Prof. Jerzy Szaflik to kolejna znana postać, której wizerunek został bezprawnie wykorzystany w kampanii reklamującej fałszywe leki. Dr Michał Sutkowski ostrzega, że lekarze stają się coraz częstszym celem cyberoszustów, a państwo praktycznie nie reaguje. "To my – nie instytucje – składamy zawiadomienia z własnych pieniędzy" – mówi wprost w rozmowie z naszym portalem.
Deepfake to technika wykorzystująca sztuczną inteligencję do tworzenia bardzo realistycznych, ale całkowicie fałszywych nagrań wideo i audio. Dzięki niej można podłożyć czyjąś twarz i głos do filmu w taki sposób, że wygląda to na autentyczne wystąpienie danej osoby. Technologia ta, choć sama w sobie nie jest zła, coraz częściej wykorzystywana jest do oszustw – szczególnie w sieci.
Deepfake’i pojawiają się w fałszywych reklamach, kampaniach politycznych, a nawet w filmach szantażujących znane osoby. W efekcie można komuś przypisać słowa, których nigdy nie wypowiedział, lub działania, których nigdy nie zrobił. Dla zwykłego użytkownika internetu bardzo trudno jest odróżnić taki materiał od prawdziwego.
To ogromne zagrożenie – zarówno dla osób publicznych, jak i dla zwykłych ludzi. Deepfake może zniszczyć reputację, wprowadzać w błąd pacjentów czy klientów, a nawet skłaniać do niebezpiecznych decyzji zdrowotnych. Walka z tym zjawiskiem nie jest łatwa, ale coraz częściej pojawiają się narzędzia pozwalające wykrywać takie zachowania. Ważna jest też edukacja społeczeństwa – by nie wierzyć we wszystko, co pojawia się w sieci.
Do grona poszkodowanych przez deepfake dołączył znany lekarz, prof. Jerzy Szaflik – specjalista w leczeniu chorób oczu. Jak donosi „Rzeczpospolita”, jego wizerunek został bezprawnie wykorzystany w spreparowanych materiałach reklamowych. Zmontowano film, w którym ekspert rzekomo zachęca do stosowania konkretnego preparatu na wzrok – choć w rzeczywistości nigdy czegoś takiego nie zrobił.
Prof. Jerzy Szaflik nie miał pojęcia o całej sprawie, dopóki nie zadzwonił do niego jeden z pacjentów.
- O tym, że skradziono mój wizerunek i przypisano mi słowa, których nigdy nie wypowiedziałem, dowiedziałem się od pacjenta, który zadzwonił do mnie z pytaniem, czy rzeczywiście wystąpiłem w reklamie. Oczywiście zaprzeczyłem, ale zainteresowałem się sprawą – powiedział "Rz" prof. Jerzy Szaflik.
Sprawa jest poważna, bo oszuści nie tylko użyli twarzy profesora, ale też zmanipulowali jego głos i wykorzystali fragmenty prawdziwych wywiadów, składając je w jedną całość. W efekcie wygląda to, jakby prof. rzeczywiście polecał produkt – co może wprowadzać ludzi w błąd.
- Okazało się, że rozpowszechniane są fałszywe informacje z nawoływaniem do zaprzestania dotychczasowego leczenia na rzecz przyjmowania innego preparatu, który rzekomo ma pomóc na wszelkie schorzenia związane ze wzrokiem – wyjaśnia prof. Jerzy Szaflik.
W ocenie naukowca to „perfidne i podłe oszustwo, które może narazić pacjentów na utratę zdrowia”.
To nie pierwszy raz, gdy lekarze stają się celem cyberoszustów. Pisaliśmy już wcześniej o przypadku dr Michała Sutkowskiego – specjalisty chorób wewnętrznych i medycyny rodzinnej, który również padł ofiarą deepfake'a. W sieci pojawiło się nagranie, które do złudzenia przypominało prawdziwego lekarza. Twarz, głos, mimika – wszystko wyglądało jak oryginał. Wideo promowało „cudowny lek” na cukrzycę, co sprawiło, że pacjenci zaczęli masowo dzwonić i dopytywać, czy rzeczywiście go poleca.
Dr Michał Sutkowski już wtedy nie krył oburzenia, podkreślając, że takie działania są skrajnie nieetyczne i niebezpieczne. Teraz poprosiliśmy go o komentarz w sprawie najnowszego przypadku – dotyczącego prof. Jerzego Szaflika.
Dr Michał Sutkowski: Lekarze są grupą narażoną, ponieważ są pewnymi liderami opinii zdrowotnej, nie tylko z punktu widzenia ogółu pacjentów, ale także z punktu widzenia interesów tych wszystkich, którzy chcą tym pacjentom zaszkodzić, sprzedając jakiś produkt albo procedurę o niejasnej, czy niepewnej właściwości. Tak było od dawna, tak jest i tak zapewne pozostanie. W pierwszej kolejności zagrożeni są ci, którzy znajdują się na tzw. świeczniku — czy to politycznym, czy medycznym, czy jakimkolwiek innym. Mam tu na myśli osoby znane, często występujące publicznie, obdarzone pewnym autorytetem, takie jak prof. Jerzy Szaflik czy wielu innych cenionych lekarzy. To właśnie oni — lekarze, politycy, sportowcy, dziennikarze czy komentatorzy — są najczęściej celem ataków, ponieważ ich wizerunek i opinia, mają realny wpływ na społeczeństwo.
Reklama
M.S.: Ta praca jest niewątpliwie potrzebna. Póki co, jest jednak syzyfowa, a tym Syzyfem jest środowisko lekarskie. Czasem mamy jakąś pomoc ze strony samorządu lekarskiego — i na tym to się kończy. Ale jeśli mówimy o tego typu zagrożeniach, które przecież są cyberprzestępstwami, to to zdecydowanie za mało. Gdyby do walki włączył się aparat państwowy, sytuacja wyglądałaby znacznie lepiej. Tymczasem państwo robi bardzo niewiele — żeby nie powiedzieć: nic. Tłumaczy, że nie może. Ale to nie do końca prawda. Śledztwa są umarzane — także moje zostało umorzone przez prokuraturę.
M.S.: Lekarz ma obowiązek zgłaszać takie przypadki, o ile się o nich dowie. A to wcale nie jest oczywiste — czasem informacja o tym, że jest hejtowany albo, że ktoś wykorzystuje jego wizerunek do reklamowania podejrzanych produktów, dociera do niego po miesiącu. Wtedy lekarz powinien działać. Po pierwsze — by przeciwdziałać działaniom oszustów. Po drugie — by chronić pacjentów, własne dobre imię i reputację całego środowiska.
ReklamaBo każdy z nas może się znaleźć w takiej sytuacji. Wczoraj ja, dziś prof. Szaflik, a jutro ktoś inny. Lekarz ma obowiązek to zgłosić, ale państwo ma tym bardziej obowiązek chronić obywateli. Nie istnieje coś takiego jak „niewielka szkodliwość społeczna”, jeśli ktoś kupuje pseudoleki na cukrzycę, rzekomo polecane przeze mnie — za co, według oszustów, miałem nawet dostać Nagrodę Nobla. Państwo powinno podejmować zdecydowane działania, by takich przestępców ścigać. Tymczasem prokurator pisze, że nic nie może zrobić, choć firma — notabene — nie jest zarejestrowana w Korei Północnej czy Rosji, lecz w Irlandii. W Irlandii! I nie odpowiada na wezwania prokuratury. Ale przepraszam bardzo — prokurator to przecież przedstawiciel państwa. Irlandia nie może sobie ot tak lekceważyć Polski. I odwrotnie też nie. Takiego tłumaczenia nie rozumiem i nie uważam go za zasadne. Gdyby jeszcze ktoś powiedział, że nie może ustalić, kto rozpowszechnia te bzdury, ale przynajmniej się stara — to pół biedy. Ale jeśli właściciele portalu są znani, to portal powinien usuwać takie treści. Tymczasem my — lekarze, samorząd, pojedynczy ludzie — boksujemy się z czymś, co zagraża zdrowiu publicznemu. Robimy to w imieniu państwa polskiego. Przecież ja i moi koledzy — prof. Zembala, prof. Bielecki i wielu innych — z własnych pieniędzy składamy zawiadomienia do prokuratury. To powinno robić państwo, które doskonale wie, jak to powinno działać.
M.S.: Na pewno NFZ mógłby zadziałać bardziej stanowczo. Ale żeby mógł, musi mieć do tego uprawnienia. A nikt mu ich nie dał. Warto też zadać sobie pytanie, gdzie jest Inspektor ochrony danych osobowych? Odwołujemy się, my — lekarze — od decyzji prokuratury, ale być może dostaniemy od tej samej prokuratury dokładnie tę samą odpowiedź. To fatalna wiadomość nie tylko dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. A przy tym to odpowiedź obraźliwa — nie tylko wobec mnie, prof. Zembali czy prof. Bieleckiego — ale wobec całego państwa polskiego. Bo jak można mówić, że jesteśmy bezradni wobec jakiegoś technologicznego giganta? Przecież jako państwo jesteśmy większym gigantem. I nie powinniśmy się bać. Bo jeśli my zaczniemy się bać portali internetowych, to znaczy, że jest z nami bardzo źle.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze