim opowiadać godzinami), ale nużyła mnie konieczność ograniczania się do niej. Stąd też „Dama z grasiczką” jest kontynuacją czy może spadkobierczynią mojej pierwszej publikacji, „Patologów” („Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?”). To zbiór posegregowanych tematycznie gawęd medycznych podlanych sosem z anegdot historycznych (historia medycyny to jeden z moich koników), doprawiony hojnie ciekawymi przypadkami wprost z piśmiennictwa branżowego, przyozdobiony tu i ówdzie barwnymi fotografiami, przy czym gawędy te zaglądają w najróżniejsze zakątki naszego ciała – jest tu miejsce i dla tytułowej grasicy, zdrowej i chorej, i dla nowotworów macicy czy jajnika, pojawia się zarówno przełyk, jak i skóra, udary mózgu sąsiadują z sarkoidozą i z poronieniami.
Coraz uważniej staram się wsłuchiwać w głosy czytających i pomna wcześniejszych uwag nieco powściągać nazbyt może niekiedy skłonny do popadania w barokową manierę język, próbuję się bardziej skupiać (choć bynajmniej nie ograniczać – jestem pewna, że niektóre rozdziały będą dla wielu osób zaskoczeniem) na zagadnieniach, o które szczególnie często bywam pytana czy to na blogu, czy podczas spotkań autorskich, nie zabraknie więc w treści chorób przenoszonych drogą płciową, nie zabraknie zawsze budzących emocje chorób pasożytniczych oraz zadziwiających czasem nowotworów odbiegających czasem diametralnie od obiegowych wyobrażeń, nie zabraknie wreszcie ciekawostek anatomicznych zaskakujących w zupełnie nawet zdrowym ciele. Tym razem szczególnie ważne dla mnie było to, aby podkreślić element zaskoczenia, które niesie nam wiedza biologiczna i medyczna, tego, że tworzące nas struktury i zachodzące w naszych organizmach procesy oglądane z bliska i bardziej szczegółowo niemal zawsze okazują się bardziej niż na pierwszy rzut oka skomplikowane i mniej oczywiste czy jednoznaczne, ale też przynajmniej po części przez to właśnie bardziej interesujące.
Moja dziedzina medycyny niezależnie od mojej medialnej aktywności – nie przypisuję sobie aż takiej mocy sprawczej - niezmiennie pozostaje specjalizacją bardzo niszową i bardzo mało znaną. Ktoś mógłby powiedzieć „Ale co z tego? To przecież wiedza bardzo szczegółowa, po co to komu?”, tymczasem nawet jeśli pominiemy fakt, że mówimy o zagadnieniach po prostu ciekawych, to jednocześnie jest to wiedza usprawniająca poruszanie się po współczesnej medycynie, ułatwiająca zrozumienie wielu zagadnień chociażby onkologicznych, także tych z zakresu profilaktyki, a trudno o sprawy ważniejsze dla sporej części społeczeństwa. Często dopiero „zobaczyć” oznacza „zrozumieć”, a nie ma chyba bardziej wizualnej, bazującej na obrazach dziedziny medycyny niż patomorfologia. Dorzucenie obrazu, fotografii, schematu do opowieści klinicznej potrafi dać niekiedy więcej aniżeli najbardziej detaliczne wyjaśnienia.
Na pewno nie zamierzam porzucać bloga i fanpejdża, można więc spodziewać się kontynuacji codziennych wpisów z ciekawymi przypadkami medycznymi od czasu do czasu uzupełnianymi o dłuższe i bardziej szczegółowe historie przedstawiane na blogu, przyszłe plany wydawnicze zaś to zawsze pewna niewiadoma trochę zależna od powodzenia obecnej książki i zainteresowania mojego wydawnictwa współpracą. Mam kilka pomysłów na kolejne książki, ale ja mam zawsze głowę pełną pomysłów, które często zmieniają się po wielokroć w trakcie realizacji – tak też zresztą było z „Damą z grasiczką”, która pierwotnie miała być w dużo większej mierze książką skupiającą się na historii medycyny pełnej smakowitych anegdot. Niestety, pomysł zdążył znudzić mi się odrobinę nim jeszcze rzecz powstała, choć ostatecznie książka nosi niemałe jego ślady. Chwilowo czuję potrzebę zejścia w kolejnej książce nieco głębiej w swoich patologicznych opowieściach i spojrzenia na tkanki i komórki, na zdrowie i chorobę, nieco bardziej z bliska – chciałabym trochę poopowiadać o tym, jak zbudowana jest komórka i jak funkcjonuje, o wypełniających komórkowe wnętrza labiryntach błonowych, o tratwach lipidowych błony komórkowej i rusztowaniach szkieletu wewnątrzkomórkowego, o tym jak komórki umierają (a umierają na o wiele więcej sposobów niż uczono nas w szkołach), i o tym jak żyją i współdziałają, o mikroskopowych komórkach-parasolkach wyścielających drogi moczowe, o biologii komórek barwnikotwórczych i o niezwykłościach lipidowych bąbelków tkanki tłuszczowej. To może być prawdziwie magiczna opowieść. Jeśli tylko uda mi się jej przedwcześnie nie porzucić.
Na szczęście niewiele – staram się oddzielać swoją pracę od tej bardziej medialnej sfery życia, choć niekiedy nie udaje się uniknąć pewnego przenikania się jednej i drugiej. Zdarza się, że kojarzą mnie z mojej aktywności medialnej koledzy i koleżanki, z którymi współpracuję, zdarzały się zaproszenia na konferencje branżowe czy prośby o opowieści o popularyzacji – w końcu dla nas, dla środowiska medycznego, komunikacja z chorymi jest bardzo ważna. Zazwyczaj moje codzienne życie zawodowe biegnie sobie spokojnie i zupełnie niezależnie od medialnych perturbacji.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze