Ponad szesnaście milionów konsultacji medycznych, ponad trzysta tysięcy przyjętych porodów i blisko 120 tysięcy interwencji chirurgicznych. Tak wygląda rok działalności Lekarzy bez Granic na całym świecie. Za każdą liczbą kryje się ludzka historia: czasem piękna, czasem dramatyczna, ale dla nas niezwykle ważna – podkreśla Joanna Ładomirska,
Joanna Ładomirska: Byłam m.in.w Angoli, Czadzie, Peru, Indonezji i w Indiach. Jestem z wykształcenia pielęgniarką i zawsze w takich wyjazdach ta „magia” rodziła się z tego, że możemy nie tylko leczyć pacjentów, ale także być ich głosem. Głosem ludzi najsłabszych, chorych, dotkniętych skutkami konfliktów czy klęsk żywiołowych. Taką „magią” jest np. odżywianie terapeutyczne. Pamiętam dzieci wycieńczone z głodu, które nie były w stanie stanąć na własnych nogach. Potem, w ciągu trzech tygodni, obserwowałam, jak stają się tak naprawdę dziećmi na nowo: skaczą, bawią się. To są najpiękniejsze wspomnienia.
Pracowałam m.in. w Brukseli. Miałam koleżanki, które wolały posiedzieć w dyżurce, odetchnąć. Ja wolałam posiedzieć z pacjentami. To była neurologia więc na oddziale mieliśmy wielu seniorów. Oni strasznie tego kontaktu potrzebowali. Wtedy dochodzi się do wniosku, że praca w sektorze medycznym wiąże się z ogromnym wpływem na życie drugiego człowieka. Szczególnie personel lekarski i pielęgniarski powinien mieć poczucie, że ma wielki potencjał do zmiany czyjegoś życia na lepsze.
Mam wiarę w młodych ludzi. Myślę, że w większości rozumieją, że zawód medyczny to praca dla drugiego człowieka, a nie dla pieniędzy. Ja chcę po prostu być najlepszą wersją siebie i najlepiej to pragnienie realizuję w programach humanitarnych i w działaniach Lekarzy bez Granic. Oczywiście, że bywały momenty skrajnie trudne, gdy siedziałam skulona na korytarzu i bałam się ruszyć bo zewsząd padały strzały.
Oczywiście, że nie. Gdy rozpoczęła się wojna na Ukrainie, sama się zgłosiłam do działania. Podkreślę wyraźnie: działania bardzo solidnie zorganizowanego. Lata spędzone na realizacji projektów humanitarnych pokazały, że samym dobrym sercem niewiele się zdziała. Takie projekty „emergency” mają swoją specyfikę: trzeba stworzyć centra pomocy dla pacjentów, mieć opanowaną logistykę, transport, środki opatrunkowe i wyliczone leki. Tu nie ma miejsca na przypadki i spontaniczność. Właściwa organizacja takiego miejsca to podstawa udzielenia fachowej pomocy. Podam przykład: w Afryce wybucha epidemia cholery. Tworzymy centrum pomocy medycznej i mam doskonały background: obliczone łóżka, leki, środki opatrunkowe, nawet materiały do pisania.
Chciałam pokazać namiastkę tego świata w „naszym” świecie, w którym czasem banalne sprawy urastają do rangi wielkich problemów. Gdy wracałam z misji wkurzałam się, gdy moja siostrzenica nie chciała zjeść obiadu. Myślałam: ona marudzi przy jedzeniu, a tam dzieci umierają z głodu. Moja córka ma problem z wi-fi. Znam jej rówieśniczkę, która ma dziesięć kilometrów do najbliższego źródła wody, a mieszka w rejonie, w którym spadają bomby. Trudno mi było mówić o tym wszystkim, myślę, że zdjęcia lepiej to oddają.
Medycyna to pomaganie drugiemu człowiekowi. Nie chodzi o przepisanie lekarstwa, ale zrozumienie człowieka. Nie leczymy choroby, ale właśnie człowieka. Czasem bezsilnego, przerażonego, czasem agresywnego, ale zawsze człowieka. Trzeba być „zaprogramowanym” na pomaganie.
Autorka: Anna Ginał
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze